środa, 23 kwietnia 2014

WYDRUK BARDZO TAJEMNICZY

Już jakiś czas temu Mama Moja Rodzona Jedyna doniosła mi przez telefon, że dokonała odkrycia. Znalazła w domowych papierzyskach przepisany na maszynie wzór na kołnierzyk. Mało tego, od pierwszego spojrzenia twierdziła, że na pewno ja to pisałam. Ona się nie przyznaje. O kołnierzyku nic nie wie.

Co ciekawe, ja kołnierzyka też nie kojarzę. Nie pamiętam, żebym popełniła "druciany" kołnierzyk, dziecięciem będąc. Przepisywanie też musiało być działalnością mało ekscytującą, bo wymiotłam ją z pamięci doszczętnie. Ale nie zapieram się zadnimi łapami, nie odżegnuję, może pisałam... Alternatywą jest to, że nam ktoś przepisany wzór niecnie podrzucił :)))) 

Nie zmienia to jednak faktu, że będąc w domu z Wielkanocnej okazji, kartkę zabrałam, wielce zaciekawiona, co to za kołnierzyk. Z opisu wywnioskowałam jedynie, że ażurowy, dość klasyczny. Żadnych ozdobnych fajerwerków opis nie zawierał.

Impreza rozrywkowa zaczęła się w zasadzie od pierwszego zdania na tajemniczym wydruku, że mam robić na drutach o grubości 1.50... Taaaaak, posiadam takie, ale normalne, bez żyłki, proste, klasyczne. A na prostych drutach nie robiłam już ładnych parę lat. Poczułam się, jakbym wdeptywała w bardzo "oldschoolowe" klimaty - wzorek z lat '70 lub '80, do tego proste metalowe druty - ach, wspomnień czar!

Śledząc rozpiskę, dziergałam sobie spokojnie, ale niezbyt długo, bo już w 5. rzędzie rozpiska poinformowała mnie, że mam "1 o. zgubić". Przy czym kilka oczek wcześniej stało jak byk, że "2 o. razem"... Ki czort?
Gdyby tych dwóch razem nie było, to od razu bym sobie wytłumaczyła, że zgubić, to po prostu dwa razem na prawo i po kłopocie. Ale skoro dwa razem mam gdzie indziej, to co to za gubienie. 
Sama poczułam się zagubiona doszczętnie i groził mi zez rozbieżny, bo usiłowałam łypać prawym okiem na robótkę, a lewym na wydruk, w nadziei, że mi się coś rozjaśni. 
W przypływie rozpaczy zaryzykowałam nawet założenie, że wydruk naprawdę każe mi oczko zgubić, czyli zdjąć z drutu, puścić samopas, niech się pruje do jakiegoś momentu i tworzy ekstrawaganckie efekty zdobnicze. Prześledziłam uważnie kolumnę z tym potencjalnie gubionym oczkiem i szybko się okazało, że jak je dosłownie zgubię, to spruje mi się do pierwszego rzędu i tyle będę oczko widziała, a efekt zdobniczy będzie... bardziej niż ekstrawagancki.
I wtedy mnie oświeciło, że zgodnie z tym, co widzę na drutach, to "2 o. razem" i "1 o. zgubić" to określenia na dwa razem na prawo, ale raz przerabiane w normalnej kolejności, a raz ze zmianą kolejności na drucie, żeby się te dwa razem kładły w dobrą stronę we wzorze.
Słowa, jakie się z ust mych sypnęły po tym odkryciu, nie nadają się do publikacji, bo łatwo je podciągnąć pod znieważenie, a przy odrobinie dobrej woli - nawet pod groźby karalne z użyciem drobiu hodowlanego :))))

Niemniej kołnierzyk robił się od tego momentu milutko i bezproblemowo. Okazuje się, że wydrukowany tajemniczy wzór daje w efekcie to:

Czyli wzór na grzeczny kołnierzyk.

Jak widać z założenia odrzuciłam pomysł dziergania jego białej wersji, żeby choć trochę odejść od klasyki. Mało tego - na tym gotowym już klasycznym podłożu będę "rzeźbić" dalej, żeby zrobić z tego coś mniej szkolnego, a bardziej przypominającego modny dodatek do sukienki lub bluzki. Pomysł jest, zobaczymy, jak mi się przełoży na rzeczywistość.


***
I w tym miejscu dziękuję za wszystkie życzenia spod poprzedniego wpisu, te imieninowe, świąteczne, milionowe i te dotyczące planowanych zmian. 
A dziękuję dopiero teraz i hurtem, bo na odpisywanie indywidualne nie było szans. Święta były wyjazdowe, więc tak naprawdę spędziłam dwa dni w samochodzie lub przy stole. Z nieograniczonym dostępem do dóbr jadalnych, ale bardzo ograniczonym do Internetu :)))

niedziela, 20 kwietnia 2014

ŚWIĄTECZNO-IMIENINOWY MILION



Pięknych Świąt dla tych świętujących w każdym z obrządków.
Radości, słońca i uśmiechu dla tych, którzy po prostu odpoczywają od codziennej bieganiny.



