Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 czerwca 2012

JUŻ SIĘ TŁUMACZĘ...

... czemu mnie przez chwilę nie było na blogu.
Otóż nie było mnie wirtualnie, bo musiałam pobyć bardzo intensywnie realnie. Najpierw kalendarz mi pękał w szwach od zobowiązań zawodowych - dałam radę, tym bardziej, że Opatrzność się nade mną zaharowaną zlitowała i tak nawywijała, że miałam wczoraj wieczór wolny zamiast wieczora bardzo, ale to bardzo zajętego.
Ale to nie wszystko. Na dzisiaj Ślubny przejął pałeczkę Szalonego Organizatora Imprez "Rozrywkowych" i mieliśmy mały najazd ludzi ze sprzętem.

Róg Renifera zamienił się w wielkie studio fotograficzne - sesja zdjęciowa na zlecenie Czterech Kątów. Od razu mówię, że nikt nie ma pojęcia, kiedy efekty dzisiejszej pracy ukażą się drukiem, ale będę trzymać rękę na pulsie i poinformuję, kiedy o Intensywnie Kreatywnych Wnętrzach będzie w gazetach.
O samej sesji to nawet nie wiem, co mam napisać - trójka ludzi, sporo sprzętu, dbałość o każdy szczegół, każdą podusię, każdy listek kalafiora... Oooo, właśnie! Bo ja się tu naczytałam w komentarzach, kiedy pokazywaliśmy kuchnię, że ona katalogowa i nic się w niej nie gotuje, nie paruje i nie skwierczy ;))) To teraz istoty pożądające akcji kuchennych będą usatysfakcjonowane, bo w Czterech Kątach będą garnki, kalafiory i inne warzywa oraz całe michy czereśni.
Aaaaaaaaaaaaa i będzie o Denatce :)))
I kiedy już te zdjęcia się ukażą, to normalnie urządzimy sobie konkurs - znajdź cztery szczegóły, które różnią zdjęcia stylizowane od realu :))) Będzie ciekawie.

I małe PS. w temacie - przed sesją fotograficzną sprzątasz, bo jest przed sesją, a po sesji sprzątasz, bo jest po sesji... z perspektywy tego ciągłego sprzątania dochodzę do wniosku, że to latanie ze ściereczkami i szmatkami przed należało sobie odpuścić, bo inaczej człowiek się bardzo boleśnie dowiaduje, co to znaczy "głupiego robota".

***
Teraz będzie o robótkach, bo pomimo szaleństwa ogólnego udało mi się zrobić rękaw w Tunice Tarasowej (sama nie wiem, jakim cudem).
Na dowód prezentuję zdjęcie niepozowane mojej dłoni prawej na tle mojego uda lewego, która to dłoń wystaje z nowo zrobionego rękawa.

A będąc już przy dłoni prawej... NIE ZABIJAJCIE MUCH!!! Nie opłaca się cierpieć! Usłyszałam natrętne musie bzyczenie z okolic zlewu. Złapałam, co miałam pod ręką, czyli szmatkę małą powierzchniowo i walnęłam z całej siły w płytę za zlewem. Ale już gdzieś tak w połowie lotu mojej dłoni prawej, uzbrojonej w szmatkę, uzmysłowiłam sobie, że źle wyceliłam i przywalę łapą w kran na mur beton... Przywaliłam. Bilans jest taki: mucha nie żyje (działanie okazało się skuteczne), kran nie został wyrwany ze zlewu (choć mało brakowało), mam zmasakrowany staw łączący palec wskazujący z dłonią (bolesne). Zdjęcie rękawa robione jeszcze przed bliskim spotkaniem z kranem... teraz to moja dłoń mogłaby służyć jedynie jako jaskrawa ilustracja efektów przemocy domowej w przestrzeni kuchennej :)))
PS - robić się da, mimo uszkodzeń cielesnych, choć ostrożnie.

***
A teraz pokażę Wam patelnię. I nie patelnia jest ważna. Na patelni jest sałatka z tuńczykiem i makaronem na ciepło. I nawet nie sałatka jest ważna. Ważne jest to, że w tej sałatce jest mój własny koperek uprawiany u podnóża Wierzby Wątłej!!! Koperek musiałam przerwać, a przecież nie można marnować własnoręcznie posianej zieleniny, to wylądowało zielsko w sałatce. 

***
I już zapowiadam, że ja tu niedługo wrócę, żeby pokazać, jak się prezentuje pierwsza meczowa chusta, czyli Krwista Revontuli, bo przecież faza grupowa rozgrywek została zakończona, to i chusta powinna być! No i jest, to znaczy będzie, bo zostało jakieś dziesięć rzędów, pranie, blokowanie i pokazywanie.

czwartek, 24 maja 2012

RÓŻOWA LANDRYNKA PODRÓŻNA

Słodko landrynkowe różowości zostały skończone, uprane i wysuszone w stanie leżącym. Niewątpliwie kolorek i przyjemność robienia poprawiła mi humor. Efekt końcowy też bardzo pozytywny i "uśmiech wywołujący".

Na wszelki wypadek, dla osób zainteresowanych technikami blokowania różnych dzianin zrobiłam zdjęcia poglądowe w stanie "drucianym, naciągniętym".

Jak widać w środku są dwa druty, żeby równo rozciągnąć boki otulacza. Na górze i na dole druty służą do naciągnięcia "zębiszcz".

***
Wczoraj na tapecie był haft prezentowo - niespodziankowy i tu odnotowałam częściowy sukces, bo jestem w połowie, a nawet ciut ciut po połowie. A przecież każdy wie, że drugi etap idzie szybciej, bo koniec widać :) Przy okazji haftowania dosłuchałam do końca "Sto lat samotności" Marqueza i niniejszym, oficjalnie składam podziękowania dziewczynom, które tak skutecznie mnie "zanęciły". 

