Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lampa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lampa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 marca 2012

WIELKIE UJAWNIENIE WSZYSTKIEGO, czyli KONKURS IKEA 2012

Panie i panowie, ladies and gentlemen, mesdames et messieurs, уважаемые господа, signori e signore! Oto nadeszła wiekopomna chwila Wielkiego Ujawnienia Wszystkiego, czyli... w końcu przestanę się z Wami drażnić i powiem, o co chodzi. 


28 kwietnia roku pańskiego 2012 pojawi się w sklepach IKEA nowa kolekcja o tajemniczej nazwie IKEA PS 2012, czyli IKEA Post Scriptum. W tym roku hasłem przewodnim kolekcji jest "Dizajn wzbogaca każde wnętrze"* (uwaga gwiazdka jest!, moja gwiazdka, odautorska, ale nie mogłam się powstrzymać od komentarza).
Kolekcja będzie obejmować 46 najróżniejszych różności, od mebla ciężko przesuwnego, czyli komód i regałów, przez meble mobilne, czyli krzesła i stoliki, po akcesoria prawie latające - lampy, misy (o latających dywanach nic nie wiem), itp. Jak to w IKEI wszystko z materiałów ekologicznie pożądanych: oczywiście drewno, ale także egzotyczny bambus, swojski len oraz tworzywa z recyklingu. 
I te różne różności tworzące kolekcję IKEA Post Scriptum 2012 to kolejny przykład tego, że IKEA proponuje nam meble z charakterystycznym, nowatorskim wzornictwem. Jednak tym razem obiecuje nam też propozycje zabawne i zaskakujące. Ha! Pod tymi dwoma ostatnimi przymiotnikami podpisuję się czterema kończynami, koniecznie czerwoną szminką. Dlaczego? Dlaczego się podpisuję? - wytłumaczę za chwilę. A dlaczego czerwoną szminką? - a czemu nie!
------------------------------------------------
* Pisownia oryginalna organizatora konkursu, na pewno będzie stanowić doskonały zaczyn do dyskusji o spolszczeniach słów obcych. Jednak tych zadziwionych językowym wielkim zadziwieniem (czyli siebie też :) odsyłam do Poradni Językowej.

Z okazji wprowadzenia nowej kolekcji IKEA Post Scriptum 2012 mam dwie wiadomości... obie dobre! Możecie wygrać Wy, o szanowni zaglądający na Róg Renifera, i możemy wygrać my (czyli Ślubny i moja nieskromna osoba). Ale po kolei.

KONKURS DLA WAS
1. Poniżej zaprezentuję  3 (słownie: trzy) fotografie artystyczne wykonane wczoraj późnym wieczorem przez Ślubnego, gdzie pręży się dumnie otrzymany od IKEI Obiekt Konkursowy (o Obiekcie więcej za sekundę). Należy fotografie obejrzeć pilnie, westchnąć nad zdolnościami Ślubnego i rozpocząć ważny proces wyboru.
2. Proces wyboru ma się zakończyć wskazaniem stylizacji (zdjęcia), w której Waszym w pełni subiektywnym zdaniem Obiekt najlepiej komponuje się z wnętrzem.
3. Teraz uwaga, najważniejsze! Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest napisanie w komentarzu pod tym wpisem, którą stylizację wybieracie i dlaczego!!! Dodatkowo poproszę o podanie w komentarzu adresu mailowego, żebym później znaków dymnych nie musiała wysyłać do zwycięzcy.
4. Zwycięży ta osoba, która poda najciekawsze uzasadnienie, dlaczego właśnie w tej stylizacji Obiekt najlepiej komponuje się z wnętrzem.
5. Blogowa Komisja Konkursowa będzie się składać nie tylko ze mnie (bo ja bym Wam wszystkim dała wygrać, taka obiektywna jestem), ale także... (fanfary w tle) ze Ślubnego (marna niespodzianka) i... (fanfary ponownie) z Mojej Rodzonej Jedynej Mamy (spora niespodzianka, co?), która będzie gwarantem sprawiedliwości i obiektywizmu.
6. Komentarze z odpowiedzią można pozostawiać do północy 29 marca 2012 (czwartek). Ogłoszenie wyników nastąpi 30 marca 2012 (piątek) w godzinach wieczornych.
7. Zwycięzca dostanie od nas maila z gratulacjami i takimi tam oraz prośbą o podanie adresu do korespondencji, żeby można mu było wysłać nagrodę.