To było po pierwsze i najważniejsze.

Po drugie
Bardzo dziękuję za wszystkie życzenia świąteczne dla nas.

Po trzecie 
Równie mocno dziękuję za pochwały dla Śnieżnej Chusty. Bez dwóch zdań mobilizują mnie one do szybszego porządkowania notatek i tworzenia opisu "na gotowo".

Po czwarte
Mamy milion blogowych odwiedzin, według licznika Bloggera.
Dziękuję!!! To Wasz milion wejść, a moje miliony powodów do radości i dumy. I tak się "kalendarzowo" złożyło, że mam piękny prezent na imieniny!
Świętujemy okolicznościowym nagłówkiem :)))

Po piąte
Ta "milionowa" okazja to dobry moment na uchylenie rąbka tajemnicy dotyczącej "majowych wielkich zmian na lepsze"... I od razu napiszę, że nie będzie to książka. To będzie coś znacznie lepszego :))))
Podsumowując w jednym zdaniu - Intensywnie Kreatywna idzie na swoje i to szerokim frontem.
Od ponad miesiąca pracujemy bardzo intensywnie nad tym, żeby stworzyć coś bardziej mojego, autorskiego, większego, ciekawszego, z zawartością, która będzie inspirować, intrygować, uczyć i bawić...
I mam nadzieję, że tak, jak imieniny świętuję milionem na blogu, to urodziny za kilkanaście dni będę świętowała, informując Was, że można już zajrzeć na... bardzo Intensywnie Kreatywną stronę internetową.
Trzymajcie kciuki!!!

Ślubny odmówił na razie pokazania, jak będzie wyglądać sama strona, ale w zamian pozwolił na małe "ujawnienie filmowe" :))) Oto nowa czołówka, jaka będzie otwierała wszystkie filmy z kursami, przerobiona na zapowiedź, że już wkrótce...



piątek, 18 kwietnia 2014

ŚNIEŻNA CHUSTA

Chusta skończona. Na razie nadal mówię na nią Śnieżna Chusta, bo jeszcze nie ma "docelowego imienia" : ))))

W części głównej - słynny wzór gwiazdkowy. Border skromny, ale dwukolorowy, z powtórzeniem gwiazdkowych elementów i koralikami na deser. Ale za to końcówka... podwójna falbana z kolorową krawędzią. 

Relatywnie rzadko spotyka się chusty z założenia dwukolorowe, ale postanowiłam nieco złamać schemat i zamiast prób robienia ażurowego broderu (który jakoś zupełnie mi "nie leżał" jako uzupełnienie gwiazdek) pobawić się kolorem. Eksperyment uznaję za udany.

Całość ma 160 cm wzdłuż prostej krawędzi i 80 cm wysokości (z uwzględnieniem falban). Zdobienia to nieco ponad 100 koralików i mnóstwo oczek w falbanach : ))))
Robione z mieszanki wełenki z akrylem, grubość nitki typowo chuściana, czyli 800 metrów w 100 gramach. Zużyłam nieco ponad 90 gram na całość. Druty nr 3.75, co skutkuje tym, że gwiazdki po zblokowaniu gotowej chusty zachowały przestrzenną fakturę, nie zamieniając się w ażur delikatny jak mgiełka.

Teraz pozostaje mi uporządkowanie notatek. Grzeczne poproszenie Ślubnego, żeby zrobił katalogowe zdjęcia, godne umieszczenia w opisie. A później całość trafi do Was. Mogę obiecać, że w pierwszym tygodniu maja, o ile nic się nie posypie :)))

wtorek, 15 kwietnia 2014

DEKLINACJA BORDERU

Mianownik (kto?, co?)  - Border okazuje się w Śnieżnej Chuście niezłym wyzwaniem. Wzór części głównej jest bardzo strukturalny, przestrzenny wręcz, dlatego cienki, delikatny ozdobny brzeg od razu został skreślony z listy możliwości. A to oznacza kombinowanie do kwadratu, żeby było równie "mięsiście", z pazurem i dobrze "się widziało" z całością.
Poniżej z założenia widać... tyle borderu, co potwora z Loch Ness na zdjęciach świadków jego wodnych objawień. Ale przecież nie można pokazać zbyt dużo przed premierą :))))


Dopełniacz (kogo?, czego?) - Do borderu nie można podejść jak żaby "na aby aby" ani jak rak, czyli "byle jak". Bo on jest jak wisienka na torcie, kończy, zdobi, najbardziej rzuca się w oczy, kiedy się chustą poowijamy.

Celownik (komu? czemu?) - Dlatego borderowi poświęciłam w Śnieżnej Chuście sporo czasu i... prucia. Nie podobało mi się to, że w pierwszej wersji między wzorem gwiazdkowym a wyraźnym początkiem borderu było trzy (!!!, Ślubny do tej pory puka się w czoło i marudzi coś o fanatycznym perfekcjonizmie) rzędy prawych oczek. Prułam. Z duszą na ramieniu, bo prułam na poziomie gwiazdkowego wzoru. Wizja zgubienia wszystkich narzutów była dziewiarskim horrorem.