***
Za to dzisiaj posupłałam drugi rządek frywolitkowej serwety Renulka. Tu proszę sobie wyobrazić mnie w postaci rozanielonej i wsiąkniętej na amen. Strasznie, okropnie, potwornie mi się frywolenie podoba. Mam wrażenie, że to jest najpiękniejsza forma robótek ręcznych, jaka istnieje. I wiem, że jeszcze wiele godzin przede mną, zanim to, co wychodzi spod moich łapek, będzie doskonałe, ale nawet w tej chwili tworzenie form nie do końca doskonałych sprawia mi gigantyczną frajdę.

Obawiam się, że im dalej w las, tym częściej będę Was zamęczała tworami supłanymi.

***
A teraz z innej beczki, a raczej z innego pomieszczenia. Lecimy galopem do sypialni, łapiemy zakręcik, żeby mieć odpowiednią perspektywę i co widzimy? Widzimy nową narzutę łóżkową, wielkości małego żagla (grot może być albo bezan chociaż :). Oczywiście nie ma takiej możliwości, żeby nasz sztandarowy model nie załapał się na zdjęcie, więc macie dwa w jednym: nową narzutę i kocia.

A w temacie kocia jest jeszcze jedna wiadomość - nasze kocio jeszcze raz pokazało, że delikatuśne jest i marudne. Taras już mu nie straszny, ale jego wyjście zawsze wyglądało tak samo. Wylazło kocio, posnuło się bez celu, siadło na tyłku, pogapiło się w niebo, pomiaułaczało do jaskółek i oddalało się do domu. Wyszło mi, że Małemu na tarasie brakuje podstawowej rzeczy. Wyniosłam, położyłam i od razu Mały poczuł się lepiej:

Ręczniczek musi być, bo tylko na ręczniczku można się płożyć, pokładać, wyciągać i przysypiać na jedno oko.

***
A w weekend lub tuż po weekendzie... pojawi się na blogu zupełnie nowy temat... Brahdelt się ucieszy i Squirk się ucieszy... booooooo... spadł na nas niespodziewany deszcz mamony i Ślubny postanowił jednak spożytkować te srebrniki na stworzenie w tym roku zaczątków infrastruktury tarasowej. A to oznacza, że będą fotki zieleniny rosnącej i omdlałej (jak zapomnę podlać), będą bulwy, pnącza, liany i zioła. Trochę mi słabo, ale trudno, zieleń podobno uspokaja, to może mnie nie trafi od nowych obowiązków.

poniedziałek, 26 marca 2012

WYŻSZA TECHNOLOGIA... JAKBY

Jakaś paskuda ukradła mi wczoraj godzinę z życia. Co gorsza! Ukradła mi 60 minut nocy. Jeśli ktoś wie, kto personalnie jest odpowiedzialny za pomysł zmian czasu, to niech da znać, podamy nazwisko tej paskudy publicznie.
W ramach protestu przeciwko skróconej nocy wstałam wczoraj wyjątkowo wcześnie. Na wyraźne życzenie Ślubnego wyprodukowałam na niedzielne śniadanko tuńczyka z orzechami włoskimi oraz mini grzaneczkami i ogórkiem w komplecie. Zrobiłam pranie. Rozebrałam pralkę i umyłam każdy zakamarek (fuj! nie lubię, nie lubię, nie lubię!!!). Przygotowałam kurczaka w koprze i orzechach na obiad. Dałam się wyciągnąć na parokilometrowy spacer (kiedyś Wam opiszę, jak wygląda "spacer" w naszym wykonaniu i dlaczego ten cudzysłów). Postawiłam parędziesiąt haftowanych krzyżyków i okazało się, że jest dopiero wczesne popołudnie.
I tu wkroczył Ślubny i zorganizował nam czas do 23:00 - sadzając mnie przed telewizorem, dając do łapy druty i podstawiając pod nos napoje ciepłe i zimne i włączając trzy ostatnie części Harry'ego Pottera. Ponad sześciogodzinny maraton filmowy. Miło było. 

***
Tym bardziej miło, że Rudości przyrosły znacznie, bo przecież trzy części Pottera to dużo czasu na machanie drutami. 

I wiem, jak Rudości mają wyglądać na górze, to znaczy częściowo wiem. Góra będzie mało obcisła, ale też nie workowata. Rękawy bardzo, bardzo szerokie i zbierane w nadgarstkach ozdobną taśmą i na dole powstaną wtedy śliczne falbaneczki. A wszystko robione po prostu prawymi z dodatkiem pawich oczek tam, gdzie wyda się właściwe dodanie czegoś ozdobnego Zastanawiam się jeszcze nad dekoltem, czy zrobić spory, okrągły dekolt, czy może pójść w drugą stronę i zrobić bluzeczkę nie tylko pod szyję, ale jeszcze z wysoką, ozdobną szydełkową stójką? Ta kwestia się wyklaruje później. Na razie jestem w okolicach pachy i będę nabierać oczka na górę rękawów.

***
Zmiana tematu, zmiana tematu. Haft przyrasta całkiem znacznie, jakaś jedna czwarta całości za mną. Ale wczoraj przypomniało mi się, co kiedyś przeczytałam, że żeby ocenić hafciarkę-wyszywarkę, to nie należy oglądać jej haftu na prawej stronie. Trzeba haft odwrócić i ocenić, jaki bałagan i chaos tworzy ona na lewej stronie. Im schludniej, tym lepiej.
Ja sama dopiero parę lat temu nauczyłam się, że haftując krzyżykami nie ma mowy, żeby robić supełki, ani na początku haftowania danym kolorem, ani kończąc nitkę. Że faktura haftu po lewej stronie ma być jak najbardziej płaska, bez buł i nawarstwień nitek, o ile tylko się da. 
No to pokażę Wam, jak wygląda moja lewa strona haftów krzyżykowych. Ja sobie stawiam jakieś cztery z plusem.

Jedyne supełki, jakie się u mnie pojawiają, to te robione na zwykłej nitce, którą robię obszycia, ale one są relatywni małe, te supełki, i nie pozostawiają śladów po prawej stronie przy prasowaniu. Bo ja uwielbiam takie graficzne hafty z obszyciami.

A ta moja miłość do obszyć chyba najbardziej widoczna jest przy gejszach, gdzie zwykła nitka dodana do krzyżyków muliną tworzyła dodatkowe efekty.

