Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezent. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 marca 2014

KILOGRAM "WINTYDŻA"

Dostałam kilogram bardzo cennego dobra. Dobro ma bez wątpienia cechy "vintage" i wywołało mój bezgraniczny zachwyt. 

I tutaj jest miejsce na oficjalne podziękowania dla Marka - szyjącego Marka (!!!), który wszedł w posiadanie wyżej wspomnianego tajemniczego dobra i postanowił mnie obdarować, licząc na to, że napadnie mnie dzięki temu potężna inspiracja. 

Marku, jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję! Inspiracja już za mną gania i pokrzykuje. Sprawiłeś mi tym kilogramem "wintydża" wielką radochę!!!

A co to za tajemnicze dobro? To angielskie "przepisy" na wyroby druciane z lat 60, 70 i 80. Genialne źródło inspiracji, a jednocześnie doskonała lekcja historii "ubioru dzierganego" z ubiegłego stulecia.
Co ciekawe, niektóre modele w ogóle nie straciły na atrakcyjności. Gdyby zmienić modelki i sfotografować je bardziej współcześnie, to spokojnie można założyć, że wywołałyby zachwyt dzisiejszych dziergających.

Niektóre sweterki (te z lat 60, drukowane w czarno-białej, a raczej szaro-żółtej wersji :))) mają urok prawdziwego "vintage" i wywołują u mnie potrzebę natychmiastowego zrewidowania charakteru swojej garderoby i powrotu do klimatów z tamtych lat:

Są też takie modele, które nie zachwycają mnie jako całość, ale za to jakiś element wykończenia lub sposób zdobienia powoduje, że mój mózg zaczyna natychmiast kombinować, jak to można wykorzystać w bardzo współczesnych "udziergach":

I do tego jest całe mnóstwo modeli męskich i dziecięcych oraz trochę "ciekawostek". Na przykład mała książeczka o... stempelkach z ziemniaka! Dla nas to jest pomysł na zajęcie dla dziecka w podstawówce, a tymczasem okazuje się, że można na to spojrzeć znacznie bardziej kreatywnie:

A w ramach wisienki na torcie w tym kilogramie cudowności było mnóstwo angielskich wzorów do haftu, gotowych do naprasowania na materiał. Motywy różne, przeróżne - od tradycyjnych kwiatków, przez bałwanki i domki, po znaki zodiaku:

Od trzech dni siedzę, przeglądam, knuję i planuję. I śmieję się trochę sama z siebie - jak wiele radości może sprawić kilogram papieru :))))

piątek, 15 listopada 2013

CUDOWNE ROZMNOŻENIE

Mój ostatni kontakt z Panem Listonoszem Od Paczek (bo paczki przynosi pan, a listy do skrzynki pani listonosz) musiał go wprawić w lekkie oszołomienie. Przedstawiciel Poczty Polskiej Ostatnio Jakby Mniej Powolnej wdrapał się na trzecie piętro, podsunął pod nos papierek do podpisania, mamiąc paczką trzymaną pod pachą. A ja? Zamiast żwawo wyrywać mu sprzęt piszący i mazać podpis teoretycznie czytelny... ja się zapatrzyłam na samą paczkę. Pan Listonosz inteligencję emocjonalną widać ma rozwiniętą ponad normę, bo natychmiast wycofał prawicę z papierkiem i zadał ostrożne pytanie: 
- A coś nie tak z tą paczką?
- Wie pan, to taka paczuszka mała miała przyjść... 
Listonosz się natychmiast zatroskał wielkim zatroskaniem, że usiłuje wcisnąć przesyłkę niewłaściwej adresatce. Łypnął okiem na adres i już pewniej nieco stwierdził:
- Ale adres jest pani i nazwisko też się zgadza - a wie, bo bywa regularnie.
- Nie, no oczywiście, się zgadza, ale wie pan, to taka mała paczuszka miała być... - listonosz doszedł do wniosku, że problemy z rozmiarem mogę sobie rozwiązywać już bez jego tkwienia na progu i stanowczo wyciągnął prawicę z papierkiem.
- To jak się zgadza, to podpisujemy!
"Podpisaliśmy" oczywiście i stałam się posiadaczką skarbów od Basi.