Biernik (kogo? co?) - Ale po pruciu i poprawkach patrzę na ten border z zadowoleniem. Pasuje do całości. Koraliki ma. Twórcze powtórzenie wzoru głównego też. Kropla koloru obecna.


Narzędnik (z kim?, z czym?) - Z borderem w prototypowej chuście zaraz się rozstanę, bo zostało mi zaledwie kilka bogatych w oczka rzędów. Zamykanie oczek, chowanie nitek, pranie, blokowanie i... i w końcu się okaże, co mi wyszło. Bo na razie chusta na drutach przypomina oczywiście zniechęconą do życia amebę.

Mianownik Miejscownik (o kim?, o czym?) - W borderze trzeba się będzie zmierzyć z mnóstwem oczek, ale efekt końcowy powinien wynagrodzić ten wysiłek.

Wołacz (o...!) - Z wołaczami, to ja mam zawsze problem, bo mi się wydają sztuczne i teatralne w wyrazie. Szczególnie stosowanie wołacza wobec ozdobnych brzegów chusty. Zatem wybacz mi, o borderze!, że nie będzie poematu na twoją cześć, ballady też nie, ani nawet soneciku czy fraszki.

Premiera Śnieżnej Chusty - na początku maja. Bo wydzierganie prototypu to jedno, ale teraz muszę swoje bardzo "artystyczne" notatki przełożyć na porządny opis wykonania. Ale to, co mi wyszło pokażę wcześniej, kiedy tylko chusta ze smętnej ameby zamieni się w eleganckie śnieżne powierzchnie i stanie się wdzięcznym obiektem do fotografowania.

***
I coś z zupełnie innej beczki. Osoby dziergające i szyjące lubią drobiazgi użytkowe z elementami sugerującymi ich pasje i lekkie bziki - zawieszki, kolczyki, spinki do włosów. A ja się nigdy nie pochwaliłam, że mam bardzo krawiecki zegarek...

Ile lat go mam? Nawet nie chcę liczyć, bo wyjdzie, żem posunięta w latach niewiasta :)))

środa, 9 kwietnia 2014

ŚNIEG

Czytam "Śnieg" Orhana Pamuka - płatki, śnieżynki, zawieje, zamiecie i zaspy, mnóstwo tego w "Śniegu". Nic dziwnego, że gwiazdki zamieniły mi się w śnieżynki...

A tak poważnie, odkopując się spod śniegu, kiedy pojawił się film o tym, jak się dzierga wzór gwiazdkowy, wiele osób od razu zobaczyło w nim wielki "chuściany" potencjał. I pojawiły się maile, jak to zrobić, żeby przełożyć ten wzór na trójkątną chustę. Obiecałam wtedy, że siedem lat nie minie i pojawi się porządna rozpiska. 
Na razie ogarnęłam część główną. Dziergam "wersję prototypową" i intensywnie kombinuję, co z wykończeniem... Na razie bladego pojęcia nie mam. Liczę na to, że mi się przyśni, zanim dotrę do "borderowych" rzędów.

Jak tylko cały wzór będzie rozpisany, to będzie dostępny do ściągnięcia i... bardziej niż prawdopodobne jest Śnieżne Razem-Robienie. Kiedy to nastąpi? Najprawdopodobniej na początku maja.

***
Zmiana tematu. Zmiana projektu. Zmiana koloru. 
Zrobiłam "temu Ślubnemu sweterku" kolorowe wstawki do przyszycia na linii reglanu na tyle. Z determinacją godną lepszej sprawy przetestowałam innowacyjny sposób łączenia. Efekt jest taki:

We wstawkach zaczynałam na prowizorycznym szydełkowym łańcuszku i nie zamykałam oczek na końcu, tylko "pozbierałam" je podobnym szydełkowym łańcuszkiem. Tym sposobem miałam po dwóch stronach "żywe oczka". I te "żywe oczka" jedno po drugim przeciągałam na lewą stronę głównej części pleców i zabezpieczałam szydełkiem, robiąc łańcuszek po lewej stronie. Oczko po oczku, szydełkiem... Ale warto, bo linia łączenia jest prosta jak drut, a efekt bardziej niż estetyczny i bez dziur. (Będzie film na temat. Dopisałam do długiej listy filmów do nakręcenia. :))))

I z rozpędu przeszłam do dziergania przodu, z paseczkiem. Przy okazji na zdjęciu poniżej widać, że kolorowe wstawki na plecach zwężają się w kierunku pachy i widać łączenie pod kątem w zbliżeniu.