***
I jeszcze muszę się wytłumaczyć, czemu taki a nie inny tytuł notki. A przy okazji znowu wrócimy do tej paskudy, co zmusiła nas do przestawiania czasu. Czego zatem potrzeba na Rogu Renifera, żeby przestawić zegar o godzinę??? Wyższej technologii, czyli krzesła i szczotki do zamiatania, moi drodzy, długiej.
A szczegółowy przepis wygląda tak:
Weź jednego zniesmaczonego zadaniem Ślubnego i postaw na krzesełku lub drabince. Daj mu do łapy szczotkę do zamiatania na długim trzonku. Po czym stań grzecznie w pewnej odległości i komenderuj: "jeszcze trochę w górę, w dół, w lewo, w prawo, już!!!". Po czym odbierz szczotkę, postaw krzesełko na miejsce, a Ślubnemu daj coś dobrego do przegryzienia w nagrodę, obiecując jednocześnie, że nie każesz mu tego robić ponownie przez następne pół roku.
Fotograficznie wygląda to tak:

czwartek, 15 marca 2012

WIELKIE UJAWNIENIE WSZYSTKIEGO, czyli KONKURS IKEA 2012

Panie i panowie, ladies and gentlemen, mesdames et messieurs, уважаемые господа, signori e signore! Oto nadeszła wiekopomna chwila Wielkiego Ujawnienia Wszystkiego, czyli... w końcu przestanę się z Wami drażnić i powiem, o co chodzi. 


28 kwietnia roku pańskiego 2012 pojawi się w sklepach IKEA nowa kolekcja o tajemniczej nazwie IKEA PS 2012, czyli IKEA Post Scriptum. W tym roku hasłem przewodnim kolekcji jest "Dizajn wzbogaca każde wnętrze"* (uwaga gwiazdka jest!, moja gwiazdka, odautorska, ale nie mogłam się powstrzymać od komentarza).
Kolekcja będzie obejmować 46 najróżniejszych różności, od mebla ciężko przesuwnego, czyli komód i regałów, przez meble mobilne, czyli krzesła i stoliki, po akcesoria prawie latające - lampy, misy (o latających dywanach nic nie wiem), itp. Jak to w IKEI wszystko z materiałów ekologicznie pożądanych: oczywiście drewno, ale także egzotyczny bambus, swojski len oraz tworzywa z recyklingu. 
I te różne różności tworzące kolekcję IKEA Post Scriptum 2012 to kolejny przykład tego, że IKEA proponuje nam meble z charakterystycznym, nowatorskim wzornictwem. Jednak tym razem obiecuje nam też propozycje zabawne i zaskakujące. Ha! Pod tymi dwoma ostatnimi przymiotnikami podpisuję się czterema kończynami, koniecznie czerwoną szminką. Dlaczego? Dlaczego się podpisuję? - wytłumaczę za chwilę. A dlaczego czerwoną szminką? - a czemu nie!
------------------------------------------------
* Pisownia oryginalna organizatora konkursu, na pewno będzie stanowić doskonały zaczyn do dyskusji o spolszczeniach słów obcych. Jednak tych zadziwionych językowym wielkim zadziwieniem (czyli siebie też :) odsyłam do Poradni Językowej.

Z okazji wprowadzenia nowej kolekcji IKEA Post Scriptum 2012 mam dwie wiadomości... obie dobre! Możecie wygrać Wy, o szanowni zaglądający na Róg Renifera, i możemy wygrać my (czyli Ślubny i moja nieskromna osoba). Ale po kolei.

KONKURS DLA WAS
1. Poniżej zaprezentuję  3 (słownie: trzy) fotografie artystyczne wykonane wczoraj późnym wieczorem przez Ślubnego, gdzie pręży się dumnie otrzymany od IKEI Obiekt Konkursowy (o Obiekcie więcej za sekundę). Należy fotografie obejrzeć pilnie, westchnąć nad zdolnościami Ślubnego i rozpocząć ważny proces wyboru.
2. Proces wyboru ma się zakończyć wskazaniem stylizacji (zdjęcia), w której Waszym w pełni subiektywnym zdaniem Obiekt najlepiej komponuje się z wnętrzem.
3. Teraz uwaga, najważniejsze! Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest napisanie w komentarzu pod tym wpisem, którą stylizację wybieracie i dlaczego!!! Dodatkowo poproszę o podanie w komentarzu adresu mailowego, żebym później znaków dymnych nie musiała wysyłać do zwycięzcy.
4. Zwycięży ta osoba, która poda najciekawsze uzasadnienie, dlaczego właśnie w tej stylizacji Obiekt najlepiej komponuje się z wnętrzem.
5. Blogowa Komisja Konkursowa będzie się składać nie tylko ze mnie (bo ja bym Wam wszystkim dała wygrać, taka obiektywna jestem), ale także... (fanfary w tle) ze Ślubnego (marna niespodzianka) i... (fanfary ponownie) z Mojej Rodzonej Jedynej Mamy (spora niespodzianka, co?), która będzie gwarantem sprawiedliwości i obiektywizmu.
6. Komentarze z odpowiedzią można pozostawiać do północy 29 marca 2012 (czwartek). Ogłoszenie wyników nastąpi 30 marca 2012 (piątek) w godzinach wieczornych.
7. Zwycięzca dostanie od nas maila z gratulacjami i takimi tam oraz prośbą o podanie adresu do korespondencji, żeby można mu było wysłać nagrodę.


I teraz wszyscy już pewnie krzyczą, że ja tu o wysyłce, a nie napisałam jeszcze, co jest nagrodą. Materialiści!!! Ale Was rozumiem :)
Nagrodą jest kupon podarunkowy sieci sklepów IKEA o wartości 100 (słownie: stu) złotych polskich!!!

Uwaga! Pełen regulamin konkursu można sobie poczytać do poduszki tutaj. Zwracam uwagę, że musicie być pełnoletni i zamieszkiwać na terytorium naszego pięknego kraju.