Basię natchnęło zdjęcie ozdobnych krajek, które nadeszły z domu rodzinnego mego własnego. Stwierdziła, że u niej leżą ozdobne koronki i ona je chętnie odda. Później ustaliłyśmy, że do koronek dołoży czarne i białe niteczki, bo też leżą bez przydziału. Koronki, nitki - spodziewałam się zatem paczuszki, małej, niewielkiej... A przyszło pudło!
A w pudle:

Basia dokonała cudownego rozmnożenia. Przysłała - tak na moje mało wprawne oko - prawie 50 metrów bawełnianych koronek.

Nici w ilościach hurtowych, doskonałe jakościowo, białe jak śnieg i czarne jak smoła, które mam zamiar przerobić na ręcznie szydełkowane koronki:

A do tego trzy kawały materiałów, o których nawet nie pisnęła, że ma zamiar je wysyłać.

Basiu, jeszcze raz, oficjalnie, pisemnie, bardzo gorąco dziękuję!!! Sprawiłaś mi cała masę radości, o imprezie rozrywkowej dla listonosza nawet nie wspomnę :))))

piątek, 20 września 2013

ZMRUŻ OCZĘTA, BO CIĘ RÓŻ OŚLEPI

***
Rękawiczki i szal do odblaskowej kurtki już gotowe. Kończyłam wczoraj w okolicach północy, "na wdechu", bo byłam tak śpiąca, że oczy same mi się zamykały, ale się uparłam, że dokończę, wykończę, powciągam nitki i będzie gotowe do prania.
Proszę zmrużyć oczy, żeby kolor nie oślepił.

Ta "baleronikowata" kurtka sprowokowała potrzebę powtórzenia marszczeń na szalu i rękawiczkach. Z szalem było prosto - marszczony ozdobny brzeg:

Ale "baleroniki" na rękawiczkach wymagały sekundy zastanowienia, gdzie je poupychać. Ale najprostsze rozwiązania są najlepsze, więc jest marszczony mankiet:

Efekt mnie bawi, cieszy, raduje - wykończenie jak z epoki (o ile "w epoce" ktoś widział na oczy taki kolor :)))
Oczywiście pod spodem, pod czarnym marszczeniem jest różowy ściągacz, żeby rękawiczka leżała na dłoni jak ulał.
 
***
Kupowanie korkociągu to wielkie źródło natchnienia. Wiem, bom doświadczyła. 
Posiadany dotychczas korkociąg odmówił dalszej współpracy i nagle z narzędzia jednoczęściowego stał się przyrządem dwuczęściowym i stracił właściwości odkorkowujące, a nowego zastosowania jeszcze nie odkryliśmy.
Podreptałam zatem do lokalnego sklepu, w którym jest wszystko teoretycznie "dla domu". Korkociąg oczywiście był, ale szybko straciłam nim jakiekolwiek zainteresowanie i mówiąc: "ten najbardziej masywny poproszę", patrzyłam już na zupełnie inną półkę. Bo "wszystko dla domu", to także cały regał z pasmanterią, a na regale wąziutkie wstążeczki w różnych kolorach. Wśród słoików litrowych, misek plastikowych i zastawy duralexowej spłynęło na mnie rękodzielnicze natchnienie. Sprzedawczyni z lekkim niedowierzaniem patrzyła na szurniętą klientkę, która z błyskiem w oczach zażyczyła sobie po kilka metrów każdego koloru i okazywała werbalne niezadowolenie, że jest ich tylko osiem.
Do domu już nie dreptałam, tylko leciałam jak na skrzydłach, upchnęłam w pośpiechu zakupy w lodówce i pognałam tymi wstążeczkami... haftować.

Od początku miałam w planach dołożenie do Nagrody Głównej w Konkursie Szatańsko Kreatywnym woreczków zapachowych z lawendą, ale za żadne skarby nie mogłam wykombinować, jak te woreczki mają wyglądać. Haftowane wydawały się zbyt oczywiste. I te wąskie wstążeczki mnie natchnęły.
Na razie jest gotowy haft na jeden lawendowy woreczek, bo przecież musiałam od razu sprawdzić, jaki będzie efekt końcowy. W weekendowych planach dalsze.

I jeszcze zdjęcie kompromi... kreatywne :))), czyli jak wygląda w tej chwili moje biurko na antresoli:

Twórczy bałagan w formie dalekiej od szczytowej (szczytową osiągam, gdy szyję :))).