***
Odnośnie Bardzo Poważnych Decyzji i pytań, kiedy coś, cokolwiek będzie wiadomo. 
Ślubny wczoraj wieczorem zadał mi bardzo podobne pytanie - kiedy ja się ogarnę ze wszystkim... Bo on swoje zrobił, teraz muszę ja, żeby dalej mógł działać on i wykańczać wszystko. 
Po prychnięciu. Po bardzo kwiecistej mowie, zawierające mnóstwo "ale..., no wiesz..., samo się nie zrobi,... kiedy ja mam to wszystko..., inne obowiązki..., przecież brzuchem do góry nie leżę..., a w ogóle ja nie ogarniam...". Doszłam do wniosku, że jakiś "deadline" by się przydał, jako motywator, bacik na leniwca. I zdecydowałam, że tym granicznym terminem będą moje urodziny, czyli pierwszy tydzień maja. 
Zapewne zbiegnie się to mniej lub bardziej z milionem odwiedzin na blogu, plus te urodziny - bardzo dobra data na wprowadzenie w życie zmian, howgh, amen, kropka! 

sobota, 5 kwietnia 2014

DOBRA ŻONA...

Dzierganie swetra dla Ślubnego, swetra zwariowanego i z mnóstwem dzikich pomysłów może komuś podsunąć myśl, że ja jestem dobrą żoną. Jak się ktoś zagalopuje, to może nawet - perfekcyjną żoną... 
Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak, to dzisiaj ten wyidealizowany obraz nieco podupadnie.

Perfekcyjna żona jesienią udała się do Pasmanterii Obrzydliwie Dobrze Zaopatrzonej i nabyła tkaninę lnianą, skażoną nieco dodatkiem sztucznych włókien. Tkaninę gniecioną, o niebanalnym odcieniu deszczowego letniego nieba. Na pytanie Ślubnego, co z tego ma być, perfidna kobieta rzuciła niezobowiązująco: "A może letnie spodnie dla ciebie..." Ślubny się rozpromienił, wyraził wielką chęć posiadania rzeczonego odzienia i uprzejmie poprosił o odłożenie szycia do wiosny, żeby miał spodnie "na miarę" i to miarę wiosennie aktualną.

Tkanina została z marszu zdekatyzowana i taka uprana i odprasowana leżała, nie wadząc nikomu, w szafie na antresoli. Aż do momentu, kiedy perfe... perfidna żona doszła do wniosku, że potrzebuje spódnicy. Kolejnej spódnicy do kostek - ewidentnie po okresie spódnic do kolan nastąpiła u mnie gwałtowna zmiana preferencji i znowu wszystko musi prawie zamiatać podłogi. I jakoś mnie do tego lnu ciągnęło. 

I tak, zamiast spodni dla Ślubnego, z lnu została uszyta spódnica dla mnie. Rozkloszowana na dole, ściągnięta gumką na górze - model 34 z Anny (Anna Moda na szycie 1/2014). Jedyna zmiana to przedłużenie jej o 7 cm.

A przepraszam, była jeszcze jedna drobna modyfikacja. Ponieważ ten len nie jest miękki i lejący, to dodałam małe zaszewki na każdej z czterech części wykroju, żeby materii zbieranej gumką w pasie było nieco mniej i żeby mi się tam nie robiły mało wdzięczne "buły".

Spódnica była szyta jako dodatek do Tęczowego sweterka - spokojny dodatek :))) Razem prezentują się tak:

I jeszcze zbliżenie na tkaninę. Na zdjęciu jest świeżo po prasowaniu, więc poziom "zgniecenia" jest niewielki. Zastanawiam się, co się będzie działo po praniu - czy nie będzie ciekawiej w wersji bardziej "pogniecionej".

Od razu dodam, że Ślubny nie pała do mnie żadnymi negatywnymi uczuciami. Przyjął stratę materii lnianej po męsku i nie zanosi się na akcje odwetowe... przynajmniej taką mam nadzieję. 

***
A teraz uchylę Wam rąbka tajemnicy - jak upojne bywa robienie zdjęć, kiedy ma się czworonoga "na stanie" i to czworonoga, który nie może sobie darować.
Ślubny robi fotki i wszystko idzie sprawnie i bezproblemowo do momentu, kiedy Mały orientuje się, że jest impreza, a jego tam nie ma.

Najpierw Mały po prostu pojawia się w pobliżu i ma dylemat, bo pan robi fotki i pani robi fotki - osiołek nie bardzo wie, w który obiektyw wsadzić mordkę:

Ale to trwa jakieś pięć sekund i Ślubny już niewiele może... To znaczy może przeczekać albo zacząć robić zdjęcia kotu :)))

I żeby nie było - chusta, kwiatek, wszystko jedno. Kwiatek się obwącha:

Tylko trochę gorzej z dokopaniem się do korzeni :)))

***
A gdyby się ktoś pytał, czemu Ślubny robi fotki chust, które dziergałam już jakiś czas temu i które na blogu już były... :)))))))) Tajemnica... jeszcze przez jakiś czas. Ale podjęliśmy ze Ślubnym Bardzo Poważne Decyzje i praca wre, żeby je urzeczywistnić. Między innymi dlatego na razie nie będzie Razem-Robienia, ale obiecuję, że kiedy już "ogarniemy chaos w tej piaskownicy", to nie tylko Razem-Robienie się pojawi, ale i inne fajerwerki i wodotryski. Ale to jeszcze trochę potrwa.

piątek, 4 kwietnia 2014

CHŁOP JAK DĄB

Dziś już na poważnie poopowiadam Wam, co sobie w Swetrze Ślubnego nakombinowałam i co mi się udało do tej pory stworzyć.