Czas na zaprezentowanie stylizacji konkursowych. W roli głównej - Obiekt Konkursowy, czyli lampa podłogowa z kolekcji IKEA Post Scriptum 2012, która po podłączeniu do sieci elektrycznej na Rogu Renifera została od razu nazwana Lampeduzą.

1. Lampeduza Niewinna
Zaprojektowana przez Wiebke Braasch lampa skromnie ukryła się w rogu, ale i tak lśni pełnym blaskiem ekologicznych diod LED.
Puknij zdjęcie, to będzie duuuuże (chyba :).
Uwagi odautorskie: uzasadnienia, że to jest najlepsza stylizacja, bo w telewizji jest akurat Monika Olejnik i poseł Niesiołowski nie będą brane pod uwagę. Za treści prezentowane w TVN24 autorzy bloga kompletnie nie odpowiadają :))))

2. Lampeduza Nieskromna
155 centymetrów świetlnej piękności, no i ten tiul.
Puknij zdjęcie, to będzie duuuuże (chyba :).
Uwagi odautorskie: lojalnie uprzedzamy, że uzasadnienie: "bo kot jest!!!" miło połechta właścicieli wyżej wzmiankowanego kota, ale nie ma szans na wygraną. Poza tym Mały zaplątał się przy okazji i jak widać bynajmniej nie lampa go interesuje.

3. Lampeduza Senna
Baletnica w sypialni jako źródło światła sprawdza się doskonale.
Puknij zdjęcie, to będzie duuuuże (chyba :).
Uwagi odautorskie: to dziwne, ale brak :)))

Macie zatem trzy fotki, dokonajcie właściwego wyboru. Napiszcie w komentarzu, w której stylizacji Lampeduza najlepiej komponuje się z wnętrzem. Uzasadnijcie to tak, żeby Blogowa Komisja Konkursowa pozostała zachwycona wielkim zachwyceniem i 30 marca sprawdźcie, czy to Wy będziecie mogli poszaleć w IKEI, wydając sto złotych.

KONKURS DLA NAS
IKEA wielka jest, sieciowa jest i hojna, bo nie tylko Wy możecie wygrać. Możemy także my, czyli Ślubny jako czołowy projektant jednego wnętrza na tym blogu i ja jako osoba pisząca różne za długie rzeczy. Możemy wygrać wyjazd do... (proszę wstrzymać oddech, ale bez przesady, bo się ktoś poddusi niepotrzebnie) Mediolanu na targi Salone Internazionale del Mobile. A Wy przecież wiecie, co ze mną robią Włochy, a poza tym Mediolan to Leonardo da Vinci, czy ja mam więcej pisać???
Co ma zrobić ambitny bloger, żeby mieć szansę na powdychanie miejskiego powietrza Mediolanu?
1. Ja mam napisać tekst interpretujący hasło przewodnie kolekcji IKEA Post Scriptum 2012, czyli "Dizajn wzbogaca każde wnętrze", a Wy...
2. Wy możecie mi pomóc, aktywnie dyskutując na temat samego hasła i mojej jego interpretacji w komentarzach. 
To ja się zajmę realizacją punktu pierwszego, a punkt drugi pozostawiam Waszej łaskawej przychylności.

DIZAJN WZBOGACA KAŻDE WNĘTRZE,  
RÓG RENIFERA NIE JEST WYJĄTKIEM
Projektowanie naszych metrów kwadratowych zaczęliśmy, kiedy jeszcze te metry nie istniały. No ok, fundamenty były, ale na naszych dwóch kondygnacjach hulał wiatr, głównie zachodni. Ślubny spędzał bezsennie godziny nocne poszukując inspiracji, materiałów, mebli, i tych tysięcy rzeczy, które są niezbędne przy wykańczaniu nowego mieszkania (o tysiącach złotych, które materializował prawie z powietrza, nie wspomnę). I spędzał też intensywnie dni, próbując dyskutować ze mną na temat swoich wyborów... zazwyczaj bezskutecznie, bo żona posłuszna jest (czasem) i nie chciała wdawać się w żadne dyskusje, bo jeszcze każą jej o czymś decydować, a decydowanie to nie dla mnie.
I w końcu jest! Dopracowane w każdym szczególe (o dzięki Ci, Ślubny, wielce dbający o drobiazgi!), wiernie trzymające się pierwotnego projektu (o dzięki Ci, Ślubny, pilnujący zgodności), idealnie dopasowane do naszych potrzeb i gustów (o dzięki Ci... ok, chyba przesadzam, starczy tego dziękowania).
I do takiego wykończonego w każdym szczególe wnętrza zadyszany kurier (ostatecznie to trzecie piętro), wnosi paczkę w czarnej folii (sceny zdzierania folii z przesyłki ze względu na drastyczny charakter zostaną pominięte). Spod zwojów wychynęło to:
Rzut oka na rysunek i łapie nas lekka konsternacja (za kolana głównie złapała i troszkę za łokcie, ale ostatecznie, gdzie ma łapać konsternacja). Nawet na szkicu poglądowym widać, że lampa dizajnerska, ale czy my mamy gdzie taki szokujący dizajn wstawić? Nie ma co się zastanawiać. Rozpakowujemy dalej (sceny wyjmowania poszczególnych elementów składowych lampy ze względu na dłużyzny zostaną pominięte). Po czym instrukcja montażu w dłoń i do roboty. Jak się okazało nawet śrubokręt był zbędny, do dokręcenia tych kilku śrubek wystarczył nóż, nomen omen też z IKEI (ciekawe, czy inny nóż miałby kompatybilny czubek?).

