Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 kwietnia 2014

DOBRA ŻONA...

Dzierganie swetra dla Ślubnego, swetra zwariowanego i z mnóstwem dzikich pomysłów może komuś podsunąć myśl, że ja jestem dobrą żoną. Jak się ktoś zagalopuje, to może nawet - perfekcyjną żoną... 
Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak, to dzisiaj ten wyidealizowany obraz nieco podupadnie.

Perfekcyjna żona jesienią udała się do Pasmanterii Obrzydliwie Dobrze Zaopatrzonej i nabyła tkaninę lnianą, skażoną nieco dodatkiem sztucznych włókien. Tkaninę gniecioną, o niebanalnym odcieniu deszczowego letniego nieba. Na pytanie Ślubnego, co z tego ma być, perfidna kobieta rzuciła niezobowiązująco: "A może letnie spodnie dla ciebie..." Ślubny się rozpromienił, wyraził wielką chęć posiadania rzeczonego odzienia i uprzejmie poprosił o odłożenie szycia do wiosny, żeby miał spodnie "na miarę" i to miarę wiosennie aktualną.

Tkanina została z marszu zdekatyzowana i taka uprana i odprasowana leżała, nie wadząc nikomu, w szafie na antresoli. Aż do momentu, kiedy perfe... perfidna żona doszła do wniosku, że potrzebuje spódnicy. Kolejnej spódnicy do kostek - ewidentnie po okresie spódnic do kolan nastąpiła u mnie gwałtowna zmiana preferencji i znowu wszystko musi prawie zamiatać podłogi. I jakoś mnie do tego lnu ciągnęło. 

I tak, zamiast spodni dla Ślubnego, z lnu została uszyta spódnica dla mnie. Rozkloszowana na dole, ściągnięta gumką na górze - model 34 z Anny (Anna Moda na szycie 1/2014). Jedyna zmiana to przedłużenie jej o 7 cm.

A przepraszam, była jeszcze jedna drobna modyfikacja. Ponieważ ten len nie jest miękki i lejący, to dodałam małe zaszewki na każdej z czterech części wykroju, żeby materii zbieranej gumką w pasie było nieco mniej i żeby mi się tam nie robiły mało wdzięczne "buły".

Spódnica była szyta jako dodatek do Tęczowego sweterka - spokojny dodatek :))) Razem prezentują się tak:

I jeszcze zbliżenie na tkaninę. Na zdjęciu jest świeżo po prasowaniu, więc poziom "zgniecenia" jest niewielki. Zastanawiam się, co się będzie działo po praniu - czy nie będzie ciekawiej w wersji bardziej "pogniecionej".

Od razu dodam, że Ślubny nie pała do mnie żadnymi negatywnymi uczuciami. Przyjął stratę materii lnianej po męsku i nie zanosi się na akcje odwetowe... przynajmniej taką mam nadzieję. 

***
A teraz uchylę Wam rąbka tajemnicy - jak upojne bywa robienie zdjęć, kiedy ma się czworonoga "na stanie" i to czworonoga, który nie może sobie darować.
Ślubny robi fotki i wszystko idzie sprawnie i bezproblemowo do momentu, kiedy Mały orientuje się, że jest impreza, a jego tam nie ma.

Najpierw Mały po prostu pojawia się w pobliżu i ma dylemat, bo pan robi fotki i pani robi fotki - osiołek nie bardzo wie, w który obiektyw wsadzić mordkę:

Ale to trwa jakieś pięć sekund i Ślubny już niewiele może... To znaczy może przeczekać albo zacząć robić zdjęcia kotu :)))

I żeby nie było - chusta, kwiatek, wszystko jedno. Kwiatek się obwącha:

Tylko trochę gorzej z dokopaniem się do korzeni :)))

***
A gdyby się ktoś pytał, czemu Ślubny robi fotki chust, które dziergałam już jakiś czas temu i które na blogu już były... :)))))))) Tajemnica... jeszcze przez jakiś czas. Ale podjęliśmy ze Ślubnym Bardzo Poważne Decyzje i praca wre, żeby je urzeczywistnić. Między innymi dlatego na razie nie będzie Razem-Robienia, ale obiecuję, że kiedy już "ogarniemy chaos w tej piaskownicy", to nie tylko Razem-Robienie się pojawi, ale i inne fajerwerki i wodotryski. Ale to jeszcze trochę potrwa.