Ale na początek pozwolę sobie zadziwić się wielkim zadziwieniem i pojęczeć głośnym jękiem - jakie ten mój mąż ma bary!!! Na co dzień to mi się wydaje mężczyzną o średnich gabarytach. Chuchro z niego nie jest, ale też nie ma postury panów dumnie przemieszczających się krokiem mocno bujanym w kierunku osiedlowej siłowni. Ale zacznij mu tylko, kobieto, dziergać sweter! Natychmiast następuje przedziwny proces puchnięcia wszerz. A ja dziergam z cienkiej włóczki i na drutach 2.75, więc liczba oczek, która potrzebna jest do spowicia w dzianinę tej wybitnie męskiej sylwetki to jest jakieś... jakieś bardzo, bardzo dużo :)))

Ślubny (jak większość przedstawicieli płci męskiej, dziewiarsko wybrednej) nie przepada za tworami dzianinowymi, które wyglądają jak "ręcznie robione". Handmade w wersji męskiej - przynajmniej u nas w domu - musi wyglądać "jak ze sklepu" albo może nie wyglądać wcale, bo Ślubny do niego niczym nie zapała. Dlatego męskich rzeczy dziergam niewiele i bez entuzjazmu. Ale jeśli coś jest wyzwaniem, to mnie tym bardziej do tego ciągnie. 

To, co zobaczyliście w poprzednim wpisie to naprawdę był tył męskiego swetra. Tył z reglanem robiony od boku do boku...
Zdjęcia na robione na Denatce, a z niej jest chucherko w porównaniu z barami Ślubnego, więc nie sugerujcie się proporcjami. Ale Ślubnego pod ręką nie mam, żeby ten tył przytwierdzić do niego. Poza tym i tak by mi nie pozwolił wbić w siebie choćby jednej szpilki :)))

Potrzeba komplikowania sobie życia wylazła ze mnie z całą mocą. Bo po jakiego grzybka, halucynogennego nawet, dziergać od boku coś, co można spokojnie i bez stresu zrobić "po bożemu", od dołu albo od góry z rękawami od razu. 
Powód jest prosty - bardzo chciałam uzyskać fakturę swetra, która jak najmniej będzie przypominać tradycyjne wyroby dziergane. Niby robię prawe oczka i ryż, ale kiedy się to położy bokiem, to nagle wszystko zmienia się diametralnie i sploty nie przypominają tego, co tak dobrze znamy. Mam te - żartobliwie nazwane w poprzednim wpisie - poziome prawe i pionowy ryż.

Ślubny jest zachwycony, bo wygląda to jak fabrycznie tkana dzianina. A ja fanatycznie pilnuję bardzo mocnego napięcia nitki, żeby mi oczka wychodziły równiutkie.

Jak widać cały tył jest gotowy. Na boku z jednej strony mam prowizoryczny szydełkowy łańcuszek, a drugi bok jest ciągle na żyłce i będę robiła od razu przód. Tym sposobem nie będzie na bokach żadnego szwu, bo początek i koniec robótki połączę później graftingiem i nie będzie nawet śladu, gdzie się robótka zaczynała. 

Jeśli się komuś wydaje, że robienie swetra od boku to jest największe szaleństwo, to spieszę donieść (na siebie), że "a skąd! wcale nie! w żadnym razie!". Sweter ma być trójkolorowy: grafit (to, co na plecach), jasny szary i pastelowy seledyn jako ożywczy dodatek.

I z tego ożywczego seledynu będą trójkątne wstawki na linii reglanu... Na wszelki wypadek poniżej jest zdjęcie poglądowe, żeby sobie było łatwiej wyobrazić, co ja nawymyślałam. Na zdjęciu jest podłożony fragment dzianiny. W rzeczywistości będzie to zrobione na drutach i doszyte... połączone... przyspawane...

Sposób łączenia mordował mnie intelektualnie od kilku dni. Zwykłe szycie odpada. Nabieranie oczek na skosie... prawdopodobnie nie najlepszy pomysł, bo trudno to zrobić tak, żeby było perfekcyjnie po linii prostej jak drut :))). I wczoraj mnie olśniło, jak to zrobić, żeby było dobrze. Po opisaniu tego Ślubnemu nazwał to sposobem "na zamek błyskawiczny" i zaaprobował potencjalny efekt. Muszę to przetestować, ale jest szansa, że będzie dobrze. Będę się dzielić sposobem tego łączenia i przemyśleniami na bieżąco. 

