Z ziemią we włosach kończyliśmy wczorajszy dzień. I uprzedzam lojalnie, że dzisiaj będzie wpis ziemno-roślinny. Z dużą ilością zdjęć. Z kilkoma dramatycznymi historiami. Z paroma złośliwościami florystycznymi. Oraz z Małym łapiącym się w każdy kadr. Przykład? Proszszszsz bardzo...
Ale, żeby nie było, że robótkowo nie było nic zupełnie, to na początek trzeci rządek frywolitki, prawie cały. Przepraszam za wymięty stan przyszłej serwetki, ale między supłaniami nie wsadziłam jej między jakieś książki, tylko łupnęłam do szuflady robótkowej (mam taką szufladę w kuchni, a co!).

Poza frywolitką powstaje też haft i mam go już... łokieć, posługując się zamierzchłymi miarami. Dzisiaj powinno przyrosnąć, bo mam zamiar posiedzieć na tarasie i powyszywać. Miałam zamiar posiedzieć wczoraj wieczorem i podziubać igłą w materiał, ale nie wyszło, bo... może ujmę to tak, potępiamy działania grupy Enea, dostawcy energii elektrycznej, który postanowił zafundować nam wczoraj wieczór przy świecach oraz noc troski o lodówkę, która przy szóstym włączeniu i wyłączeniu prądu pokazała na wyświetlaczu, że ma takie warunki działania w głębokim poważaniu i nie będzie chłodziła komory lodówki. Ale ogarnęła się w końcu i po pukaniu jej w panel sterowania przez pięć minut postanowiła zająć się nie tylko zamrażalnikiem. Ale do drugiej w nocy była impreza chłodnicza, a jak się już w końcu położyłam, to Mały doszedł do wniosku, że on musi się przytulić i nie spałam do trzeciej nad ranem. A budzik Ślubnego zadzwonił dzisiaj o siódmej...
A teraz do rzeczy, czyli do ziemi. Będzie fotorelacja.
Najpierw Ślubny zakupił florę i przywiózł ją hurtowo, upychając w bagażniku i na tylnym siedzeniu.
Zielenina została wtargana na trzecie piętro i przez chwilę stanęła na korytarzu przed drzwiami. Przy czym udawała, że jest jej mniej, niż nam się wydaje i generalnie niewinna jest, nieszkodliwa i... bezwonna to nie, bo róża pachniała tak, że dech zapierało.
Galopem przenieśliśmy wszystko na taras i dokonałam pierwszego przeglądu zakupionych dóbr (Ślubny działał w sklepie samodzielnie i miał tylko powiedziane, że zioła chcę, koniecznie, wszystkie możliwe i truskawki, też koniecznie).
Okazało się, że dostałam malinę... w postaci samotnego, zadziornego patyka, który to patyk od razu grzecznie uprzedziłam, że jak się nie puści i nie zacznie przypominać choćby małego krzaczka, to marny jego los, skończy jako badylek do grzebania w ziemi w innych doniczkach. Nie wiem, czy malinowy patyk się przejął, ale mam nadzieję, że do niego dotarło, że na tym tarasie żartów nie ma.
Zioła dostałam wszelkie: bazylię, oregano, miętę, rozmaryn, tymianek, szałwię, estragon oraz dwa krzaczki ziół niezidentyfikowanych, podobno jadalnych... ale możliwe, że Ślubny postanowił zakupić
szalej jadowity i pozbyć się żony raz a dobrze. A z tyłu, za ziołami widać część pelargonii.
Truskawki, zgodnie z zamówieniem, dotarły i nawet z owocami.
Róże są dwie jedna "na pniu" o wdzięcznej nazwie "True Love", co od razu zostało przemianowane na "True Blood", tym bardziej, że ma paskuda dorodne kolce. Oraz druga, pnąca.
I dużo bluszczu, winobluszczu i parę lian wijąco-kwitnących.
I żeby nie było nudno, to paręnaście innych kwiatków, traw i takich tam, co to ja nie wiem, ale ładne.
A później Ślubny wyruszył po ziemię i brakujące donice. Razem mam w tej chwili na tarasie prawie 700 litrów gleby! A to znaczy, że te 700 litrów zostało wtachane na trzecie piętro i przełożone do donic. Zdjęć z akcji sadzenia brak, bo strach było aparat wynieść w takie brudne i ziemne okoliczności przyrody. Mały też został przymusowo zamknięty w mieszkaniu, żeby się nie tytłał w piaseczku, torfie i innych brudach. Nie spodobało mu się, czemu dawał wyraz, siedząc na stopniu, przed drzwiami tarasowymi i drąc paszczę.