***
A to dostałam wczoraj, zupełnie bez uprzedzenia, zapakowane w kopertę, przyniesione przez panią listonosz, a wysłane przez Inez (z Mojej Szydełkowej Pasji).

Bardzo dziękuję!!! Tym mocniej jestem wdzięczna, że przysłane elementy tak idealnie pasują do siebie, że po pięciu minutach patrzenia na nie i zachwycania się miałam już bardzo szatański plan na ich wykorzystanie. Dołożę jeszcze jedną wrzosową niteczkę i... będę szaleć w bardzo moim, bardzo bizantyjskim stylu. Łapy mnie świerzbią, ale nie teraz, za chwilę, bo plan "na już" jest wypełniony po brzegi, a nawet lekko się poza te brzegi wysypuje :)))

środa, 31 lipca 2013

SPODZIANEK

Na początku była burza. Matka Natura doszła do wniosku, że wystarczy tego jednostajnego upału i czas zatroszczyć się o jakieś atrakcje. Padło na nocne widowisko audio-wizualne i o północy od strony Wrocławia łupnęło młotem boga Thora tak, że aż iskry poszły. Łupanie i iskrzenie trwało jakieś dwie godziny. A Mokosz pod ramię z Notosem  zapewniali intensywne nawadnianie pod ciśnieniem.
I się byłam nie wyspałam. Cały ranek snułam się po metrażu, jakby to mnie ten młot boga Thora w czółko łupnął. Ślubny (nadal urlopujący, ale bardziej przyzwyczajony do zasypiania nad ranem) patrzył na to moje snucie z boku i sugerował, że powinnam "iść sobie poczytać, najlepiej w sypialni".*

* Czytanie w sypialni oznacza dwie przeczytane strony i dwie przespane godziny.

Ale mnie na chwilę zaniosło na antresolę. Stwierdziłam, że skoro już się zaplątałam w Kąciku Robótkowym, to zanim "pójdę poczytać", to przejrzę Burdy, bo od tygodnia chodziło mi po głowie uszycie sobie odzieży letniej w postaci  szortów z jakiegoś przewiewnego materiału.
Już w drugiej znalazło się dokładnie to, czego szukałam. Przekonałam sama siebie, że to "czytanie" jeszcze pół godziny poczeka, a ja zrobię papierowy wykrój. Ostatecznie to dwa małe kawałki do przerysowania. 
Gotowy wykrój zmobilizował mnie do otworzenia szafy z materiałami z głębokim przeświadczeniem, że na bank nie ma tam nic, co by się na takie szorty nadawało i będę mogła z czystym sumieniem "iść czytać". A tu "niespodzianek" - jest materiał idealny. Kupione kiedyś pół metra cudnie tkanego płócienka, z którego wykorzystałam kawałek do wykończenia "Cwetra" Ślubnego.
Spojrzałam na ten materiał, spojrzałam nieco bardziej kwaśno na wykrój i wyszło mi, że za mało będzie... a może wystarczy... nieee... No to przecież nie pójdę "czytać", dopóki nie sprawdzę.
I gdyby ten materiał nie miał identycznej strony lewej i prawej, to by było za mało. Ale że obie strony takie same, to - kolejny "niespodzianek" - wcisnęłam. Na styk! A skoro nagle się okazało, że materiał skrojony, to przecież szycie czekać nie powinno.
Tym sposobem w jedno bardzo śpiąco-ziewające popołudnie powstał Spodzianek, tfu! Szorty powstały :)))

Spodzianek szyty na podstawie czerwcowej Burdy (6/2013), model 111A (z nieco dłuższymi nogawkami niż oryginał i bez ozdobników na tyłku, bo jakieś kieszonki tam chyba były, ale je na śpiąco zignorowałam).

Góra zamiast odszycia ma wykończenie ze srebrnej lamówki. Materiał jest bardzo luźno tkany i miękki i bałam się, że nawet wzmocnione fizeliną odszycie będzie się źle układać i nie będzie "trzymać formy".

I przy takim małym Spodzianku udało mi się wcisnąć trzy różne wykończenia szwów na lewej stronie.
Jest szew francuski na szwach wewnętrznych nogawek i na prawym szwie zewnętrznym. Przy okazji zdjęcie specjalnie dla Wiewiórki - że u mnie też widać ołówek po lewej stronie :))))

Zwykły zygzak - dwie warstwy obrzucone razem, zaprasowane i przestębnowane - to na szwie środkowym szortów. Ten szew w spodniach i spodenkach to jedno z miejsc newralgicznych - musi być mocne i nie do... rozerwania, bo ten szew w spodniach pracuje najmocniej. Stąd to stębnowanie, żeby wzmocnić.

