Nieumiarkowanie mnie dopadło, aczkolwiek nie w jedzeniu i piciu, ale w szyciu (ups, rym, przepraszam). Szycie bikini w kolorach chińskiej demokracji ludowej okazało się zajęciem porywającym, satysfakcjonującym (trudne słowo) i dającym szybkie efekty końcowe.
A jak jeszcze przymierzyłam te ozdobne skrawki, dokonałam nieznacznych poprawek - głównie wycinając tu i tam nadmiar (!!!) tkaniny - i odziałam się w skrawki ponownie, to doszłam do wniosku, że pierwszy raz w życiu czuję się w skąpym kostiumie dobrze. Stan dla mnie niecodzienny, trzeba było korzystać z wewnętrznej euforii. No to skorzystałam i uszyłam dwa kolejne komplety.
Całościowy urobek - uszytek wygląda tak:

Bikini Chińskie - pierwsze szyte - jest wszędzie wiązane, a wiązania lecą przez tuneliki, w majteczkach też. Oczywiście musiałam przy szyciu tego kompletu zachować się jak Kopciuszek zaczadziały od zbyt długiego siedzenia przy popielniku. Bo przecież, żeby zaoszczędzić sobie roboty nie doszywałam osobnych wiązań przy staniczku, tylko pociągnęłam w górę lamówkę zewnętrznej części miseczki. Ale to, że ręczenie podszywałam metry lamówek i zszywałam je również ręcznie na pół, to już nie wspomnę (sześć godzin dziubania igiełką)!!! To trzeba być naprawdę niespełna rozumu, przyznaję, ale tego się chyba nie da leczyć :)

Aaaa, zdjęcia dzisiaj wyszły spod palca wskazującego Ślubnego, który przy okazji fotografowania powyższego kompletu skomplementował mnie (chyba...) twierdząc, że "ja mam większe", w sensie że biust mam większy niż Denatka. No mam :))) Denatka leci standardem :)
Bikini Burzowe - to w nawiązaniu do tej apokaliptycznej nawałnicy, która wczorajszym wieczorem pałętała mi się po moim niebie. Wiecie, jak się "ciekawie" przeżywa burzę na najwyższym piętrze, mając okna z każdej strony świata i na dachu też? Jakby się trafiło w środek burzy w szklanej klatce :))) Niezapomniane przeżycia.
Ale do rzeczy, czyli do bikini. Powstało z resztek po burzowej bluzeczce. Do tego metry białej wstążki. Całość słodka i z kokardkami, i bardzo twarzowa, o ile twarzowe może być coś, co się nosi na... korpusie :))

W ramach modyfikacji wiązanie przy majteczkach jest nie w tuneliku, ale przyszyte na stałe - też wygodne.
I Bikini Hiszpańskie, czyli czerwień (ta sama dzianina, co w pierwszym), ale tym razem z czarną wstążką. Tym razem dół na gumce, bez wiązań.

I to by było na tyle, w tym sezonie nie planuję stworzenia ani jednego bikini więcej. Wykrój zostawiłam, będzie na przyszły rok, bo sprawdził się doskonale. Szczególnie staniczek, o który bałam się najbardziej, że będzie niedopasowany, odstający i nie trzymający niczego, okazał się rewelacją.
***
Kto pamięta bilonik euro, którego maniakalnie szukałam przed wyjazdem Ślubnego do Mediolanu? Tak, dobrze kombinujecie, znalazł się! Gdzie był? Otwieram dzisiaj swoją własną szufladę górną w biurku, bo spinacz był mi potrzeby, palcem wskazującym prawej dłoni rozgarniam bałagan wewnątrz szufladowy i co się ukazuje moim pięknym, krótkowzrocznym oczom... euro leży, na samy wierzchu, w pudełku ze "wszystkim super przydatnym, niezbędnym i podręcznym". Luzem leży, nie kryje się. Poniżej zdjęcie poglądowe:
Lewy dolny róg - bilon jak wół, a nawet kilka wołów (reszta upchnięta pod bałaganem powierzchniowym). Zostawiłam, gdzie jest. Teraz przynajmniej jest zlokalizowane. Tym samym odszczekuję wszelkie niecne myśli, jakie mi przyszły do głowy w kwestii tego, kto mógł nam dokonać ewentualnego zaboru mienia, hau hau.
***
I jeszcze Mały - też zdjęcie poglądowe, ukazujące na jaskrawym przykładzie, co może mały czworonóg zrobić z własnym dywanikiem, jeśli traktuje go jak latający (opcjonalnie - ślizgający się) dywan. Przy czym skotłowanie podłoża nie przeszkadza wcale się na nim uwalić i odpoczywać po wielkim wysiłku rozrabiania i ganiania się, z akcentem na "się", bo nikt w czasie upałów nie miał siły kocia rzeczywiście ganiać.

***
Uprzedzam, że nadal będę szyła. Rozbisurmaniłam się przeokrutnie. Nabyłam dzisiaj materię na dwie sztuki odzieży - w ulubionym second handzie oczywiście, w przytomności Ślubnego :)))
Będę też dziergać dalej Tunikę Tarasową - jestem na poziomie podkroju pach i swoim zwyczajem nabieram właśnie oczka na główki rękawów, żeby je robić w górę razem z tyłem i przodem.
Będę dalej haftować prezent - niespodziankę i zgłębiać japońskie techniki haftu, podsunięte uprzejmie przez Brahdelt, która sama się zaraziła wirusem wyszywania, ale uparcie twierdzi, że to przeze mnie :))) Zajrzyjcie do niej, jakie cuda wyszywa.
I będę słuchać czwartego tomu sagi o druidzie Kevina Hearne'a, angielski tytuł "Tricked". Po polsku wyszły trzy poprzednie tomy: "Na psa urok" ("Hounded"), "Raz wiedźmie śmierć" ("Hexed") i "Między młotem a piorunem" ("Hammered"). Tłumaczowi ukręciłabym coś za te tytuły i jeśli tak samo "barwnie i z polotem" przetłumaczył wnętrzności książek, to ubolewam. Ale angielski oryginał jest lekturą lekką, przyjemną, z humorem i wieloma doskonałymi cytatami. I skoro zwalamy winę na innych, to winnym za moje czytanie o druidzie jest Ślubny, bo to on znalazł i zasugerował sprawdzenie, co to warte.