A skoro właśnie odebrałam od przemiłego Pana Listonosza - który mimo "trzecio-piętrowej" zadyszki zaczął kontakt z odbiorcą od "Dzień dobry pani. Piękny dzień dzisiaj mamy! Wiosna w końcu! A tu paczuszka taka nieduża." - koniec dygresji... A skoro właśnie odebrałam brakujące motki, to idę dalej dziergać, przód, też szeroki jak dla chłopa słusznej postury. Plan przodu przewiduje użycie trzech kolorów i dwóch wzorów, do tego kształtowanie reglanu, do tego kształtowanie podkroju szyi, a wszystko to z perspektywy "od boku lewego"... nudzić się nie będę. 

I mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu pokażę Wam dokładnie dwa razy tyle :))))

wtorek, 1 kwietnia 2014

DZIERGANIE W PRIMA APRILIS

Cokolwiek zostało ustalone ze Ślubnym w trakcie surrealistycznych weekendowych dialogów dziewiarskich i tak zmienia się w praniu/dzierganiu. Jedyne, co jest pewne, to fakt, że sweter Ślubnego powstaje.

Po pierwsze zażyczyłam sobie natychmiastowego dostarczenia "trzymadełka na motek". Ślubny udał się do swojego wszechświata (gdzieś w okolicach komputera) i dostałam plastikową część z opakowania płyt DVD. 
A trzymadełko na motek jest niezbędne, bo ciemny motek puszczony samopas natychmiast zamienia się w zbieracza kłaków zostawianych przez toto:


A sweter dziergam oryginalnym zestawem splotów dziewiarskich - pionowym ryżem i poziomym oczkiem prawym...

Zagadką pozostaje to, czy dziergam Ślubnemu tył swetra razem z kimonowym rękawem... czyli dorzucę mu do szafy sweterek-nietoperek... szalony pomysł!

A może jednak dziergam mu tył z reglanem... tylko dziergam nie od dołu a od boku... jeszcze bardziej szalony pomysł!!!

Ale dziś Prima Aprilis, więc na cokolwiek patrzysz... pamiętaj, że to projekt Intensywnie Kreatywny i nic w nim nie jest oczywiste :))))))))

sobota, 29 marca 2014

GRANATEM W TĘCZĘ

Mały wiosenny sweterek mi wyszedł. Kolorystycznie... nadal mam skojarzenia, jakbym trafiła granatem w pastelową tęczę.

Nie będę twierdzić, że ten niebieski pasek dokładnie na poziomie talii to działanie zamierzone. Nie. Samo wyszło, ale efekt wyszczuplający idealny przy tym pastelowym melanżu powyżej i poniżej.
Natomiast do walki o to, żeby rękawy były choćby zbliżone do siebie kolorystycznie, przyznaję się z dumą. Włóczka jest farbowana mniej więcej równymi pasmami. Mniej więcej... Ale daje się to opanować na tyle, żeby uzyskać dwa rękawy o zbliżonym układzie pasków.

Dekolt jak na mnie bardzo umiarkowany. Za to po raz kolejny puchnę z dumy z powodu jakości połączenia między częścią drucianą a szydełkową, szczególnie na zakrętach. Obiecuję, że za jakiś czas pojawi się instrukcja filmowa, jak to zrobić, żeby mucha nie siadała.

I przy dekolcie pojawiła się wielka "zagwozdka wykończeniowa" - jakim kolorem robić plisy przy dekolcie, rękawach i na dole? Różowy? Błeeee... Fioletowy? Żółty? Błeeee... Ślubny w ramach podsuwania pomysłów najprostszych i najlepszych zasugerował biel lub czerń... błeee. Wyszło mi, że kłębek cienkiego błękitnego akryl po prostu leżał i czekał na taką okazję. Pasuje jak "od kompletu".

Poeksperymentowałam natomiast z wrabianiem rękawa. Robiłam od góry, z główką (ogólna zasada identyczna jak przy Tubie Razem Robionej). Jednak dodałam jedno okrążenie techniczne - zanim zaczęłam kształtować główkę, nabrałam oczka dokoła całego podkroju pachy innym kawałkiem nitki. Później zrobiłam główkę, przerabiając oczka i dodając je na oczkach tego rzędu technicznego. A kiedy cała główka i kawałek rękawa były gotowe, to nitkę tego rzędu technicznego po lewej stronie ściągnęłam "na gładko". Tym sposobem oczka nią robione "zniknęły" po prawej stronie, po lewej pojawiło się coś na kształt szwu, a rękaw jest idealnie połączony z podkrojem pachy.
Osoby "drucianie biegłe" zapewne są w stanie wyobrazić sobie te magiczne działania "na sucho". Ale sposób łączenia jest tak genialny, że na pewno pojawi się za jakiś czas film pokazujący, jak to zrobić, wraz ze wskazówkami, gdzie takie cudowne łączenie można wykorzystać.

