Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasteczko Middlemarch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miasteczko Middlemarch. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 kwietnia 2012

ROZENTUZJAZMOWANA - TRUDNE SŁOWO

Połknęłam bakcyla. Najprawdopodobniej popijając go kawą. Duży chyba nie był, bo się nie zakrztusiłam, ale moc ma! Co najmniej jak magiczny napój druida. Bakcyla nazwiemy sobie roboczo Wawelskim
Siadłam wczoraj. Otoczona kłębkami nitek grubszych i cieńszych (te cieńsze szybko miotnęłam w kąt, bo się nie sprawdziły w czasie treningu) włączyłam znalezione wcześniej lekcje frywolenia (gdyby ktoś był zainteresowany to są TUTAJ z angielskimi i hiszpańskimi napisami) i z determinacją zaczęłam od odcinka pierwszego kursu - nauka motania nitek na czółenko. Okazało się, że jestem pojętna nadzwyczaj, bo pierwsza lekcja została opanowana w pełni :))). Lekcja druga - wiązanie podstawowych węzełków (przepraszam doświadczone miłośniczki frywolitek, ale moje nazewnictwo jest nieortodoksyjne i mające mało wspólnego z regułami sztuki). I tu się okazało, że owszem węzełek składający się z dwóch półwęzełków motam perfekcyjnie, bo mi się z węzełkami z makramy skojarzyło natychmiastowo, ale... nie tą nitką, co trzeba. Jakieś trzydzieści sekund zajęło mi zdiagnozowanie, co ja tu źle nawijam. Skorygowałam swoje błędy i wypaczenia i przeszłam jednym ciągiem do robienia kółeczek i kółeczek z jęzorami. I czułam się jak czterolatek, którego uczą pisać i każde kółeczko i każda laseczka to wielkie wyzwanie - mam tak samo, każdy ruch jest głęboko przemyślany, a w myślach non stop powtarzam: "góra, dół, góra, dół". Ale poczułam się mocno rozentuzjazmowana i nawet z rozpędu nauczyłam się, jak się łączy elementy. 
Szczęśliwam niemożebnie. Jeszcze raz dziękuję Patrycji, bo gdyby nie ona... to żaden Wawelski bakcyl nie zainfekowałby Rogu Renifera. Będę ćwiczyć. Będę motać i prawie jak ten świstak - zawijać te węzełki.
A teraz - jak obiecywałam, ku uciesze gawiedzi - efekt pierwszych dwóch godzin nauki, czyli zdjęcie pierwszych frywolitkowych elementów, w wersji intensywnie kreatywnie nieporadnej.

Ale trzy wolne dni to nie były tylko działania frywolne. Skończyłam haft niespodziankowy!!! To była bardzo przyjemna dłubanina. Ale oprócz tego zaczął powstawać Prezent dla Cioci Maryli. I pisałam wcześniej, że będzie chusta. Jednak pomysł ten przeszedł nieznaczną transformację ideową i powstaje na drutach, ale nie chusta, tylko... obrus. Ciocia Maryla posiada domek letni, czyli wielką, wiejską hacjendę, urządzoną w stylu bardzo rustykalnym i Ślubny (ciocia jest od Ślubnego, więc ma coś do powiedzenia w kwestii prezentu), zasugerował, żeby jednak nie chustę tylko właśnie obrus, bo Ciocia Maryla lubi, ceni i eksponuje na powierzchniach płaskich w posiadłości ziemskiej. Mnie tam bez różnicy, półkole czy całe kółko. 
Będzie takie oto cudo i ja naprawdę nie planowałam, że to będzie kolejny projekt z lekko stylizowanym motywem pawich oczek!!! Wzór wybierał Ślubny i to przez niego znowu będę robić swój ulubiony i ostatnio nadmiernie eksploatowany wzorek. Obrus powstaje w kolorze beżowym, chociaż nie wykluczam, że poszczególne kręgi wyraźnie różniące się wzorem będą także w bieli i brązie, ale to na razie pomysł.
Zaczęłam dzisiaj rano i przez chwilę miałam wrażenie, że nie ogarnę tej materii: sześć oczek na trzech drutach... rewelacja, więcej metalu niż nitki. Ale po nierównej walce, przerobieniu pierwszych pięciu rzędów i rzuceniu przez zaciśnięte zęby paroma soczystymi przekleństwami w języku rosyjskim, wyszłam na przysłowiową prostą i teraz jest miodzio i pełen relaks.

specjalnie dla Izy - druty numer 2 i 1/2, ale zaraz będę przechodzić na oszałamiające 2 i 3/4.

To ja się oddalę i słuchając "Middlemarch" pani Eliot (recenzja jest tu, a angielska wersja audio jest tu, tylko nie wiem, jakiej jakości) rozpędzę się z tym obrusem, to może uda się go skończyć do końca tygodnia - nadmierny optymizm chyba jeszcze nikomu nie zaszkodził.