I teraz wszyscy już pewnie krzyczą, że ja tu o wysyłce, a nie napisałam jeszcze, co jest nagrodą. Materialiści!!! Ale Was rozumiem :)
Nagrodą jest kupon podarunkowy sieci sklepów IKEA o wartości 100 (słownie: stu) złotych polskich!!!

Uwaga! Pełen regulamin konkursu można sobie poczytać do poduszki tutaj. Zwracam uwagę, że musicie być pełnoletni i zamieszkiwać na terytorium naszego pięknego kraju.

Czas na zaprezentowanie stylizacji konkursowych. W roli głównej - Obiekt Konkursowy, czyli lampa podłogowa z kolekcji IKEA Post Scriptum 2012, która po podłączeniu do sieci elektrycznej na Rogu Renifera została od razu nazwana Lampeduzą.

1. Lampeduza Niewinna
Zaprojektowana przez Wiebke Braasch lampa skromnie ukryła się w rogu, ale i tak lśni pełnym blaskiem ekologicznych diod LED.
Puknij zdjęcie, to będzie duuuuże (chyba :).
Uwagi odautorskie: uzasadnienia, że to jest najlepsza stylizacja, bo w telewizji jest akurat Monika Olejnik i poseł Niesiołowski nie będą brane pod uwagę. Za treści prezentowane w TVN24 autorzy bloga kompletnie nie odpowiadają :))))

2. Lampeduza Nieskromna
155 centymetrów świetlnej piękności, no i ten tiul.
Puknij zdjęcie, to będzie duuuuże (chyba :).
Uwagi odautorskie: lojalnie uprzedzamy, że uzasadnienie: "bo kot jest!!!" miło połechta właścicieli wyżej wzmiankowanego kota, ale nie ma szans na wygraną. Poza tym Mały zaplątał się przy okazji i jak widać bynajmniej nie lampa go interesuje.

3. Lampeduza Senna
Baletnica w sypialni jako źródło światła sprawdza się doskonale.
Puknij zdjęcie, to będzie duuuuże (chyba :).
Uwagi odautorskie: to dziwne, ale brak :)))

Macie zatem trzy fotki, dokonajcie właściwego wyboru. Napiszcie w komentarzu, w której stylizacji Lampeduza najlepiej komponuje się z wnętrzem. Uzasadnijcie to tak, żeby Blogowa Komisja Konkursowa pozostała zachwycona wielkim zachwyceniem i 30 marca sprawdźcie, czy to Wy będziecie mogli poszaleć w IKEI, wydając sto złotych.

KONKURS DLA NAS
IKEA wielka jest, sieciowa jest i hojna, bo nie tylko Wy możecie wygrać. Możemy także my, czyli Ślubny jako czołowy projektant jednego wnętrza na tym blogu i ja jako osoba pisząca różne za długie rzeczy. Możemy wygrać wyjazd do... (proszę wstrzymać oddech, ale bez przesady, bo się ktoś poddusi niepotrzebnie) Mediolanu na targi Salone Internazionale del Mobile. A Wy przecież wiecie, co ze mną robią Włochy, a poza tym Mediolan to Leonardo da Vinci, czy ja mam więcej pisać???
Co ma zrobić ambitny bloger, żeby mieć szansę na powdychanie miejskiego powietrza Mediolanu?
1. Ja mam napisać tekst interpretujący hasło przewodnie kolekcji IKEA Post Scriptum 2012, czyli "Dizajn wzbogaca każde wnętrze", a Wy...
2. Wy możecie mi pomóc, aktywnie dyskutując na temat samego hasła i mojej jego interpretacji w komentarzach. 
To ja się zajmę realizacją punktu pierwszego, a punkt drugi pozostawiam Waszej łaskawej przychylności.