I w końcu przy zamku błyskawicznym wykończenie polegające na podłożeniu zapasów szwów pod spód po lewej i po prawej stronie, zaprasowaniu i przeszyciu zwykłym ściegiem prostym, jednocześnie przyszywając do zapasów szwu listy zamka błyskawicznego.

I dla zainteresowanych - nie udało mi się "iść poczytać" :)))

***
Ale to jeszcze nie wszystko na dziś. Wielkie podziękowania dla Joli!!! Jakiś czas temu Jola zrobiła w ramach Razem Robienia cudowną Echo Flower.
Zdjęcie dzięki uprzejmości Joli.

I wtedy w mailu do niej zachwyciłam się włóczką, jej cieniowaniem, że takie nietypowe od bieli do czerni. I... dzięki Joli mam motek tej cudowności u siebie! Ale nie tylko ten motek, także dwa świetne moteczki skarpetkowej wełenki!!! A w paczce od Joli było też coś dla Ślubnego - oczywiście kawa w gorzkiej czekoladzie : )))))
Kawy na zdjęciu nie ma, bo nie zdążyłam ze zdjęciem przed konsumpcją :)))

Jolu, bardzo Ci dziękujemy!!! Przesyłka od Ciebie sprawiła nam wiele radości, a Twoja "euforia pakowania" - jak to cudownie określiłaś w liściku - spowodowała, że nie mogłam przestać się uśmiechać przez całe popołudnie. Dziękuję Ci dobra kobieto!!!

***
A skoro i tak wyszedł mi wpis dłuższy niż zwykle, to jeszcze coś Wam pokażę. Urlop Ślubnego dał nam okazję do spacerów... a ze spaceru nie wraca się z pustymi... torbami :))) Kupiłam w jedynym słusznym SH po sąsiedzku (z pełną aprobatą Ślubnego) biały obrus (chyba obrus???). O tyle ciekawy, że ma czarno tkane, bardzo delikatne, ozdobnie brzegi. Przy czym tkane tak, że są dwustronne. Te tkane brzegi spowodowały, że bez zastanowienia nabyłam byłam, zupełnie bez pomysłu, co z tego obrusa może powstać.

I dzisiaj mnie oświeciło, co z tego zrobić! Upięłam na Denatce szpilkami. Zamiast paska dopięłam czarną szeroką gumę (bo nic innego nie było, co mogło imitować na tymczasem pasek) i wyszło mi, że można uszyć to:

Będzie dwuwarstwowa spódnica z ozdobnym dołem z tych tkanych szlaków, wszyta w czarny pasek (nie marszczona, bez zaszewek, tylko wszywana z zakładkami).
Jak pytał Szekspir: "Jak Wam się podoba?" - taki pomysł na obrus?

***
I na deser jeszcze jeden "spodzianek - niespodzianek", czyli zdjęcie dokumentujące śpiące zjawisko:

piątek, 19 lipca 2013

PANIENKA KOŁO OKIENKA... POCZTOWEGO

Kontaktów z przedstawicielami Poczty Polskiej ostatnio mi nie brakowało.

Ślubny znalazł nowy sposób zaspokajania mego wielkiego nałogu i wywoływania u mnie kwików radości - z wielkim entuzjazmem szuka pożądanych przeze mnie używanych książek na brytyjskim Amazonie i zamawia bez umiarkowania, a Poczta dostarcza... awizo, żeby sobie niewymiarową przesyłkę odebrać w placówce. To stoję jako ta panienka koło okienka.

***
Ale dzisiaj nie o książkach będzie. Będą Wielkie, Gorące Podziękowania z Serca Płynące!
Kiedy pokazałam na zdjęciach, że zaplotłam sznureczkami Czekoladę i że rzeczone sznureczki mozolnie plotłam na babeczce, Mirka (TRIKOT) w dalekiej Francji współ-odczuła ból w moich odrętwiałych opuszkach palców i... ta kobieta z wielkim sercem przysłała mi młynek do robienia sznureczków! Odebrałam z pocztowego okienka takie cuda!