Lampa stanęła na własnej nodze w ciągu pięciu minut. Teraz już nie da się nie zauważyć, że lampa dizajnerska jest, zaskakująca jest, uśmiech wywołująca jest... Ale jak metry tiulu mogą nie wywołać uśmiechu na twarzy osoby szyjącej. Tylko gdzie toto postawić?
I tu przypomina nam się hasło przewodnie tej kolekcji, że dizajn ma wzbogacać każde wnętrze, czyli możemy wybrać pomieszczenie na chybił trafił. Spacery z lampą po mieszkaniu nie są wskazane, bo przewód elektryczny wdzięcznie sunie za nami, a za przewodem  bezszelestnie, w postawie "poluje się, nie przeszkadzać!" podąża kot. Sypialnia? Sypialnia! Bo najbliżej. Ślubny steruje się w kierunku gniazdka z prądem. Postawione. Włączone. Odsuwamy się o dwa kroki. Pasuje! Tiul lampy pokochał miłością wielką i wzajemną materiał w oknach. Biel abażuru doskonale wygląda na tle fioletu ściany i nawiązuje do białych elementów wystroju. 
Ale! Lampa jeszcze nie wie, że trafiła do domu ludzi intensywnie kreatywnych. Niech się dodatek wnętrzarski nie łudzi, że nie sięgnie go ręka  nadająca to specjalne, osobiste "coś". Tym bardziej, że baletowa stylistyka lampy umieszczona w fioletowych wnętrzach sypialni, aż się prosi o uzupełnienie. I tu do akcji wkraczam ja, uzbrojona w całe metry dodatków oraz w kilka przedmiotów potencjalnie niebezpiecznych.

Wystarcza niecała godzina i baletowa lampa dopasowuje się idealnie do otoczenia i pięknieje, bo ją... zasznurowałam zgodnie z wymogami baletowej sztuki obuwniczej.
 
I to lubię! Niby dostałam skończony, gotowy do postawienia i użytku przedmiot, ale z drugiej strony projekt jest taki, że bez destrukcji, odpruwania, przerabiania i walki mogę coś dodać, doszyć, dowiązać i nagle mam "moją" lampę, osobistą i niepowtarzalną. 
I może mam tylko jedno zastrzeżenie, takie malutkie. W komplecie powinien być drugi taki abażur, w nieco większym rozmiarze. Też z tymi gumkami na górze (na dole może nie być). Żeby można go też było ozdobić według własnego uznania, doszyć coś, dohaftować, pofarbować ewentualnie i... nosić jako ekstrawagancką sukienkę wieczorową (nawet halka już jest, taka milutka w dotyku). Wtedy dizajn wzbogacałby nie tylko każde wnętrze, ale także... garderobę zainteresowanych przedstawicielek płci pięknej.
Post Scriptum (tym razem nie jako nazwa kolekcji, ale takie prawdziwe PS.) - ja wiem, że nie można mieć wszystkiego (czyt. sukienki), ale pomarzyć przecież można, tym bardziej, że te tiule są boskie.

***
Ufff, to ja sobie teraz spokojnie usiądę w kąciku. Zrobię sobie okłady z lodu na palce obolałe od walenia w klawiaturę i poczekam na te oszałamiające, dech zapierające, merytorycznie powalające Wasze komentarze i głosy w dyskusji na temat dizajnu, co to wzbogaca albo nie wzbogaca (wolność słowa jest, nie każdemu musi od razu wzbogacać :)
I chyba pobiłam rekord długości jednego wpisu... dla tych, co doczytali do końca będzie nagroda, czyli powtórka z Małego. Wiem, że to już było, ale mi się rzuciło w oczy i nie mogłam się oprzeć.

poniedziałek, 5 marca 2012

SERDUSZKOWO I NIE TYLKO

Dzisiaj najpierw będzie o robótkach, a później o samych przyjemnościach.

***
Biały Serduszkowy Pozytyw się skończył, się uprał, się zblokował i oto jest.

Robiony z pojedynczej bawełnianej nitki na drutach coś koło 4 (ale czy to było 3,75 czy 4, to nie wiem, bo sobie nie zapisałam).


Projekt z tych tak zwanych "szybko przybywających". W stosunku do Czarnego Serduszkowego Negatywu zmniejszyłam znacząco liczbę serduszek i nieco skróciłam cały szal. Ten czarny jest długości Nilu i jak go chcę zamotać dokoła szyi w całości, to muszę się zawinąć co najmniej cztery razy, najlepiej przy pomocy osób trzecich.

I jeszcze zdjęcie dla tych, którzy dopiero eksperymentują z własnymi sposobami blokowania szali. W przypadku takich dzieł, jak Serduszkowy, czyli długich prostokątów z ozdobnym brzegiem, ja zawsze używam drutu nie tylko na końcu szala, ale także w miejscu połączenia części głównej z ozdobnym wykończeniem. Dzięki temu te ażury na końcówce można lepiej naciągnąć i łatwiej jest mierzyć długość tego ozdobnego końca i pilnować, żeby po dwóch stronach szala był tak samo naciągnięty, czyli miał tyle samo centymetrów.

***
A teraz proszę jeszcze raz rzucić okiem na zdjęcia gotowego szala powyżej, a dokładniej na tło, na którym Serduszkowy został uwieczniony. Tak! Dojechały sofy. Nie żeby bez problemów, ale dojechały.
Sofa na antresolę przy trzecim podejściu producenta została zmontowana poprawnie i dobrze zabezpieczona w czasie transportu, czyli zastrzeżeń nie ma, sofa jest, poziom zadowolenia w wyższych stanach euforii.


Uchwycenie rzeczywistego koloru tej sofy przekracza możliwości, nawet Ślubnego. Trzeba sobie zwizualizować taką czerwień bijącą po oczach i wpadającą leciutko w burgundowe klimaty (nie krwistą wyjątkowo).

Natomiast sofa do Mamy, która stała grzecznie w magazynie od trzech miesięcy, okazała się niezaradną sierotką, bo przez te trzy miesiące nie zaczepiła żadnego magazyniera i nie powiedziała mu cichutko, że jej czterech z dziesięciu nóżek brakuje. Te braki odkrył dopiero Ślubny w amoku skręcania sof na akord. Co mu się z ust wyrwało w tym momencie, to jego. Zadzwonił do sklepu, został poinformowany o procedurze składania reklamacji. Złożył takową i czekamy, aż producent nóżki dośle Pocztą Polską Powolną. A tymczasem mamina sofa została wsparta słusznej grubości tomem powieści z klasyki literatury angielskiej w oryginale i z takim "supportem" poczeka na nóżki. 