DIZAJN WZBOGACA KAŻDE WNĘTRZE,  
RÓG RENIFERA NIE JEST WYJĄTKIEM
Projektowanie naszych metrów kwadratowych zaczęliśmy, kiedy jeszcze te metry nie istniały. No ok, fundamenty były, ale na naszych dwóch kondygnacjach hulał wiatr, głównie zachodni. Ślubny spędzał bezsennie godziny nocne poszukując inspiracji, materiałów, mebli, i tych tysięcy rzeczy, które są niezbędne przy wykańczaniu nowego mieszkania (o tysiącach złotych, które materializował prawie z powietrza, nie wspomnę). I spędzał też intensywnie dni, próbując dyskutować ze mną na temat swoich wyborów... zazwyczaj bezskutecznie, bo żona posłuszna jest (czasem) i nie chciała wdawać się w żadne dyskusje, bo jeszcze każą jej o czymś decydować, a decydowanie to nie dla mnie.
I w końcu jest! Dopracowane w każdym szczególe (o dzięki Ci, Ślubny, wielce dbający o drobiazgi!), wiernie trzymające się pierwotnego projektu (o dzięki Ci, Ślubny, pilnujący zgodności), idealnie dopasowane do naszych potrzeb i gustów (o dzięki Ci... ok, chyba przesadzam, starczy tego dziękowania).
I do takiego wykończonego w każdym szczególe wnętrza zadyszany kurier (ostatecznie to trzecie piętro), wnosi paczkę w czarnej folii (sceny zdzierania folii z przesyłki ze względu na drastyczny charakter zostaną pominięte). Spod zwojów wychynęło to:
Rzut oka na rysunek i łapie nas lekka konsternacja (za kolana głównie złapała i troszkę za łokcie, ale ostatecznie, gdzie ma łapać konsternacja). Nawet na szkicu poglądowym widać, że lampa dizajnerska, ale czy my mamy gdzie taki szokujący dizajn wstawić? Nie ma co się zastanawiać. Rozpakowujemy dalej (sceny wyjmowania poszczególnych elementów składowych lampy ze względu na dłużyzny zostaną pominięte). Po czym instrukcja montażu w dłoń i do roboty. Jak się okazało nawet śrubokręt był zbędny, do dokręcenia tych kilku śrubek wystarczył nóż, nomen omen też z IKEI (ciekawe, czy inny nóż miałby kompatybilny czubek?).

Lampa stanęła na własnej nodze w ciągu pięciu minut. Teraz już nie da się nie zauważyć, że lampa dizajnerska jest, zaskakująca jest, uśmiech wywołująca jest... Ale jak metry tiulu mogą nie wywołać uśmiechu na twarzy osoby szyjącej. Tylko gdzie toto postawić?
I tu przypomina nam się hasło przewodnie tej kolekcji, że dizajn ma wzbogacać każde wnętrze, czyli możemy wybrać pomieszczenie na chybił trafił. Spacery z lampą po mieszkaniu nie są wskazane, bo przewód elektryczny wdzięcznie sunie za nami, a za przewodem  bezszelestnie, w postawie "poluje się, nie przeszkadzać!" podąża kot. Sypialnia? Sypialnia! Bo najbliżej. Ślubny steruje się w kierunku gniazdka z prądem. Postawione. Włączone. Odsuwamy się o dwa kroki. Pasuje! Tiul lampy pokochał miłością wielką i wzajemną materiał w oknach. Biel abażuru doskonale wygląda na tle fioletu ściany i nawiązuje do białych elementów wystroju. 
Ale! Lampa jeszcze nie wie, że trafiła do domu ludzi intensywnie kreatywnych. Niech się dodatek wnętrzarski nie łudzi, że nie sięgnie go ręka  nadająca to specjalne, osobiste "coś". Tym bardziej, że baletowa stylistyka lampy umieszczona w fioletowych wnętrzach sypialni, aż się prosi o uzupełnienie. I tu do akcji wkraczam ja, uzbrojona w całe metry dodatków oraz w kilka przedmiotów potencjalnie niebezpiecznych.

Wystarcza niecała godzina i baletowa lampa dopasowuje się idealnie do otoczenia i pięknieje, bo ją... zasznurowałam zgodnie z wymogami baletowej sztuki obuwniczej.
 
I to lubię! Niby dostałam skończony, gotowy do postawienia i użytku przedmiot, ale z drugiej strony projekt jest taki, że bez destrukcji, odpruwania, przerabiania i walki mogę coś dodać, doszyć, dowiązać i nagle mam "moją" lampę, osobistą i niepowtarzalną. 
I może mam tylko jedno zastrzeżenie, takie malutkie. W komplecie powinien być drugi taki abażur, w nieco większym rozmiarze. Też z tymi gumkami na górze (na dole może nie być). Żeby można go też było ozdobić według własnego uznania, doszyć coś, dohaftować, pofarbować ewentualnie i... nosić jako ekstrawagancką sukienkę wieczorową (nawet halka już jest, taka milutka w dotyku). Wtedy dizajn wzbogacałby nie tylko każde wnętrze, ale także... garderobę zainteresowanych przedstawicielek płci pięknej.
Post Scriptum (tym razem nie jako nazwa kolekcji, ale takie prawdziwe PS.) - ja wiem, że nie można mieć wszystkiego (czyt. sukienki), ale pomarzyć przecież można, tym bardziej, że te tiule są boskie.