Młynek został przetestowany i nastąpił zabór mienia... Ślubny poczuł do młynka miętę i twierdzi, że ja mam wymyślać, zaczynać i oddawać młynek w jego łapy, a on będzie kręcił :))))
Jak widać na zdjęciu oprócz młynka Mirka przysłała też piękną poduszeczkę do szpilek. Dla mnie - wielbicielki wszystkiego, co szyte z materiałów z napisami - jest to idealny prezent, aż szkoda wbijać cokolwiek. Na razie podusia leży, a ja się napawam wizualnie.

Mirko, kobieto kochana, jeszcze raz, z całego serca dziękuję za prezenty!!! Są trafione, cudowne, przydatne i piękne i wiem, że z serca.

***
Ale z poczty odebrałam ostatnio jeszcze to:

Ewa z Potyczek z Maszyną zaoferowała dowolne łapówki, o ile tylko zrobię dla niej Ananasową Chustę. O tym, że ja na zamówienie robię rzadko, to wszyscy wiedzą, ale Ewa nie wiedziała, że ma szczęście, bo ja te Ananasy bardzo chcę zrobić jeszcze raz, nieco modyfikując układ oczek (dla wtajemniczonych - układ niektórych "dwa razem" w oryginalnym opisie wydawał mi się niewłaściwy, położony nie na tą stronę, co trzeba). 
Tym sposobem ja przetestowałam własne wizje techniczne (z sukcesem), a Ewa będzie miała wymarzone Ananasowe Szaleństwo.
Ale wracając do przesyłki - szalona kobieta w ramach łapówek za twórczość podesłała oliwkowego Lace Dropsa dla mnie (ten piękny granat jest Ewy), całe metry cudownej pastelowo żółtej tkaniny, tak mięsistej, że aż się człowiek chce w nią owijać i spowijać oraz gazetkę inspiracyjną.

Ewa, dziękuję bardzo, cudowna kobieto!!! Sprawiłaś mi wiele radości tą obfitością i już wiesz, że się zemszcz... odwdzięczę :)))

Ewa wprawdzie wie, jak wyglądają Ananasy i nawet dostała już fotki z blokowania i wie też, że powstaje niespodziankowy dodatek, ale nie chcę pokazywać zbyt dużo, żeby miała przyjemność odpakowywania przesyłki, więc "zanęcając", pokażę tylko tyle :)))

***
I jest jeszcze coś - Mało Finezyjne Swetrzysko, które Mama Moja Rodzona Jedyna określiła jako Otuliszcze. 
Był sobie Sweter Po Samiuśkie Kolana. Sprawdzał się doskonale pierwszej zimy na Rogu Renifera, kiedy to niedogrzane mieszkanie, wiecznie wietrzone "na durch" przez pałętających się bez sensu (stolarze :))) i z sensem (ekipa remontowa) przedstawicieli klasy robotniczej wywoływało u mnie gęsią skórkę. Ale tej zimy nie narzuciłam swetra na grzbiet ni razu. A zasada jest prosta - czego się przez rok nie założyło, z tym należy się pożegnać, w tym przypadku, spruć i przerobić.
Sprułam zatem, zapylając całą kuchnię na fioletowo, bo przecież mam taras, na którym mogę pylić do woli, ale jakoś za późno się zorientowałam, że sypię fioletowym włoskiem na prawo i lewo i w sumie to już było wszystko jedno, ile nasypię. 
I robię - wielkie swetrzysko bez dbałości o szczegóły, ma być miękko, przytulnie, domowo - ot, takie Otuliszcze:


czwartek, 11 kwietnia 2013

CO ŁĄCZY RZYM I RÓG RENIFERA?

Na pytanie, co łączy Rzym i Róg Renifera w podpoznańskiej miejscowości, jest w tej chwili tylko jedna odpowiedź - wielka fala wdzięczności i mnóstwo pozytywnej energii.

Jakiś czas temu Godlesia nieśmiało zapytała mailowo, czy może, ewentualnie, pod wieloma warunkami ujawnię jej swoje dane adresowe. Ujawniłam i dzisiaj krzyczę z Polski tak, żeby w Rzymie było słychać gromkie: "Dziękuję!!!"

Godlesiu, Twój prezent sprawił mi taką radość, że uśmiech z twarzy mi nie znika. Bardzo Ci dziękuję, bardzo, bardzo! 