piątek, 14 marca 2014

BIJĘ KOCYKOWĄ PIANĘ

Priorytet kocyka został podwyższony z poziomu "szybko" do poziomu "ekspresem" - Marysia od dwóch dni jest na świecie. Kocyk ma być prezentem na chrzest, więc nie jest to jeszcze sytuacja kryzysowa i nie dziergam dniem i nocą, ale intensywność machania drutami jest spora.

Ostatnio pisałam, że wszelkie próby zrobienia zdjęć, kiedy jeszcze robótki było niewiele, powodowały, że otrzymywałam kadr taki, jakbym się uparła sfotografować pianę z mleka - dużo białej piany. Teraz robótki jest znacznie więcej, a próba zrobienia fotki kończy się nadal mniej więcej tym samym - kocyk "się pieni" :)))

Kocyk miał być z założenia bardzo delikatny i ażurowy. Chodziło mi po głowie zrobienie czegoś wzorowanego na Royal Baby Blanket (jeśli jest jeszcze dziewiarka, która nie widziała najsłynniejszego kocyka poprzedniego roku, to proszę bardzo). Jednak po obejrzeniu królewskiego kocyka dokładniej jakoś mi się przestał podobać. Wyśniło mi się coś bardziej "miękkiego wizualnie", bez wyciągniętych zębów na brzegach i geometrycznych wzorów na samym kocyku.

A czego dawno nie było na blogu? Wzoru, do którego pałam wielką miłością? Który swego czasu pchał mi się do wszystkiego, co tylko pojawiało się na drutach?
Pawie oczka! 
Na brzegu robiłam je "standardowo" według wzoru, tworząc coś w rodzaju borderu. Im dalej w kocyk, tym bardziej zwiększam liczbę rzędów oczek prawych między rzędami ażuru:

I tak sobie będę dziergać do połowy kocyka, a po jej osiągnięciu zacznę zmniejszać, robiąc lustrzane odbicie.
Gdyby ktoś chciał sobie "po-pawio-oczkować" we własnym zakresie, to proszę bardzo kurs robienia wzoru był tutaj.

Troszkę przesadziłam z liczbą oczek - mam ich na drutach 350, a spokojnie mogłam nabrać niecałe 300. Kocyk mi wyjdzie... duży, ale najwyżej nie będę celowała w idealny kwadrat, tylko bardziej prostokąt, przy tym wzorze mogę sobie pozwolić na taką modyfikację.

Oprócz tego muszę jeszcze wykombinować jakiś drobny dodatek do prezentowego kocyka, bo mała Marysia ma siostrę, a niepoprawne wychowawczo jest obdarowywanie młodszej latorośli i pomijanie starszej, ale jednak nadal małej dziewczynki. Mam pomysł - średnio pracochłonny (w mojej zwichrowanej skali pracochłonności :))), ale potencjalnie przyjemny dla oka, użyteczny i atrakcyjny dla starszej Zosi. 
Pewnie będę tworzyć w trakcie weekendu, bo potrzebuję trochę oddechu od bicia kocykowej piany :))) Poza tym ma znowu wiać, prawie jak przy Ksawerym, więc potrzebuję zajęcia absorbującego głowę i ręce, żeby nie myśleć o tym, że mi mienie ucierpi i nie pojękiwać w duecie przy każdym zawodzącym w kominie podmuchu wiatru. 

Na deser macie Małego. 
Fotki blogowe są zawsze obrabiane na komputerze Ślubnego, bo tam są zainstalowane wszystkie niezbędne programy, a poza tym monitor jest wielkości telewizora, a tak naprawdę są dwa monitory. A między monitorami jest szpara. A w szparze pojawia się...