***
Ufff, to ja sobie teraz spokojnie usiądę w kąciku. Zrobię sobie okłady z lodu na palce obolałe od walenia w klawiaturę i poczekam na te oszałamiające, dech zapierające, merytorycznie powalające Wasze komentarze i głosy w dyskusji na temat dizajnu, co to wzbogaca albo nie wzbogaca (wolność słowa jest, nie każdemu musi od razu wzbogacać :)
I chyba pobiłam rekord długości jednego wpisu... dla tych, co doczytali do końca będzie nagroda, czyli powtórka z Małego. Wiem, że to już było, ale mi się rzuciło w oczy i nie mogłam się oprzeć.

niedziela, 12 lutego 2012

LAMPY, TŁUCZKI, SMĘTNE ZWISY I INNE CUDA-WIANKI

Przede wszystkim uprasza się odwiedzających o to, by nie panikowali z powodu chwilowych przerw w dostawie nowych wpisów.
Intensywnie Kreatywna Ja żyję (może nieco zbyt intensywnie), mam się doskonale (zazwyczaj), ale usiłuję sobie po przeprowadzce poukładać na nowo życie rodzinne, domowe, zawodowe, naukowe, towarzyskie, czytelnicze i robótkowe. W tym momencie mam wrażenie, że to nie ja układam sobie obowiązki i przyjemności na nowo, ale że to one układają mi czas po swojemu. Poddaję się temu ze spokojem i czekam, co z tego wyjdzie.

Miałam w planach zajęcie się blogiem w czwartek przed południem... w środę wieczorem okazało się, że życie zawodowe zadzwoniło, przydzwoniło i w czwartek gościłam przedstawicieli firmy produkującej napój z chmielu domagających się współpracy z psychologiem zarządzania... Skoro nie w czwartek, to może w piątek? Piątek okazał się dniem głębokiego czarnowidztwa, paniki, przewidywań końca świata i w ogóle potrzeby przytulenia się do kaloryfera, zagrzebania się w kocyk i odmowy współpracy z całym światem. Wieszczenie katastrofy na skalę kosmiczną na blogu odpada, więc wpis został przełożony na sobotę. Sobota... Rano najpierw dorwało mnie w swoje łapy życie zawodowe, później domowe, a kiedy już miałam nadzieję, że oto zasiądę, napiszę, poudzielam się w komentarzach, to okazało się, że jest dwie godziny później, niż mi się wydawało i nie czas na wirtual, bo w realu, to mamy gości za dwie godziny, a tu wystawnego obiadu z deserem nawet w postaci produktów w lodówce nie było.
Iiiii dlatego jestem dziś i będzie całe mnóstwo dziwnych rzeczy: lampy, tłuczki do mięsa, smętne zwisy, słoń, automobil i czarna wdowa.

*** Czarna wdowa***
Problem jest!!! Duży, ma jakieś 25 metrów. Z tkaninami na okna... a raczej z naszym sentymentem do tkanin na oknach.
Przez naście lat żyliśmy w przestrzeniach, w których nigdy nie wisiały żadne firany lub zasłony. Żaluzje były, rolety bambusowe, ekrany materiałowe, proste i eleganckie, nic nie było, ale nigdy na żadnym karniszu nie zawisły tkaniny marszczone lub nie. Jak pisałam wcześniej, na Róg kupiliśmy tkaninę, przyłożyliśmy wstępnie do okien... oj... a nawet ojoj... nie podoba nam się, że nam wisi, zwisa, puszy, stroszy, marszczy, nie marszczy i w ogóle. Co gorsze, jest wielkie prawdopodobieństwo, że nie ważne, co by zawisło, to wywoła u nas lekki wstrząs obrzydzeniowy. W tym momencie decyzja jest taka, że jednak uszyję jeden komplet tych firano-zasłon, wyprasuję porządnie, powiesimy i pożyjemy z nim jakieś dwa dni i albo się przyzwyczaimy, albo trzeba będzie myśleć o jakimś bardzo alternatywnym pomyśle na okna. Jakby co, to zostanę z 25 metrami tkaniny nadającej się na uszycie prześlicznych białych halek petticoat -ewentualne chętne na takowe, mam nadzieję, szybko znajdę :)))
Ale! W poprzedniej notce pisałam, że czarna tkanina okienna ma wielkie możliwości sceniczne i w trzy sekundy zamienia każdego w popisową czarną wdowę. Dowód rzeczowy w postaci upiornej fotografii zamieszczam poniżej. Informuję, że straszę gościnnie tylko w temperaturach powyżej zera.