Moteczki jedwabiu z moherem są w rzeczywistości w kolorze pośrednim między gołębim a morskim (jak na moje niewprawne kolorystycznie oko) i napatrzeć się na nie nie mogę i nadotykać się ich też nie mogę - bajka po prostu. Już mi chodzą po głowie trzysta cztery pomysły, co powinno z tego powstać, żeby było godne tej prezentowej nitki.
Gazetka najprawdopodobniej spowoduje u mnie kolejny Atak Skarpetkowej Manii, bo zawiera kilkadziesiąt modeli "odzieży nożnej", a każdy z nich nie tylko krzyczy: "Zrób mnie!", ale jeszcze powoduje napad kreatywności twórczej i pomysły kłębią mi się całymi... kłębami :)))
A jako dodatek - i tu kolejne gorące podziękowania, tym razem od Ślubnego, który na wieść o tej części prezentu zaklaskał uszami i aż się dziwię, że jeszcze do domu z firmy nie wrócił, żeby dokonać konsumpcji :))) - kawa w czekoladzie. Mniam!!! Rodzynki w czekoladzie, orzechy w czekoladzie i wszystko inne w czekoladzie może się schować w porównaniu ze smakiem kawy w czekoladzie!

Godlesiu, dziękuję!!!! Bardzo!!! I jeśli masz czkawkę albo palą Cię uszy lub policzki, to przepraszam, ale nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo wdzięczna się czuję za ten niespodziewany i cudowny prezent.

***
A skoro już jesteśmy w takich prezentowych i mailowych klimatach, to biegniemy dalej. Liliana z Zapomnianej Pracowni przysłała maila z prośbą o poinformowanie dziergających, że u niej jest Candy o "drucianym" charakterze. Zajrzyjcie, zobaczcie, może ktoś zapała żądzą posiadania moteczków i drutów.

***
A na koniec wiadomość dnia - Samolicząca Tabelka Reglanowa jest, działa, liczy, kolorkami błyska i rwie się do działania!!! Dumna jestem z siebie jak średnio wyrośnięty warchlak w czasie ciepłego dżdżu, żeby nie napisać wprost, że jak świnia w deszcz :)))) Wyszła tak, jak mi się wyśniło, choć wczoraj wieczorem przez chwilę miałam moment zwątpienia w to, czy jestem w stanie zmusić ją do liczenia tak, jak ja chcę, a nie jak ona chce :))) Ale nie będzie mną Excel rządził! 
Udostępnię ją przy okazji pierwszego odcinka Sweterka Robionego Od Góry, czyli w weekend.
Starałam się, żeby była bardzo czytelna i przyjazna dla użytkownika, ale na wszelki wypadek będzie w komplecie filmik opowiadający "detalicznie", co i jak po kolei, co wpisujemy oraz co i gdzie nam samo wyłazi :)))

piątek, 21 grudnia 2012

CAŁKIEM UDANY KONIEC ŚWIATA

Przepraszam tych, którzy końca świata mają po kokardkę, ale taka okazja nie zdarza się co rok i trzeba się trochę ponabijać. 
A zatem intensywnie poszukiwałam adekwatnego zdjęcia apokaliptycznego, ale za oknem piękne słońce, nic co by się nadawało na ilustrację upadku tej planety. To chociaż kolorystycznie się jakoś wpasuję czerwienią naszych ozdób "nawazonowych", które tak piekielnie lśniły w słońcu.

***
Ale przynajmniej na pytanie, gdzie byłam kiedy miał się zdarzyć ten szumnie zapowiadany koniec świata, będę umiała odpowiedzieć jasno i precyzyjnie do końca moich dni. O 10:00 przeżywałam swój prywatny koniec świata, stojąc w kolejce na Poczcie Polskiej Powolnej, by dopaść okienka i wymienić karteluszek awizo na przesyłkę od LoliJoo.
LolaJoo w ramach podziękowań za zrobienie jej sznurowanych rękawiczek wyprodukowała mi komplet rzeczy użytecznych z blogowymi nagłówkami kolejnych pór roku na Rogu Renifera. I dzisiaj odebrałam ostatnia przesyłkę z jesienią i zimą.

To brązowe to rodzaj jesiennego Notesu Na Niesłychanie Ważne Sprawy.