Bo skoro pani jest zajęta przy biurku, to kot też będzie siedział na blacie i kropka! 


sobota, 8 marca 2014

WYRÓB WIRUSOPOCHODNY

Najpierw powinnam się chyba wytłumaczyć, bo jak na moje standardy nie było mnie całe wieki, czyli dokładnie tydzień. Ale to był tydzień, że niech go piekło i szatani!

Ślubny w ramach "wynoszenia wielu korzyści z pracy zawodowej"  przywlókł do domu... Wirusa Grypy. Sam Ślubny rozłożył się całkowicie w poprzednią sobotę. Przez pierwsze trzy dni jego głównym zajęciem było płożenie się na powierzchniach płaskich, odmawianie jedzenia o konsystencji stałej i cytowanie okolicznościowego wiersza Brzechwy... "a-psik!"

Oczywiście Wirus był zjadliwy i na napadnięciu na Ślubnego nie skończył. Tylko nie wziął Wirus pod uwagę, że ze mną nie będzie standardowo. Po pierwsze ja choruję relatywnie rzadko i zazwyczaj kończy się na kichaniu. Moja normalna temperatura to jest coś koło 36,3. Jak mam powyżej 37 (co się zdarzyło pewnie z pięć razy w moim dorosłym życiu), to oznacza prawie wizje białych myszek. A Wirus doszedł do wniosku, że zafunduje mi doświadczenia w wersji "full wypas".

Przez pierwsze trzy dni przyjęłam strategię zupełnego ignorowania "oczywistych oczywistości", Ślubny jest chory, to ja nie mogę i kropka! Mięśnie bolały, temperatura rosła, a ja się zawzięłam i latałam dokoła podciętego Wirusem Ślubnego jako ta siostra miłosierdzia. 
W poniedziałek wieczorem - Ślubny już po wizycie lekarskiej, zdiagnozowany, zejścia śmiertelne w najbliższej przyszłości zostały wykluczone - Wirus się zorientował, że coś słabo reaguję na jego działania i trzeba troszkę silniej mną wstrząsnąć - odebrał mi możliwość normalnego wydawania dźwięków - mówisz, kaszlesz... lepiej nie mów. Strategia ignorowania była już niemożliwa. Siadłam, wysłałam kilkanaście smsów odwołując wszelkie spotkania, zajęcia, obowiązki. Ale nadal udawałam, że wszystko jest ok... we wtorek rano z temperaturą 38,3 myłam podłogi... miałam wprawdzie wrażenie, że to podłogi na płynącym Titanicu, bo mi wszystko przed oczami falowało, ale dałam radę.

Ale kiedy Ślubny po końskiej dawce leków stanął na nogi, to ja się poddałam. Wirus się rozhulał z siłą orkanu - a ja już nie miałam siły udawać, że nie jestem chora. Padłam i w sumie nie do końca pamiętam, co się działo przez dwa dni. 

Ale już jestem. Cała, zdrowsza, choć do pełni sprawności nadal mi jeszcze troszkę brakuje. I jeszcze raz się potwierdza moje silne przekonanie, że ja nie lubię chorować i co gorsza nie umiem chorować! Pozwalam sobie na zwolnienie tempa dopiero, kiedy inni potrzebowaliby kroplówki, a ja to pewnie i z tą kroplówką usiłowałabym wstać, iść i coś pożytecznego zrobić. 

Ale zanim się poddałam Wirusowi, to dzielnie tworzyłam Wielki Piórnik, który powinien zostać nazwany Wyrobem Wirusopochodnym, bo powstawał wśród tabletek, syropków, chusteczek higienicznych i nowej rodzinnej rozrywki, czyli ciągłego mierzenia temperatury.

Najpierw powstała trzykomorowa baza, usztywniona wszędzie, gdzie się da:

A wczoraj udało mi się siąść i zacząć ją zamykać od góry, tworząc wieczko z trzema zamkami błyskawicznymi, na razie jest jeden:

Wykorzystuję pomysł podpatrzony gdzieś w Internecie - zamki nie są wszywane, ale raczej... wrabiane. W ramach przygotowania trzeba je obszyć nitką, a później wrzucić w odpowiednie miejsce, traktując te nitki jako podstawę do szydełkowania.

