Ślubny wie, że wsadzona do samochodu jako pasażer, z pustymi rękami nie posiedzę. Coś w dłoniach mieć muszę, najczęściej druty, a na nich jakąś robótkę podróżną. Ślubny wie, akceptuje, ale... nie pała do tych moich drutów niczym, ponieważ Ślubny ma wizje. Wizje wypadku, podczas którego sponiewiera mnie nie tylko wehikuł własny oraz pojazd obcy, ale na dodatek ja sobie te druty w coś wbiję.
Ale dwa dni temu Ślubny się rozpromienił, bo kiedy skończyłam całe metry szydełkowej koronki (tej, która już leży w Tajemniczym Czarnym Pudle), to z wielkim entuzjazmem stwierdziłam, że mam dwa wnioski. Wniosek pierwszy jest taki, że koronki robi się szybciej, niż mi się do tej pory wydawało. A to oznacza, że przestaję kupować. Będę potrzebne metry wykonywać własnoręcznie. A wniosek drugi jest taki, że w ramach robótek podróżnych będę teraz planować kolejne metry ozdobnego szydełkowania.
Ślubny (z westchnieniem raczy mnie standardowym tekstem): No i całe szczęście, bo mnie te twoje druty zawsze denerwują, że w razie wypadku je sobie w coś wbijesz. Szydełko bezpieczniejsze.
Ja (optymistyczna jak zawsze): Szydełko też mogę sobie wbić.
Ślubny (wykazując się lekkim niedomaganiem porównawczym): Ale jest mniejsze i jedno.
Ja: Ale haczyk ma na końcu.
Ślubny (z uporem): Ale mniejsze, cieńsze!
Ja: Ale haczyk ma! Drut jak sobie wbiję, to się wyciągnie. A szydełko... jakbym harpun sobie wbiła.
Z harpunem Ślubny nie dyskutuje. Wizje niebezpiecznych sytuacji komunikacyjnych z szydełkiem w roli drugoplanowej też zapewne będzie miewał. Ciekawe, co by powiedział, gdybym mu wyciągnęła w samochodzie igłę do frywolitek? Pewnie by się zatrzymał, zabrał mi narzędzie z łap i schował w najgłębszym kącie bagażnika. Najprawdopodobniej bez słowa.
***
Czas pokazać te metry szydełkowej koronki. Wzór podstawowy zaczerpnięty z Anny (czerwiec 1998), ale nieco zmodyfikowany dodatkowym kolorem i wykończeniem górnego brzegu:

Wyszło tego prawie trzy metry. I naprawdę przestaję nawiedzać pasmanterie w celu nabycia koronek fabrycznych. Po pierwsze ich ceny bywają... wygórowane. Po drugie - zawsze mam problem, że "to nie do końca to, co bym chciała". Po trzecie - frajda z robienia jest tak wielka, że aż szkoda jej sobie odmawiać :)))
***
A skoro złapałam już harpun... to znaczy szydełko, to rozgrzebałam jeszcze jeden projekt - szorty robione razem z Perfidnym Obibokiem.
Zaczęłam od długiej i głębokiej medytacji przed otwartą szafką z nitkami, włóczkami i materiałami (te ostatnie mało w tym wypadku ważne). Kolor? Jaki kolor? Ostatecznie stanęło na tym, że wyszczuplający, zawsze modny czarny będzie jedynym słusznym wyborem.
I szydełkuję... i sobie poszydełkuję trochę, bo z małych kółeczek mam zrobić obręcz o obwodzie równym obwodowi moich bioder. Trzy kółka to zaledwie jakaś jedna siódma, no może jedna szósta :))

***
A skoro było biało i było czarno, to brakowało mi koloru w moim twórczym życiu. Jakiś róż, jakaś optymistyczna zieleń...

Serwetka to wariacja na temat wzoru z tegorocznej Sabriny Extra (5/2013), z okładki. Tylko te listki... Do listków to ja nie pałam entuzjazmem.
***
A poza tym - dojrzewam do uszycia dzianinowej spódnicy jesiennej, w bardzo mało jesiennym kolorze.
I kombinuję bardzo intensywnie, bo sobie obiecałam, że jeszcze w tym roku zrobię pierwsze oczka tego - o tu sobie zaglądamy, oglądamy i wzdychamy.