Macie rację - czemu miałabym się ograniczać i odkładać robienie spódnicy na później? Przecież można mieć rozgrzebanych co najmniej pięć robótek i teoretycznie nikomu to nie powinno zaszkodzić.
Przy okazji bardzo spodobała mi się teoria Brahdelt, że podobno istnieją takie mityczne stworzenia, co to mają jedną robótkę "na tapecie" i nawet oczka niczego nowego nie zrobią, zanim nie skończą poprzedniej. Ha! to ja kiedyś, dawno temu byłam takim legendarnym jednorożcem i - używając elektrycznych analogii - robiłam szeregowo, jedno po drugim. A teraz? Teraz robię bardzo równolegle. Dwie robótki to minimum. Trzy lub cztery to standard.
Powstanie zatem Błękitna Krew z bawełny w różnych odcieniach jasnego niebieskiego.

Co ciekawe ten zestaw włóczek został przeznaczony na spódnicę jakieś dwa lata temu. Nawet machnęłam wtedy projekt ciuszka. Czekało, dojrzewało i w końcu ma szansę na urzeczywistnienie.

Przy okazji pozdrawiam panią, która w poniedziałek ścigała mnie na ulicy tylko po to, żeby zapytać, z czego zrobiona jest spódnica, którą miałam na tyłku (to była ta przerobiona z łowickiej zapaski). Spodobało jej się zestawienie kolorystyczne i zebrała w sobie nie tylko odwagę, ale i siły fizyczne, żeby w szybkim tempie potuptać za mną i dopytać, co to za cudo.
I jeszcze pozostając w temacie błękitnej krwi - pamiętacie kota z łazienki, co to miał zbyt folklorystyczną kokardkę jak na standardy łazienkowej półki. Kot został arystokratą pełną gębą, a raczej pełną szyją. Teraz ma wyjątkowo elegancki fontaź.

Przy okazji zestawienie czarnej satynowej wstążki i białej koronki spodobało mi się na tyle, że kombinuję, czy nie zrobić sobie takiej ozdobnej obroży. Materiały jeszcze są.