Pomysł i sposób mnie urzekł, bo nic się w tradycyjny sposób nie wszywa. 

Mały oczywiście nie mógł przejść obojętnie obok rozciągniętej nitki:

A przy okazji macie dowód rzeczowy, że kocio miewa się zdrowo i Wirus widocznie na poziomie podłogi nie szalał, bo kota nie dorwał. Swoją drogą, to przez wszystkie dni tego choróbska moim największym zmartwieniem było, że możemy Małego zarazić. Chodziło kocisko biedne, bo nikt go nie brał na ręce (bo nie miał siły), nie głaskał za dużo, żeby nie siać złego.

A w ramach udowadniania, że piórnik to Wyrób Wirusopochodny - wyliczenia słupków do wrabiania zamka, żeby był równo, zrobione na... chusteczce higienicznej :)))) Niczego innego nie było pod ręką:

piątek, 14 lutego 2014

NORMALNY CZŁOWIEK...

Normalny człowiek, który pała chęcią posiadania wiosennego, błękitnego otulacza w jodełkę, bierze druty, dzierga jodełkę (klnąc w żywe kamienie, bo to "ślimaczy" wzorek), zszywa, łączy, pierze i nosi. 

Taaak, normalny człowiek tak robi. Człowiek "normalny inaczej" zaczyna bardzo podobnie - dzierga jodełkę z bawełnianej nitki.

A potem zaczyna się kombinowanie i kiedy próbuje się własne wizje opisać na blogu, to w komentarzach piszecie, że "ciężko to sobie wyobrazić" : ))))) To może ja pokażę etapami.

Po jodełce odczuwa się nagłą potrzebę haftowania... kółek... na polarze :))) Żeby było ciekawiej cieniowaną muliną.

Jodełkę i haft człowiek "normalny inaczej" zszywa ręcznie i natychmiast stwierdza, że jakoś te brzegi trzeba wykończyć. Lamówka własnej produkcji z bawełny w paski nada się idealnie. 

Ale spód też wymaga dopieszczenia. Podszewka? Naprawdę? Wariactwo! Ale robimy, z czegoś cienkiego, sztucznego, z dziwną fakturą, co pasuje kolorem i jest miłe w dotyku. 
Tu następuje chwila zastanowienia. Mam w planach szycie trzech warstw materii bardzo zróżnicowanej: na górze bardzo luźno tkana bawełna o dziwnym splocie, pod spodem sztuczność cienka i lekko elastyczna, a między nimi robiona na drutach jodełka o gęstości żadnej... Kiedy ja ostatnio pisałam, że kocham swoją maszynę do szycia???!!! Brzydal to wszystko zszył bez jednego jęku i bez jednego przepuszczonego szwu. 

I tym sposobem produkcja zwykłego otulacza w jodełkę zostaje zakończona. Efekt końcowy wygląda tak:

Oczywiście docelowo otulacz powinien być noszony zamotany i wtedy widać wszystkie odcienie niebieskości powciskane w jeden prawie półtorametrowy otulacz.

Całość wzięta w łapę jest cudownie lejąca się i ciężka. Układa się w wersji "zwisającej" i miło się mota dokoła szyi. 

I zdążyłam przed wiosną, tą kalendarzową przynajmniej! Druga pozytywna wiadomość to ta, że to był ostatni rozgrzebany projekt, czekający od miesięcy na zmiłowanie i wykończenie.

Małego macie na Walentynkowy deser. Śpiącego. Oburzonego lekko, że mu głupi ludź przeszkadza odsypiać bardzo intensywny program rozrywkowy, jaki zafundował sobie i ludziom nad ranem... kochany kotek. Zdrowy, skoro rozrabia :)))

sobota, 8 lutego 2014

NIE TEN KOLOR, NIE TA WŁÓCZKA, NIE TEN WZÓR

Poczułam się pod koniec tygodnia tak, jakby ktoś we mnie klątwą miotnął. Klątwą o potężnej sile rażenia dziewiarskiego. Taką, co to od niej druty opadają, oczka spadają, a projekty - nawet najbardziej perspektywiczne - odpadają w przedbiegach i oddalają się galopem w sfrustrowany niebyt.