Od razu uprzedzam pytania - poduchy w kwiaty stanowią komplet z sofą, nie są mojej produkcji, ale robią bardzo folklorystyczno-pozytywne wrażenie.

***
A to... to jest prezent, za który jeszcze raz, oficjalnie, na piśmie dziękuję.

A prezent pojawił się przy okazji babskiego sabatu na Rogu Renifera, podczas którego Wyszło Szydło Z Worka, postawiło Kropki Nad I i było bardzo Intensywnie Kreatywnie. Agata z Izą dokonały niewielkiego, ale bardzo zorganizowanego najazdu, a w ramach przekupywania gospodyni, czyli mnie, dziewczyny przytargały w prawicy pakunek pełen prezentowanych powyżej cudowności, a w lewicy... (i tu cichutko, bo Iza nie może i wścieka się na mnie za samo wspominanie)... wino... to znaczy butelkę z cieczą pochodzenia roślinnego.
A wracając do zdjęcia - zostało sprecyzowane przez "darczyniące", że z tego motka w tle po lewej (czarno-szaro-białego) mają powstać skarpetki dla Ślubnego, co sam Ślubny - o lekkie moje dziwo! - zaakceptował i przyklasnął pomysłowi zrobienia mu skarpetek domowych na zimne wieczory.
Co do reszty prezentowych motków, to ta część mojego mózgu, która odpowiada za intensywną kreatywność, pracuje pełną parą i pomysłów jest co najmniej kilka.
Oprócz tego Iza przywiozła Świętego Graala w kilku częściach, czyli te archiwalne numery Burdy, w których była moda męska. Kto szyje, ten wie, czemu ja o wykrojach dla facetów piszę jako o Świętym Graalu. Ślubny już łaskawie wskazał palcem, które modele mu leżą, czyli jakie wykroje mam zrobić. Teraz tylko muszę się zmobilizować, paść na kolana, poszeleścić papierem, wyciąć i odłożyć na półkę z napisem "świętość - nie bezcześcić - używać tylko w uzasadnionych przypadkach".

Zdjęć z sabatu brak, ale za to podzielę się opinią wyrzuconą z siebie w sobotni póóóźny wieczór przez Ślubnego, który to Ślubny dyskretnie opuścił domowe pielesze, żeby sobie niewiasty mogły swobodnie poplotkować, ale powrócił w trakcie rozkwitu imprezy i podobno widok trzech kobiet siedzących razem i bez skrępowania machających drutami (Agata i ja) oraz szydełkiem (Iza) lekko go zatkał, a jednocześnie rozczulił maksymalnie. No cóż, ciekawe, co by powiedział na zbiorowe darcie pierza lub - co bardziej prawdopodobne - przędzenie synchroniczne???

I małe PS: Wioletta wezwała mnie do tablicy i napisania  7 rzeczy o sobie, a że można napisać o siedmiu grzechach, wadach itp., to ja sobie spokojnie pomyślę i w następnym wpisie (o ile skleroza mnie nie zaatakuje i nie zapomnę), to się wyspowiadam z mojej ciemnej strony.

czwartek, 1 marca 2012

BŁĘKITNA KREW

Macie rację - czemu miałabym się ograniczać i odkładać robienie spódnicy na później? Przecież można mieć rozgrzebanych co najmniej pięć robótek i teoretycznie nikomu to nie powinno zaszkodzić.
Przy okazji bardzo spodobała mi się teoria Brahdelt, że podobno istnieją takie mityczne stworzenia, co to mają jedną robótkę "na tapecie" i nawet oczka niczego nowego nie zrobią, zanim nie skończą poprzedniej.  Ha! to ja kiedyś, dawno temu byłam takim legendarnym jednorożcem i - używając elektrycznych analogii - robiłam szeregowo, jedno po drugim. A teraz? Teraz robię bardzo równolegle. Dwie robótki to minimum. Trzy lub cztery to standard.

Powstanie zatem Błękitna Krew z bawełny w różnych odcieniach jasnego niebieskiego.

Co ciekawe ten zestaw włóczek został przeznaczony na spódnicę jakieś dwa lata temu. Nawet machnęłam wtedy projekt ciuszka. Czekało, dojrzewało i w końcu ma szansę na urzeczywistnienie.

Przy okazji pozdrawiam panią, która w poniedziałek ścigała mnie na ulicy tylko po to, żeby zapytać, z czego zrobiona jest spódnica, którą miałam na tyłku (to była ta przerobiona z łowickiej zapaski). Spodobało jej się zestawienie kolorystyczne i zebrała w sobie nie tylko odwagę, ale i siły fizyczne, żeby w szybkim tempie potuptać za mną i dopytać, co to za cudo.

I jeszcze pozostając w temacie błękitnej krwi - pamiętacie kota z łazienki, co to miał zbyt folklorystyczną kokardkę jak na standardy łazienkowej półki. Kot został arystokratą pełną gębą, a raczej pełną szyją. Teraz ma wyjątkowo elegancki fontaź.

Przy okazji zestawienie czarnej satynowej wstążki i białej koronki spodobało mi się na tyle, że kombinuję, czy nie zrobić sobie takiej ozdobnej obroży. Materiały jeszcze są.


wtorek, 28 lutego 2012

AKCJA OKIENNA ZAKOŃCZONA

W sumie to przeważyło zdanie Ślubnego - tkaniny okienne zostają. Moje zdanie? Moje zdanie jest takie, że dobra żona przytakuje mężowi we wszystkich sprawach, o które nie ma co kruszyć kopii. Bo ja się z tkaninami oswoiłam, ale nie zapałałam do nich niczym szczególnym. 
Nie zmienia to faktu, że od niedzieli trwała akcja obszywania nieumiarkowanej ilości metrów bieżących. I po pierwsze i najważniejsze - po raz kolejny okazało się, że mam maszynę "wszystkoszyjącą". Moja Łucznikowa Zosia Samosia poradziła sobie z cienkim śliskim materiałem śpiewająco. Nie przepuściła ani szwu.


