No, nie mogłam się powstrzymać... mamy schody!!!
Wybór schodów do nowego mieszkania był sporym wyzwaniem, ponieważ nowoczesny projekt wnętrza z marszu wykluczył cokolwiek "drzewiennego". Zostały nam w zasadzie dwa wyjścia: schody szklane lub metalowe.
Ja się zakochałam w wersji szklanej i kiedy przyszła wstępna wycena od producenta wpadłam w szampański nastrój i już widziałam oczami wyobraźni to cudo przy własnej ścianie, dopóki... Ślubny nie uświadomił mi, że podana kwota to cena jednego stopnia :))) Po szybkiej analizie, czy da się napaść na jakiś bank, przyspieszyć otrzymanie pokaźnego spadku lub wyłudzić schody bezpieniężnie, okazało się, że szkło jest poza naszym zasięgiem.
Został metal. Stylistycznie pasujący idealnie, ale mieliśmy mnóstwo wątpliwości, czy nam nie będą potępieńczo skrzypiały i podzwaniały łańcuchami przy każdym kroku i czy takie metalowe schody nie będą wyglądały jak wyklepane przez nieudolnego kowala i łączone rdzewiejącymi śrubami.
Ostatecznie, z duszą na ramieniu, zdecydowaliśmy się na schody - uwaga! reklama! uwaga! reklama! (ale należy im się) - LOFT firmy Rintal ze strażacko czerwonymi wykończeniami. Nie skrzypią, są piękne, estetycznie wykonane, ekipa montująca sprawna, przygotowana do zajęć i pracowita.
Konstrukcja jest metalowa, ale same stopnie z drewna w kolorze venge (prawie czarne). Jak widać do schodów jest od razu pasująca balustrada z obu stron antresoli.
Trochę nietypowo zrezygnowaliśmy z poręczy po zewnętrznej stronie na rzecz przyściennej. Dzieci nie mamy, żeby brak takiego zabezpieczenia był potencjalnie niebezpieczny. Jak sami zniedołężniejemy, to jest się czego trzymać przy ścianie. A dzięki temu te nie najszersze schody będą jednak wygodniejsze, jak będzie się cokolwiek niosło na górę.
Tego jeszcze nie widać, ale w czterech miejscach nad samymi stopniami są zaplanowane małe światełka (widać kabelki wystające ze ściany :), żeby bieganie po schodach przy zgaszonym górnym świetle było nadal możliwe i nie powodowało wizyt u protetyka (planował oczywiście Ślubny, mnie by nawet do głowy nie przyszło).
I tu będę publicznie chwaliła Ślubnego, ponieważ termin montażu schodów był ustalony od kilku miesięcy (nawet zanim dostaliśmy klucze do mieszkania). Żeby panowie schodziarze mogli zacząć rozrabiać, to trzy inne ekipy musiały zrobić swoje na terenie okołoschodowym (ściany, podłogi na dwóch poziomach, tapeta, oświetlenie schodów i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, o których nawet nie mam pojęcia). I Ślubny to wszystko ogarnął, dograł, skoordynował i dopilnował. Ja bym wymiękła.
UAKTUALNIENIE 20 grudnia 2012 (dzień przed planowanym końcem świata :))):
Ponieważ wiele osób zagląda do tego wpisu w poszukiwaniu opinii o schodach firmy Rintal, a powyższy tekst odnosił się głównie do zachwytu nad ich projektem, wyglądem i montażem, postanowiłam dodać małe uaktualnienie.
Użytkujemy schody w zasadzie dokładnie od roku. Od razu wyjaśnię, że w domu nie ma małych dzieci, ani młodzieży biegającej galopem na piętro, nie ma zwierząt ostro-pazurzastych (ale jest kot :), a ja nie chadzam na co dzień po hacjendzie w butach na niebotycznych szpilkach. Więc schody nie są użytkowane ekstremalnie, tylko normalnie, bez specjalnego troszczenia się o nie, ale też bez prób destrukcji. Po roku wyglądają dokładnie tak, jak w dniu, kiedy zostały zamontowane - żaden drewniany stopień nie wykazuje śladów zużycia, lśni jak należy i wióry z niego nie lecą. Metalowe elementy konstrukcji i balustrada też bez zarzutu - nówka dosłownie nierdzewka :) To, czego ja się bałam, że trzeba będzie coś dokręcać, bo się elementy łączące poluzują w trakcie chadzania po stopniach, nie nastąpiło i mam nadzieję, że nie nastąpi. Na dzień dzisiejszy nic nie skrzypi, nie stuka, nie chwieje się i nie usiłuje odpaść lub stracić pion moralny.
I to co dla mnie ważne - czyszczenie tych schodów to też nie problem, sucha lub w skrajnych przypadkach (bo się herbatę niosło bardzo wdzięcznie na antresolę :))) lekko wilgotna szmatka i wystarcza, żadnych specjalnych środków do pielęgnacji drewna ani konserwacji metalu nie potrzeba.