Te oto, prezentowane wcześniej, dwa przepiękne motki miały zostać zamienione w sweterek...

Zrobiłam próbkę połączoną nitką... fuj! - Bez urazy, ale efekt jak babcine dzierganie w czasach głębokiego kryzysu.
Pokombinowałam z wrabianiem kolorów lewymi... fuj! - Marny pomysł, delikatnie to ujmując.
Przetestowałam paski... fuj! - Psychodelia w najczystszym wydaniu.

I powinnam sobie pomyśleć, że do trzech razy sztuka. Że skoro materia nie chce współpracować, to trzeba odpuścić, dać się jej odleżeć, poczekać na chwilę natchnienia. A ja nie!!! Ja szłam w zaparte.

Pożegnałam nitkę tęczową i zaczęłam kombinować, co można zrobić z samej różowej.

Ściągacz angielski... fuj!
Warkoczyki jedno oczko na jedno oczko, skręcane w lewo... fuj! - Skręcanych w prawo nie testowałam : ))
Wzorek bardzo japoński oparty o finezyjnie zaplatane drobne warkoczyki... fuj!

I dopiero tu sobie uświadomiłam, że to nie ten kolor, nie ta włóczka i nie ten czas. Pozgarniałam wszystko, poupychałam z powrotem w czeluści szafy robótkowej i wyjęłam ten samo gatunek włóczki (Angora Ram), ale w kolorze szaro-beżowym.
Żadnych wzorów, żadnych fajerwerków i ani jednego wodotrysku - prawe oczka, reglan robiony od góry, prosto, prościej, najprościej jak się da!

***
A dziergając prawymi, czyli bezmyślnie kompletnie, rozgryzam technicznie pomysł na piórnik szydełkiem w wersji "de lux", czyli dwukomorowy, z zameczkami, przegródkami itp.
A jak mi się znudzi myślenie o piórniku, to kombinuję nieco przewrotnie, czy ja jednak nie mam ochoty wydziergać w tym roku swetra męskiego, bardzo nietypowego... 

***
Aktualizacja puzzlowa dostępna w zakładce "Rok z Michałem Aniołem". Wychodzi na to, że chyba spędzę z roznegliżowanym Adamem i Panem Bogiem w różowościach nieco dłużej niż rok, ale cóż ja poradzę, że niebo układa się tak powoli...

***
I żeby znowu nie było pytań "A gdzie kot?", to proszę bardzo Mały w sytuacji, za którą nie przepada - stanowczo lepiej się czuje "w parterze" niż na rękach "u ludzia".
I dlatego robi miny znudzone:

I wskazujące na lekki "nerw":

A najlepiej, jak go już te głupie ludzie puszczą i pozwolą się odprężyć tam, gdzie kotu najlepiej:

***
I kto jeszcze nie widział, ten koniecznie musi zobaczyć!!!

Oglądamy wczoraj otwarcie Igrzysk w Soczi. Wychodzi liczna i rozbawiona reprezentacja Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Ja zastygam z drutem wbitym w oczko prawe. Ślubnemu wyraźnie zaczyna opadać szczęka. Gapimy się w ekran jako te dwie zahipnotyzowane kobry. I w końcu Ślubny wydusza z siebie: "Oni te kubraczki mają na drutach robione...???!!!"

Sen szalonej dziewiarki. Mało "umnej" technicznie szalonej dziewiarki!
Bierzemy głęboki oddech i zaglądamy tutaj.
I gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości - ta szalona dziewiarka ma na imię... Ralph Lauren... Trochę pana poniosło.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

ROBOT WIELOCZYNNOŚCIOWY MELDUJE

***
Zamieniłam się w robota wieloczynnościowego. Jedna kończyna miesza ogromne ilości żółtek, masła i czekolady w celu wyprodukowania świątecznych słodkości. Druga kończyna sprawnie posługuje się szmatą, wiadrem i odkurzaczem. Trzecia kończyna robi listę zakupów. Czwarta zmienia pościel i wstawia szóste pranie. Piąta wciska Ślubnemu termometr i podtyka pod nos środki inhalacyjne, bo się był przeziębił mąż. Prawym uchem słucham Dickensa, a lewym - świątecznych piosenek. 