W niedzielę udało mi się zrobić cztery sztuki okienne do sypialni. W poniedziałek - salon, sztuk pięć. A dzisiaj - mimo walki z Małym - dwie do pokoju Mamy.


A czemu "mimo walki z Małym"? Po pierwsze nasze kocio kochane wczoraj umyło się na mordce nieco zbyt intensywnie i zatarło sobie prawe oko. I to tak porządnie. Czyli nie doprowadził się do etapu "pirata", z półprzymkniętym okiem, tylko zrobił z siebie kompletnego "ślepca". Próba obejrzenia ślepia kończyła się walką wręcz i ucieczką, gdzie pieprz rośnie. Ale przecież to nie mój pierwszy rok z kotem ani nie mój pierwszy kot. Trzeba sposobu. Wzięłam Małego do łazienki, wyjęłam lusterko i... na widok zajączków Małemu oczy otworzyły się szeroko i bezproblemowo. Obejrzałam, co miałam obejrzeć. Stwierdziłam, że ciąganie go do weterynarza to może jednak przesada i trzeba poczekać, aż się samo uspokoi. Ale obolały i półślepy Mały przespał cały wieczór i całą noc, a dzisiaj w dzień... szaleństwo kompletne - oko otwieram, nie śpię, ganiam, domagam się zajmowania i machania sznureczkiem i "nie waż się mnie, babo, zostawić choć na sekundę". Czyli o szyciu czegokolwiek mogłam zapomnieć, bo jak szycie - to na antresoli, a na antresolę Mały nadal nie wchodzi. Dlatego do maszyny siadłam dopiero koło 16:00, kiedy Mały padł martwym bykiem na środku placu zabaw, ale zrobiłam, skończyłam, są.


I oprócz maszyny powinnam też pochwalić Generator Pary - zwykłym żelazkiem bałabym się nawet tej sztucznej cienizny dotknąć, a parowo prasowało się genialnie i szybko, nawet te najgorsze zagniecenia "fabryczne z beli" schodziły po jednym pociągnięciu.


Na okna w salonie mam pomysł alternatywny... ale na razie sama nie jestem pewna, co z tego może wyjść. Jak poeksperymentuję i będzie co pokazać, to się będę chwalić, żem genialna albo żalić, że "wzięło i nie wyszło, jak chciałam".

Po raz kolejny pobłogosławiłam w duchu Ślubnego za zaprojektowanie Kącika Szalonej Rękodzielniczki. Mogłam sobie przez trzy doby zostawiać cały bałagan, rozstawioną maszynę, deskę do prasowania i przede wszystkim kłębiące się wszędzie metry pociętej tkaniny i nikomu to nie przeszkadzało.

Teraz będzie spowiedź, wyznanie, jak zwał, tak zwał - "Trzepnięta jestem!". Leży rozgrzebana ruda bluzeczka? Leży? Leży robiący się Serduszkowy Pozytyw, czyli biały szal? Leży. Leżą kłębki na pasiaste Ponownie Wisi Mi, Jak Się Układa? Leżą. 
Tu są trzy wielkie kropki . . .   a ja tymczasem doszłam do wniosku, że natychmiast muszę sobie zrobić błękitną spódnicę na szydełku wzorowaną na tej przerobionej z łowickiej zapaski. A jeszcze szybciej powinnam uszyć halkę petticoat z pozostałej czarnej tkaniny, która nie zawisła w oknach, ale robiła za wdowi welon na mnie.

Taaaaak... szaleństwo me wydaje się kompletnie nieuleczalne. To może ja sobie naleję wina. Wypiję za to, że bank dzisiaj przysłał małe niepozorne pisemko, w którym obniżył nam ratę kredytu (uffff) i za to, że euro takie grzeczne i nadal spada (uff, uff) oraz za to, że nasza sofa na antresolę wyjechała od producenta i powinna być jutro w Poznaniu  i jeszcze za parę innych drobiazgów. A przy okazji zastanowię się, jak ja mam to zaplanowane robótkowe Eldorado ogarnąć.

niedziela, 26 lutego 2012

UTALENTOWANY PAN RIPLEJ

To już.
Proszę szanownej widowni, oto Pan Riplej w bliskim kontakcie z Denatką.

Skończony wczoraj, a w zasadzie dziś (po była 1:00 w nocy). Do szybkiego przyrostu robótki przyczynił się fakt, że jestem sierotka boża i przegapiłam zupełnie fakt, że zaczęto emitować Project Runway All Stars. Ocknięcie się wczoraj rano zaowocowało ośmioma odcinkami do nadrobienia. A przy okazji nadrabiania był też czas na robienie.

O przyjemności robienia już pisałam, nie będę popełniać autoplagiatu. W tej chwili poprzednia Ruda chusta i tęczowy Pan Riplej są dokładnie tego samego rozmiaru.

Ale Pan Riplej nie został poddany torturom podtopienia i wyciągania kołem... to znaczy drutem do blokowania. Wprawdzie nie mam zamiaru wyciągać tej chusty jakoś bardzo, ale zawsze troszkę się rozrośnie po praniu i suszeniu.

I jeszcze, dla samej przyjemności patrzenia na ten tęczowo-psychodeliczny oczopląs, zbliżenie na białe bąble.

W tej samej przesyłce co tęczowa "trudna do opisania włóczka" były też cztery motki włóczki tego samego producenta: trzy zielono-białe i jeden brązowo-biały motek Divy. Wcześniej robiłam z tej samej włóczki sweterek, który można nazwać... Wisi Mi, Jak Się Układa. Czyli długi sweter przez głowę, długie rękawy, wszystko proste i nie przy ciele. Taki ciuch, co to można się w nim przespać i niewiele to zmieni w jego wyglądzie. Włóczka jest skrzypiąca przy robieniu i w dotyku jakby lekko watowata, ale miękka i nie drapiąca. Ma jednak trzy poważne zalety: jest bardzo ciepła, niewiarygodnie lekka i po praniu w pralce sweter wyjmuje się prawie suchy i po pół godzinie można go wciągnąć na siebie i wyjść. Taka kombinacja doskonale sprawdza się przy wyjazdach.
Ten poprzedni sweterek był rudo-pomarańczowo-biały (zdjęcia będą przy okazji) i zostało z niego trochę włóczki, z której była zrobiona niewielka chusta. Obecnie chusta została spruta i w połączeniu z nowo przysłanymi motkami zostanie przerobiona na drugi sweter Ponownie Wisi Mi, Jak Się Układa. Tym razem w paski (coś w paski chodziło za mną od dobrego roku, no to akurat dobrze się składa, będą kolorowe przekładańce).