Ale za to mam udokumentowane, że przez chwilę mieszkaliśmy w mieszkaniu z okopem ziemnym (opcjonalnie barykadą workową) na tarasie. Mogliśmy ostrzeliwać nieprzyjaciela do woli i nie obawiać się wrogiego ognia.
Po czterech godzinach grzebania w ziemi i charakteryzowania się na ziemnego luda (tytułowa ziemia we włosach to nie była duża przesada), otrzymaliśmy taki oto obraz - zieleniny okiełznanej, popakowanej w schludne donice i czekającej na rozstawienie po kątach (niech wie, zielsko ozdobne i jadalne, że bytowanie u nas to nie wakacje u babci).
Na zdjęciu powyżej nie ma mojego warzywnika, który został ulokowany tuż przy oknie kuchennym, żebym miała ziółka na wyciągnięcie ręki.
W warzywniku mamy, w kolejności "donicowania" od strony kuchni: dwie donice ziół plus szczypiorek, dwie donice truskawek, pomidory, donicę z czosnkiem i rzodkiewką oraz malinę w formie patyka obsadzonego lawendą, żeby ten patyk mnie chwilowo nie zmuszał do używania przy każdym rzucie oka na niego "motywatorów negatywnych", lawenda robi za bufor.
A taras w części wypoczynkowej wygląda tak:
W dalekim rogu jest wierzba zwana wątłą (oryginalna nazwa wskazuje na wschodnie, japońskie pochodzenie), bo zamiast zgodnie z rysunkiem poglądowym trzymać gałązki, jakby ją prąd popieścił, to ona się słania. Mam nadzieję, że jej przejdzie, bo jak nie...
Mamy też miniaturowy klon, który został ochrzczony jako metroseksualny, bo nie ma toto porządnego pnia, męskiego drzewa nie przypomina nawet od strony korzenia (wiem, bo sobie pooglądałam jego podstawy moralne), ale za to wdzięczy się, gnie słodko i wygląda jak zadbany delikatesik. Mam nadzieję, że zmężnieje.
I mamy też Ginkgo Biloba, czyli miłorząb japoński, który to miłorząb jakoś mi bardzo leży wizualnie i polubiliśmy się od pierwszego pomacania pnia. Tylko obawiam się, że drzewko okaże się niestabilne emocjonalnie i pełne kompleksów, bo... nazywa się "Troll" (tak mu na wielgachnej etykiecie wydrukowali). Trzeba mu imię wymyślić, żeby się nie zamknął w sobie i nie odmówił puszczania się w obszarze listowia.
I jeszcze zdjęcie łóżka wiszącego, które rzuciło się w sklepie na Ślubnego i wrzeszczało na niego: "Bierz mnie!". No to wziął, przywiózł, skręcił i twierdzi, ze nawet wygodne. Ja nie wiem i pewnie się nie dowiem, bo jak na moje, to na to łoże trzeba się kłaść w sposób dziwnie przypominający skok wzwyż, czyli wybić się, obrócić w powietrzu i liczyć na to, że się trafi ciałem na łóżko a nie obok. Przy okazji widać, że po drugiej stronie tarasu wylądowały roślinki mniejsze i kwitnąco-piękne, w tym hibiskusy (ukrywają się za krzesłem, kto by pomyślał, że to takie nieśmiałe).
Brakuje zdjęcia huśtawki, która jest w innej części tarasu, ale to nadrobię następnym razem.
I jeszcze dwa zdjęcia nie z tarasu, ale za to z kociem. Najpierw kocio w wersji salonowej, siedzącej.
Oraz doskonała ilustracja tego, że pozostawienie czegokolwiek na sofie jest działaniem z gruntu (po tylu litrach ziemi przemieszanej własnoręcznie, to mi się teraz "grunt" do każdego zdania pcha) błędnym i powodującym problemy z odzyskaniem mienia, czyli Mały uwalający sie na sweterku właściciela oraz jego ipadzie.
Mam nadzieję, że wielbicielki zielenin, donic i skrzynek z roślinnością poczuły się usatysfakcjonowane. O tarasowych zieleninach będzie teraz częściej, ale spokojnie, tylko z okazji wielkich wydarzeń florystycznych, czyli jak coś się pożegna ze swoją donicą (wydarzenia tragiczne) lub coś mi zakwitnie lub dostarczy żywności do konsumpcji (wydarzenia zasługujące na chwalipięctwo).
Stan na dziś jest taki - wydaje się, że wszystko śpiewająco przetrwało przesadzenie, trzyma liście w postawie "na baczność" i nie usiłuje zdezerterować z szeregów flory tarasowej (no, może jeden krzaczek truskawek ma gorszy moment, ale to się na niego pokrzyczy, napoi i da do zrozumienia, że lepiej niech się podniesie ze stanu zwątpienia w siebie).