Zakatarzony, ale nie obłożnie chory Ślubny został obarczony gigantycznym zadaniem przystrojenia choinki. Dwa lata temu była wersja biała, rok temu patriotyczna, czyli w bieli i czerwieni, a w tym roku? W tym roku musiało pasować do przepięknych bombek od Gardenii, więc jest biało, czerwono i złoto.
To jeszcze raz te cudowne sprezentowane nam bombki.
 

I jeszcze jedna.

I choinka w pełnej krasie.

***
Kocio jest domowym zamętem wprost wniebowzięte. Odmawia spania. Jest go wszędzie pełno. Uczestniczy w każdej czynności i nic, ale to nic kompletnie nie może się bez niego dziać. Kocia ogarnął przedświąteczny kociokwik :)))

***
I w tym kociokwiku udało mi się wczoraj skończyć pokrowiec na pianino. Pokrowiec ochrzczony Kurzołapem.

Zagwozdką konstrukcyjną było wymyślenie sposobu na takie użytkowanie pokrowca, żeby za każdym razem nie wyciągać i nie wciskać podstawki pod nuty. Plastikowa ci ona, włazi w szczelinę w samym pianinie niechętnie, a wyłazi z jeszcze mniejszym entuzjazmem. Wniosek - w pokrowcu musi być stosowny otwór, ale tak wykończony, żeby przylegał idealnie i nie deformował krojonej "na miarę" całości.
Podeszłam do tego otworu jak do wpuszczanych kieszeni wykańczanych pliskami, jak w żakietach. W Carskim Mundurku były takie fajerwerki:

Dzięki temu mam szczelinę, a nie rozłażącą się dziurę. Brzegi są sztywne, nierozciągliwe i trzymające formę.

Żeby nie walczyć z przyszywaniem "boczków", rogi zrobiłam zaokrąglone (zgodnie z konstrukcją instrumentu :))) i leciałam te prawie cztery metry jednym ciągiem, bez troski o to, żeby mi się pod kątem prostym układało jak należy.

A skoro zostałam w okolicach Mikołajek obdarzona stopkami do maszyny w ilościach trudnych do policzenia, to uparłam się, że będę się stosować do zasady "mam, to używam".
I tak Kurzołap powstawał z wykorzystaniem... spoglądamy na zdjęcie poniżej:

Od lewej:
- stopka uniwersalna (ale z nowego kompletu :)));
- stopka do stebnowania - na prawej "płozie" ma dodatkowe znaczniki; niby nic, ale zwiększa precyzję szycia, co mnie przynajmniej raduje wielce;
- stopka do przyszywania sznureczków - przy Kurzołapie, gdzie cała pięciolinia i nutki to przyszyty kordonek, ta stopka to było zbawienie; przyszywa się przy jej użyciu precyzyjnie, ekspresowo i bezproblemowo;
- stopka do ściegu satynowego, czyli bardziej po ludzku - do zygzakowania - i znowu niby nic, ale jej konstrukcja jest jakoś tak doskonale przemyślana, że trzyma materiał tam, gdzie ma być, żeby prawa strona zygzaka wychodziła idealnie na brzegu tkaniny.

***
Na drutach pojawił się Projekt Intensywnie Kreatywny :)))

Będę wykorzystywać motyw centralnej części z Tybetańskich Chmur, ale bynajmniej nie do szala. Na razie pomysł jest w fazie "kombinacyjnej", więc szczegóły nieco później.

***
I jak widać nagłówek został zmieniony już na zimowy - jak zwykle dziękuję Ślubnemu, że te nagłówki stworzył i mogę sobie szaleć zgodnie z porami roku!