Na razie jednak wróciłam do robienia Białej Niespodzianki i jak się wiele osób słusznie domyśliło o będzie szal, ale nie jakiś tam szal, tylko biała wersja Serduszkowego Czarnego Negatywu, czyli Serduszkowy Pozytyw.

Ogłoszenie parafialne - materia okienna została wizualnie oswojona. Ona już się na mnie nie rzuca, a ja na nią nie warczę. Dlatego oddalę się teraz i zajmę się szyciem tych tkanin okiennych na gotowo. A Was zostawiam z Małym w wersji:
- Słoneczny Patrol

- Istota Myśląca:

- oraz Obiekt Patrzący Ku Górze:

Miłej niedzieli Wam życzę i żeby Wam ktoś obiad ugotował... bo na Rogu Renifera Ślubny dziś zakasał rękawy i zrobił roladki z kurczaka z szynką wędzoną i suszonymi pomidorami. Pełen wypas.

niedziela, 19 lutego 2012

RAZ, DWA, TRZY, TEST FIRANKI

Niechętna byłam. Zapierałam się zadnimi łapami. Prychałam i udawałam niepełnosprawną manualnie... Nic to nie dało. Ślubny uparł się, że trzeba zakupioną hurtem materię powiesić w oknach. Pożyć sobie z materią zwisającą. Pooglądać przy świetle sztucznym i naturalnym. Poprzyzwyczajać się do zwiewności naokiennej. I ok, nie muszę od razu na gotowo. Nie muszę szyć, mogę sobie estetycznie fastrygować. Ma być komplet testowy.
No to zrobiłam. Ze względu na to, że materiał się nie strzępi, to nawet w tym momencie nie podszywałam brzegów. I tak trzeba będzie materię zdjąć w czwartek, bo na piątek jest zaplanowane wielkie mycie okien (o ile pogoda pozwoli). Wtedy, jeśli zapadnie decyzja, że toto zostaje, to podszyję na gotowo.
Ślubny zażyczył też sobie przetestowania, podobno bardzo modnej ostatnio, wersji z tkaniną wdzięcznie układającą się na podłodze. Ok, niech mu będzie. Za tydzień podejmiemy decyzję, czy zostaną w wersji maxi zbieracza kurzu, czy będziemy je jednak skracać.
I tym sposobem sypialnia wygląda od wczorajszego wieczoru tak:

 



 

Ja na razie opinii na temat zwisów okiennych nie mam. Rzeczywiście muszę sobie z nimi pożyć. Dobrze rokuje to, że wczoraj wieczorem była wersja "po moim radosnym trupie", a dzisiaj rano jest "może, ewentualnie". Fajne jest w tej tkaninie to, że jest tak delikatna i lekka, że żyje i rusza się przy najlżejszym ruchu powietrza. 

***
Czas na zaległości, czyli czarno-srebrny szal. Robótka ekspresowa, bo część główna to same prawe, a trochę więcej uwagi wymagały ozdobne wykończenia brzegów.

I jeszcze zbliżenie na bardzo ażurowy brzeg:

Całość robiona z bawełny - część główna z merceryzowanej bawełny z dodatkiem srebrnej nitki, brzegi to matowa nitka bawełniana. Wszystko na drutach 3.75.

I przy okazji szala będzie z "innej, książkowej beczki". To, że lubię wszystko, co napisze Haruki Murakami, to ja wiedziałam od dawna. Nawet jego książka o bieganiu mnie zauroczyła ("O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" - tutaj można sobie przeczytać recenzję.) Ale! W trakcie robienia szala słuchałam "Kafki nad morzem" - ("Kafka on the Shore" - tutaj link do strony książki w Biblionetce) i okazało się, że Murakami może mnie zachwycać jeszcze bardziej. Jeśli ktoś Murakamiego lubi, a Kafki nie czytał, to polecam.

***
I żeby nie odbiegać zbyt bardzo od ażurowych bizantyjskich wzorów, oto zajawka bluzeczki, bo z Waszego komentarzowego wyrażania opinii wyszło, że żadne tam szale, bluzka ma być:

Powstaje na żywca, bez jakiegoś konkretnego planu układu wzorów. Główna zasada - ma być dziurawo i w paseczki. Paski wychodzą nie tylko przez wykorzystanie poziomych wzorów, ale też dzięki połączeniu dwóch nitek bawełnianych: ognisto rudej, robionej pojedynczo oraz lekko przygaszonej rudości, robionej po potrójnym złożeniu.

Nitki są relatywnie cienkie i nawet druty 3.25 nie przyspieszają pracy, więc projekt będzie raczej długodystansowy. 

***
Ale to nie wszystko, co się zaczęło. Jest jeszcze to:

Co to będzie? Niespodzianka! Jak ktoś zgadnie, to się przyznam, ale na razie, jak śpiewał Turnau: "cichosza".

***
Iza wezwała mnie do spowiedzi kosmetycznej (spowiedź serialowa była wcześniej).
- nie wyobrażam sobie życia bez kremu do twarzy z białej herbaty firmy Ziaja, z serii HerbikaPlant,
- muszę mieć pod ręką krem do rąk, ostatnio z okazji zimy to jest krem o zapachu czekolady, firmy Joanna, seria Sweet Fantasy (latem to zazwyczaj coś cytrusowego),
- pomadka ochronna do ust - teraz to Nivea Classic,
- balsam do ciała Garnier Skin Naturals do skóry bardzo suchej z syropem z klonu (czerwone opakowanie).