Z metrami białej tkaniny ganiał po chałupie Ślubny, wyglądał jak uciekająca panna młoda z metrami niesfornego welonu ciągnącego się z tyłu, zaczepiał się o wszystko, spowijał się, zawijał i domagał noszenia trenu za nim. Zdjęć brak, bo tren musiałam podtrzymywać ja, a Mały z powodu braku kciuka aparatu fotograficznego nie obsługuje :)

***Ballada o tłuczku*** 
Pamiętam, że pojawiły się żądania zaprezentowania kuchni w stanie intensywnego użytkowania. Przysięgam, miałam dobre chęci wczoraj, wykorzystując fakt, że i tak musiałam przygotować obiadek proszony. Na obiadek były roladki z kurczaka z nadzieniem urozmaiconym. Ślubny miał uwieczniać poszczególne etapy kucharzenia, żebym ja nie upaprała aparatu surowym mięchem, suszonym pomidorkiem lub oliwą. No i Ślubny uwiecznił!... moment walenia po mięsku tłuczkiem drewnianym... i w sumie nie wiem, czy mi się Ślubny zestresował, że jak źle zdjęcie zrobi, to tym tłuczkiem sam oberwie, czy doszedł do wniosku, że udokumentował najbardziej doniosły moment gotowania i więcej nie trzeba, ale zrobił dwa zdjęcia, słownie: dwa, przy czym oba pokazują mnie, jak łupię tym tłuczkiem... A ja się tak zajęłam "wyrabianiem się w czasie", że nawet nie pytałam, czy cyka te fotki. No to proszę bardzo - ja, kurczaczek nieżywy i tłuczek w formie rozmazanej plamy.


***Lampa i smętny zwis***
Srebrno-czarny szal został wykończony w swej części głównej, prostej i nieskomplikowanej. Teraz przyszedł czas na robienie ozdobnych, bizantyjskich końcówek. Będą drutowo-szydełkowe, dość duże, żeby szal wydłużyć do około dwóch metrów i tak jak planowałam od początku z czarnej matowej bawełny. Przy okazji powinny pomóc w utrzymaniu szala w ryzach - bawełna na drutach ma to do siebie, że potrafi się w czasie roboty bardzo wyciągać w różne dziwne strony. Mój szal wygląda obecnie, jakby był po lewej stronie dłuższy o dwadzieścia centymetrów niż po prawej. Blokowanie go wyrówna i wyprostuje, ale szydełkowe końce powinny uczynić cały proces łatwiejszym i uniemożliwić "narowienie się" całości w użytkowaniu. Część główna, mało interesująca i smętnie zwisająca została uwieczniona na bardzo interesującym i sprężystym pałąku od salonowej lampy.

Lampa jest prosta, ciekawie niesymetryczna i oczywiście biała z czarną podstawą. I przypomina mi kopytko... no co ja poradzę, że ja muszę chyba wszystko w tym mieszkaniu nazwać.

***Słoń i automobil***
Skoro czarno-srebrny szal zaczyna się wykańczać, to trzeba było pomyśleć, co dalej. I dalej będzie - szydełko. Dawno nie było niczego całego szydełkowego. I tu pojawia się dylemat. Mam przecudną rudą bawełnę. Mogę z niej zrobić szydełkowy szal albo szydełkową bluzeczkę, bardzo ozdobną, do noszenia na golfikach, topach lub innych obcisłych odzieniach spodnich. 
No i nie wiem, czuję się jak ten osiołek, co to mu w żłoby... i tak dalej.
Nawet zdjęcia rudej bawełny zrobiłam dwa - jedno ze słoniem i drugie z automobilem.

Obie figurki to pamiątki ze szczególnym znaczeniem dla Ślubnego i nawet stoją "u niego" na antresoli.

To co mam zrobić - bluzeczkę czy szal? Szal czy bluzeczkę? A może ni to, ni to, tylko coś innego... help... help...

***Cuda-wianki***
Proszę bardzo - cudo-wianek, żeby znowu nie było, że "a gdzie kot?". Kot, w wersji "mam dość tych domowych paparazzi", wdzięcznie udrapowany na oparciu łóżka.