Życzenia będą jutro, a dzisiaj ja wracam do przedświątecznego kociokwiku, a Was zostawiam z Małym:


wtorek, 3 grudnia 2013

KUBUSIOWY KOCYK

Bywa tak, że się człowiek zapatrzy na coś, zachłyśnie, zainspiruje i bardzo chce stworzyć "coś w ten sam deseń". I w zasadzie już sięga po druty, motki, szydełka, igły itp., kiedy nagle - gdzieś z najciemniejszego kąta - wychyla się głowa rozsądku (w moim przypadku to może i ze trzy głowy na raz) i jadowicie pyta: "A po co Ci to? A dla kogo Ty możesz coś takiego zrobić? Dla Ciebie się nie nadaje, rodzinie się nie przyda, a wśród znajomych też akurat brak kandydata na bycie szczęśliwym obdarowanym. Opanuj się, kobieto!" 

I do tej pory w takim momencie następował u mnie odruch "rakowy-ślimaczany" - ruch wsteczny, motki i druty lądowały w szufladach i szafach, a ja bez entuzjazmu, ale i bez buntu wracałam do skostniałej skorupy z napisem: "tworzę to, co użyteczne, potrzebne, wysoce sensowne".

I dokładnie tak samo było z niedawno pokazywanym szydełkowym wzorkiem. Zachwycił mnie jako wzorek na dziecięcy kocyk. A rozsądek od razu wysyczał, że jaki dziecięcy!!!??? Skąd ja nagle wezmę dziecko do tego kocyka... Dlatego nawet wtedy, we wpisie sama siebie usiłowałam przekonać, że może taki szydełkowy szalik... Aha, szalik! Jaki szalik, skoro w głowie była wizja nieco większych przestrzeni, kocykowych a nie szalowych. 

I tu się okazuje, że Opatrzność na takie "wielkie chcenie" reaguje od ręki i ekspresem załatwia sprawę. Pierwszy komentarz pod tamtym wpisem i Ewa się skarży, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie, bo jest babcią Kubusia, ale kocyka w rzeczony wzorek mu nie wydzierga, bo ona jest czarodziejką obiektywu a nie szydełka (i tu koniecznie oddalamy się oglądać świat uchwycony obiektywem aparatu Ewy i zaglądamy na jej stronę internetową i na bloga). 

Maila do Ewy napisałam szybciej niż najbardziej sprawna sądowa protokolantka. Licząc na to, że skoro znamy się z Ewą wirtualnie od jakiegoś czasu, to potraktuje mnie i moją niespodziewaną propozycję obdarowania jej kocykiem jako nieszkodliwe szaleństwo a nie mailowe natręctwo i natarczywość wysokiej klasy.
Ewa na szczęście nie poczuła potrzeby ucieczki przed wariatką z kocykiem :)))

Tym sposobem powstaje Kubusiowy Kocyk, poniżej zaprezentowany razem z Kociowym Kocykiem i samym Kociem Kimającym:

Celuję w rozmiar ponad metr na metr, licząc na to, że wtedy przyda się nieco dłużej. Kolorystyka jak widać pastelowo-chłopięca, łamana bielą i w wykończeniach nasyconym fioletem lub błękitem, żeby mi nie wyszedł mdły pledzik, tylko porządny kocyk z pazurem!

I w związku z Kubusiowym Kocykiem mam dwa spostrzeżenia:
Po pierwsze - jeśli jeszcze raz sama siebie ocenzuruję, czyli na etapie pomysłu powiem sobie "a dla kogo to? a jaki sens ma tworzenie tego?", to niech mnie czkawka męczy przez trzy dni! Jeśli przyjdzie mi do głowy zrobienie sweterka z reniferkami dla trzyletniego dziecka, to go zrobię! Znalezieniem dziecka do wypełnienia sweterka będę sobie zaprzątać głowę po upraniu i zblokowaniu :)))
Po drugie - dochodzę do wniosku, że nic tak nie cieszy, jak robienie czego w prezencie dla kogoś!!! Nie na zamówienie. Poza tym stałe bywalczynie wiedzą, że na zamówienie nie robię w zasadzie nigdy, chyba że jest to zamówienie bardzo nietypowe i stanowiące dla mnie przyjemne wyzwanie. Ale prezenty... Siedzę, szydełkuję i sama się do siebie uśmiecham, bo ja kocham robić, ale niekoniecznie posiadać to, co zrobione. A przy prezentach najłatwiej mi o rękodzielniczy błogostan :)))