Nasz poziom zadowolenia po roku nadal 10 na 10 i oby tak zostało!
I Ślubny mnie pacnął wirtualną szmatą, że co to za niedopatrzenie, że jak ja mogłam i że w ogóle :))) A zdjęcia gdzie???!!! Już się poprawiam i oto schody w normalnej domowej aranżacji:
UAKTUALNIENIE 20 grudnia 2012 (dzień przed planowanym końcem świata :))):
Ponieważ wiele osób zagląda do tego wpisu w poszukiwaniu opinii o schodach firmy Rintal, a powyższy tekst odnosił się głównie do zachwytu nad ich projektem, wyglądem i montażem, postanowiłam dodać małe uaktualnienie.
Użytkujemy schody w zasadzie dokładnie od roku. Od razu wyjaśnię, że w domu nie ma małych dzieci, ani młodzieży biegającej galopem na piętro, nie ma zwierząt ostro-pazurzastych (ale jest kot :), a ja nie chadzam na co dzień po hacjendzie w butach na niebotycznych szpilkach. Więc schody nie są użytkowane ekstremalnie, tylko normalnie, bez specjalnego troszczenia się o nie, ale też bez prób destrukcji. Po roku wyglądają dokładnie tak, jak w dniu, kiedy zostały zamontowane - żaden drewniany stopień nie wykazuje śladów zużycia, lśni jak należy i wióry z niego nie lecą. Metalowe elementy konstrukcji i balustrada też bez zarzutu - nówka dosłownie nierdzewka :) To, czego ja się bałam, że trzeba będzie coś dokręcać, bo się elementy łączące poluzują w trakcie chadzania po stopniach, nie nastąpiło i mam nadzieję, że nie nastąpi. Na dzień dzisiejszy nic nie skrzypi, nie stuka, nie chwieje się i nie usiłuje odpaść lub stracić pion moralny.
I to co dla mnie ważne - czyszczenie tych schodów to też nie problem, sucha lub w skrajnych przypadkach (bo się herbatę niosło bardzo wdzięcznie na antresolę :))) lekko wilgotna szmatka i wystarcza, żadnych specjalnych środków do pielęgnacji drewna ani konserwacji metalu nie potrzeba.
Nasz poziom zadowolenia po roku nadal 10 na 10 i oby tak zostało!
I Ślubny mnie pacnął wirtualną szmatą, że co to za niedopatrzenie, że jak ja mogłam i że w ogóle :))) A zdjęcia gdzie???!!! Już się poprawiam i oto schody w normalnej domowej aranżacji:



***
Aaaaale, nie może być przecież bezrobótkowo. Co jak co, ale włóczki jeszcze nie zostały spakowane i wywiezione na Róg Renifera (Burdy, maszyna i materiały są już na chwilowym zesłaniu w schowku obok nowego mieszkania). Dlatego wczoraj wieczorem siadłam sobie pooglądać mój katalog z inspiracjami. No i rzuciło się na mnie, wczepiło pazurami i nie chciało puścić. Nie stawiałam specjalnego oporu.
A rzuciła się na mnie chusta Panache (tutaj można sobie to cudo zobaczyć w różnych odsłonach). Na razie wyciągnęłam włóczkę próbną - żeby zobaczyć, z czym Panache się je. I dobrze, bo rozpiska gada do mnie "dwa razem na prawo, dwa razem na prawo...", a tymczasem okazuje się, że dobrze by było rozróżnić, które oczko ma się w tym "dwa razem na prawo" znaleźć na górze. Wzór będzie wtedy wyglądał czyściej. Dlatego zrobię prototyp, nie dbając o te dwa razem, a później już wiem, z czego powstanie kolejna wersja - "de luxe".
Przy okazji wyspowiadam się, dlaczego ja tak uwielbiam robić chusty i szale. Bo na etapie robienia wygląda toto jak smutna, pomarszczona szmatka. Takie brzydkie kaczątko.
Wzór ledwo widać. Ale jak się później to upierze i zblokuje, to dopiero wyłazi prawdziwe piękno i elegancja. I ten moment uwielbiam.
Na razie wzór widać tyle o ile:
Kolor prototypowej wełenki jest mdły: taki pastelowo-szary, bardzo jasny wrzos, z malusieńkimi kropelkami turkusu i fioletu, niewidocznymi z daleka. Mdłość trzeba będzie jakość przepędzić - prawdopodobnie dodaniem wykończenia z bardziej wyrazistej wrzosowej nitki. Przecież prototyp prototypem, ale musi się nadawać do noszenia.
Obecnie na drutach mam około 320 oczek (73. rząd z około 130) i tempo dziergania pojedynczego rządka spadło mi znaczenie. Ale robi się Panache mega przyjemnie i bezproblemowo.
***
I wymagany dodatek - tym razem Mały śpiący w zbyt bliskim kontakcie z drukarką laserową.