***
A teraz zaczyna się wielka kampania koncepcyjna - sweter Ślubnego! 

Dialogi małżeńskie są w jej trakcie co najmniej surrealistyczne.

Ja: To robimy dół ciemny, gładki. Potem ozdobny pas. A góra jasna z jakąś fakturą.
Ślubny: Tak jest! Dół ciemny tym wzorem, góra jasna...
Ja: Jakim wzorem dół? Przecież ustaliliśmy, że gładki...
Ślubny: Nie! Z wzorem ustaliliśmy!
Ja: Kiedy?
Ślubny: .... wtedy...???

Ja: Ale tej ciemnej włóczki to może zabraknąć.
Ślubny: To zacznij od robienia tyłu. A zanim zaczniesz robić przód, to się to matematycznie policzy, czy wystarczy. Bo tył to przecież prostokąt połączony z trapezem. To policzysz pole prostokąta i trapezu. W jakim to jest stosunku do siebie. Się zważy ten tył. Proporcję ułoży i będzie wiadomo!
Ja: ... aha... 

Ślubny: To może w ramach ozdobnego pasa żakardzik mi machniesz tyłem do przodu!
Ja... aha...

Ślubny: I jako dodatek takie przelotki ze skóry.
Ja: Skóra pod wpływem wody robi dziwne rzeczy. 
Ślubny: To z zamszu.
Ja: Zamsz też skóra.
Ślubny: ... aha...

Ale późnym wieczorem przynajmniej tyle było wiadomo, że tył jasny gładki (oczywiście składający się z prostokąta i trapezu :)))))))), co do reszty nadal nie mam pojęcia. Wyjdzie w praniu... Tfu! W robieniu.

wtorek, 25 marca 2014

A TO KOCYK WŁAŚNIE!

Była szansa na skończenie w weekend, ale... zbyt wiele było sobotnio-niedzielnych drzemek, żeby się udało. Deszcz padał, książka usypiała po trzech stronach, determinacja słabła z każdym przerabianym oczkiem. Poddawałam się szybko i bez walki, zasypiając w locie.

Ale wczoraj się wzięłam i zawzięłam. Bo ile można?! I tym sposobem o północy kończyłam, dzisiaj o szóstej z minutami prałam i blokowałam, a w południe mogę pokazywać - kocyk dla Marysi, jedna sztuka:

Sztuka jest wprawdzie jedna, ale za to duuuuuża. Kocyk ma wymiary 1,5 na 1,9 metra. Waży nieco ponad 250 gram. Robiony z cieniutkiej nitki (akryl plus wełna w mało znanych proporcjach, ale nadaje się do prania w pralce, co przy wyrobach dla dzieci ma duże znaczenie), na drutach 4.00. 

Trochę się nerwowo zrobiło, kiedy sobie uświadomiłam, że moje niezastąpione karimaty do blokowania to za mało na te powierzchnie. Środek "blokował się w powietrzu" :))) Brzegi usztywnione drutami do blokowania, ale karimaty rozsunięte. 

Efekt jest bardzo przyjemny dla oka i ciała. Brzegi, jak to przy pawich oczkach same się "pofalowały", jak widać powyżej tylko trochę im pomogłam siłowo. A całość jest miękka, lekka i puszysta.

Tradycji stało się zadość - ręcznie robiony prezent z okazji urodzin gotowy. Starsza z dziewczynek - Zosia - jeszcze przed urodzeniem dostała haftowaną miarę, bardzo podobną do tej, jaka została sprezentowana Izie z Kropek nad I, kiedy rodził się jej syn. A Marysia będzie miała kocyk, potencjalnie na chrzciny, ale mam nadzieję, że nie tylko.
Mogę pakować, wysyłać i przestać się martwić, że się mama Marysi zdecyduje na bardzo szybkie, wiosenne chrzciny. Teraz może, choćby w przyszłym tygodniu.

***
A ja szybko kończę wiosenny melanżowy sweterek i jeszcze szybciej zaczynam sweter dla Ślubnego, bo już dwa razy się upewniał, czy po skończeniu kocyka przyjdzie czas na jego odzież wiosenną. Nie informuję go, że w tak zwanym "międzyczasie" mam w planach jeszcze szycie, bo mi nagle spodni i długich, wiosennych spódnic zabrakło. Ale szyć będę w konspiracji, czyli kiedy Ślubnego w domowych pieleszach nie będzie, w jego obecności będę grzecznie i z entuzjazmem dziergać eksperymentalne odzienie męskie.

środa, 19 marca 2014

CHWILA ODDECHU ZAOWOCOWAŁA...

Uprzedzałam lojalnie, że będę potrzebowała chwili oddechu od bicia kocykowej piany
I tu dygresja - od razu doniosę (poniekąd na siebie samą :))), że pienisty kocyk jest zrobiony w 53%, czyli "mniejsza połowa" przede mną, ale pocieszam się, że druga połowa robi się szybciej, bo widać koniec. Tak po cichutku i naiwnie liczę na to, że do końca weekendu uda mi się skończyć.