A jeśli komuś jeszcze mało czynnika kociego, to proszę bardzo - "błogokociostan kudłaty"

PS dla chcących wykorzystać ten sam wzorek (na wszelki wypadek jeszcze raz link do niego) - wzorek jest "włóczkożerny" jak niezła pirania. Planując cokolwiek nim robionego, weźcie to pod uwagę przy zakupie odpowiedniej ilości włóczki.

poniedziałek, 25 listopada 2013

ZDESPEROWANY WINNICZEK

Mogłabym napisać znacznie dosadniej, że jestem "upartym ślimakiem", ale ten "zdesperowany winniczek" brzmi sympatyczniej. I już tłumaczę, czemu w ogóle mam poczucie bycia ślimakiem i to zdesperowanym.

Weekend upływał pod hasłem haftowania poszczególnych elementów LOVE-ramki. Naiwna ze mnie istota, bo miałam głębokie przeświadczenie, że dwa dni pozwolą na wypełnienie haftem wszystkich czterech literek, wyprasowanie, upchanie w ramkę i dzisiaj będę Wam mogła pokazać efekt końcowy... Pisałam, że jestem naiwna?

Najpierw okazało się, że bardzo szybko muszę zrewidować pomysł na technikę wyszywania i zrezygnować ze wszystkich elementów wystających - koralików, aplikacji, elementów frywolitkowych, bo inaczej się nie będzie mieścić pod szkłem. Został mi haft płaski - nie płakałam zbytnio, bo doskonale wiem, że korzystając tylko z niego można wyczarować cuda. 

Kolejnym "spowalniaczem" okazało się poszukiwanie narzędzia do rysownia po czarnym materiale. Zwykła biała kredka ołówkowa nie zostawiała po sobie żadnego śladu - za sucha, za twarda. Mydełko krawieckie odpadało z dwóch powodów. Po pierwsze trwałość narysowanej linii to jakieś trzydzieści sekund. Po drugie mydełko jest tłustawe, a za plamy na haftowanych elementach to ja podziękuję.
Czym rysowałam?

Tak, dobrze widzicie! Biały ołówek do paznokci :))) Łatwo się nim rysuje, bo jest miękki, a to, co narysowane jest zaskakująco trwałe i nie wymaga nieustannego poprawiania, bo linie się nie wycierają.
Ale przy pierwszej literce rysowanie też trwało całe wieki - ręka mi drżała. Rysowałam "z łapy", bez schematu. Przy drugiej już mi śmiałości przybyło.

I w wolnym, prawie ślimaczym tempie, ale z dużą determinacją wyszywałam przez sobotnie i niedzielne popołudnie i wieczór - czyli trwałam w stanie zdesperowanego winniczka. Powstały dwie (!!!), tylko dwie literki - L i E, czyli skrajne. Te haftowane na czarnym płócienku.

Mogła powstać jeszcze co najmniej jedna literka "w bieli", ale najpierw Ślubny niecnie wykorzystał mnie w celach zawodowych własnych (w sobotę rano robiłam korektę bożonarodzeniowej gazetki promocyjnej). Po południu zdecydowałam, że czas najwyższy na przygotowanie kolejnej pracy domowej z francuskiego (wróciła sprawdzona dziś rano - podobno zdolna jestem :))), a późnym wieczorem... to mi przeszkadzało:

Doszło toto do wniosku, że jest wieczór, więc nadszedł czas na głaskanie, wpakowało się na biurko, ułożyło centralnie i zastygło, pomrukując cichutko. Zepchnąć się toto nie dało. A haftować cokolwiek czarnego nad tą kupą pierza się nie da.

To nic, dwie środkowe literki - mam nadzieję - wyhaftują się w mniej ślimaczym tempie i w następnym wpisie będę mogła pokazać ramkę z zawartością, na półce, na honorowym miejscu.