Koniec dygresji - wracamy do tematu. Chwila oddechu zaowocowała powstaniem dodatkowego prezentu dla starszej z dziewczynek. 

Na początku było koło... w sumie to bez przesady, kółeczka niezbyt duże. Połączone ze sobą trójwarstwowo: kółko szydełkowe, kółko tekturowe i kółko filcowe - dały coś na kształt rękodzielniczej delicji.

A później mnie poniosło... połączyłam fioletową bawełnę z ozdobną kwiatuszkową taśmą, taką komunijną.

W kwiatuszki wszyłam zamek i dorobiłam na drutach prostokąt z włóczki "baranka".

A później czary mary, sporo ręcznego szycia i powstał:

Tak jest! Piórnik bardzo dziewczęcy.
W środku filc, żeby było usztywnione i żeby nic się przez barankową włóczkę nie usiłowało przebić w trakcie użytkowania. Przy okazji jest mała przegródka, chociaż podejrzewam, że Zosia będzie pakowała piórnik po brzegi, więc może się okazać zbędna.

Kwiatuszki zostały przytwierdzone na amen do szydełkowej bazy przyszytymi koralikami. Te "komunijne" ozdobne taśmy mają ogromną tendencję do rwania się na łączeniach elementów. Szkoda by było gubić kolejne kwiatuszki, bo łączniki między nimi znikną, a same kwiatki zaczną odpadać w trakcie użytkowania. Teraz mogą się łączniki rwać do woli, każdy kwiatek jest osobno przyszyty i nie ma mowy, żeby cokolwiek odpadło.

Tasiemki po obu stronach zamka błyskawicznego oczywiście obecne, żeby było wygodniej. 

Popełniłam strategiczny błąd w planowaniu kolejności zszywania. Skutkiem jest to, że sama tuba nie jest usztywniona tekturą. Ale na szczęście filc jako podszewka trzyma całość w odpowiedniej formie, a piórnik jest milusi w dotyku. Jednak mam nauczkę na przyszłość, żeby trzy razy przemyśleć kwestie zszywania i przewidzieć, że coś usztywnionego kartonem nie da się wywinąć na prawą stronę :)))

Ale i tak moje zadowolenie z efektu końcowego jest spore. Mam nadzieję, że trafiłam w gusta kilkuletniej inteligentnej dziewczynki - jest słodko i uroczo, ale użytkowo i estetycznie. 

niedziela, 16 marca 2014

KILOGRAM "WINTYDŻA"

Dostałam kilogram bardzo cennego dobra. Dobro ma bez wątpienia cechy "vintage" i wywołało mój bezgraniczny zachwyt. 

I tutaj jest miejsce na oficjalne podziękowania dla Marka - szyjącego Marka (!!!), który wszedł w posiadanie wyżej wspomnianego tajemniczego dobra i postanowił mnie obdarować, licząc na to, że napadnie mnie dzięki temu potężna inspiracja. 

Marku, jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję! Inspiracja już za mną gania i pokrzykuje. Sprawiłeś mi tym kilogramem "wintydża" wielką radochę!!!

A co to za tajemnicze dobro? To angielskie "przepisy" na wyroby druciane z lat 60, 70 i 80. Genialne źródło inspiracji, a jednocześnie doskonała lekcja historii "ubioru dzierganego" z ubiegłego stulecia.
Co ciekawe, niektóre modele w ogóle nie straciły na atrakcyjności. Gdyby zmienić modelki i sfotografować je bardziej współcześnie, to spokojnie można założyć, że wywołałyby zachwyt dzisiejszych dziergających.

Niektóre sweterki (te z lat 60, drukowane w czarno-białej, a raczej szaro-żółtej wersji :))) mają urok prawdziwego "vintage" i wywołują u mnie potrzebę natychmiastowego zrewidowania charakteru swojej garderoby i powrotu do klimatów z tamtych lat:

Są też takie modele, które nie zachwycają mnie jako całość, ale za to jakiś element wykończenia lub sposób zdobienia powoduje, że mój mózg zaczyna natychmiast kombinować, jak to można wykorzystać w bardzo współczesnych "udziergach":

I do tego jest całe mnóstwo modeli męskich i dziecięcych oraz trochę "ciekawostek". Na przykład mała książeczka o... stempelkach z ziemniaka! Dla nas to jest pomysł na zajęcie dla dziecka w podstawówce, a tymczasem okazuje się, że można na to spojrzeć znacznie bardziej kreatywnie:

A w ramach wisienki na torcie w tym kilogramie cudowności było mnóstwo angielskich wzorów do haftu, gotowych do naprasowania na materiał. Motywy różne, przeróżne - od tradycyjnych kwiatków, przez bałwanki i domki, po znaki zodiaku:

Od trzech dni siedzę, przeglądam, knuję i planuję. I śmieję się trochę sama z siebie - jak wiele radości może sprawić kilogram papieru :))))