Z wszywką jesiennego nagłówka w środku i haftowaną jesienną florą na wierzchu.

A to czerwone to Bardzo Ochronna Rękawica Dwuręczna Do Łapania Blach Popieczenowych z zimowym nagłówkiem blogowym.

Ozdobiona w środku reprodukcją mojej własnej kuchennej tapety.

Ale LolaJoo dodała coś od siebie :))))))))

I jeszcze to :))))

Bardzo dziękujemy!!!

***

Wzór już mi się udało lekko zmodyfikować, bo z racji posiadania ograniczonych zasobów nitkowych wyrzuciłam segment z szyszeczkami z kilkukrotnie nawijanej nitki. Zamiast tego w celach oszczędnościowych będzie segment niezbyt dziurawego ażuru. 

***
To ja tu jeszcze przed Świętami wpadnę z życzeniami (człowiek nie czuje, że mu się rymuje), tym bardziej, że Ślubny zrobił piękne życzeniowo-bożonarodzeniowe zdjęcia.

niedziela, 24 czerwca 2012

NIEZNOŚNA CHĘĆ POSIADANIA

Są tacy zapaleńcy, którzy trafili na wirtualny Róg Renifera niedawno i z wielkim samozaparciem przeklikali się przez wszystkie notki archiwalne. LolaJoo na przykład. Ale Lolę przy okazji dopadło, a raczej dopadła Nieznośna Chęć Posiadania tego:

Dopadnięcie spowodowało napadnięcie, czyli dostałam maila, że koniecznie, że za dowolne świadczenia rzeczowe lub niematerialne, że... CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ!!!.

No to będą rękawiczki dla LoliJoo, czyli Carski Projekt Zimowy - wzór taki sam, ale kolorystyka czarno-czerwona.
Lola została grzecznie poproszona o zapakowanie w kopertę odrysowanej kredką na kartce A4 prawicy (opcjonalnie lewicy) i przesłanie jej do mnie. No to Lola przesłała... nie tylko odwzorowanie łapek, bo jak napisała na dołączonej kartce, ona nie lubi do obcych z pustymi rękami:

Patrząc od góry: pokrowiec na iPada dla Ślubnego, spersonalizowany Rogowo-Reniferowy notes dla mnie, kot w kropeczki oraz urocza torebka, do trzymania różności lub wpychania łebka (tą ostatnią opcję sprawdziło kocio :))).

BARDZO DZIĘKUJEMY!!! Bardzo, a nawet bardziej!!! Czuję się zmotywowana do szybkiego dziergania, rękawiczki trafią do Loli przed pierwszymi chłodami, czyli tak obstawiam, że pod koniec lipca :)))

Przy okazji prezentu od Loli miał miejsce powalający na kolana wirtualny dialog małżeński (kto zagląda na Twittera, to już czytał :)
 Ja do Ślubnego na GG: "Dostałeś niespodziewany prezent."
Ślubny: "Zdjęcie z fotoradaru???"

Komentować nie będę, z resztą w chwili dialogowania też nie skomentowałam, bo mnie trochę zatkało.

***
Tunika Tarasowa teraz będzie. Skończona. I tu rozlegnie się jęk zawodu - na powabnej Denatce.
Ja się nie nadaję do pozowania, to znaczy moja twarz się nie nadaje, bo wyglądam jak spłoniona dziewica, a raczej jak bardzo nieuświadomiona dziewica na widok Kamasutry, bo... się wczoraj niechcący opaliłam (tak się kończy czytanie Quo Vadis na tarasowej huśtawce). Dzisiaj nadal nie zbrązowiałam i przypominam indiańską squaw, a poprawianie mi kolorytu skóry w Photoshopie to nie jest szczyt marzeń Ślubnego.

Tunika robiona z bawełny. Cokolwiek widać na Waszych monitorach to ona jest fioletowa :)

Wszystkie brzegi wykańczane pojedynczym ryżem, a dekolt dodatkowo obleciany szydełkiem.
I jeszcze tył, gdzie białe wykończenie udało mi się zrobić idealnie prostokątnie i daje to złudzenie niewielkiego, marynarskiego kołnierza.

I jak patrzę na ten tył, to podoba mi się na tyle, że kombinuję, czy w jakimś następnym dziele nie machnąć takiego przodu :))) Pogłębiając tylko nieznacznie wycięcie.

***
I żeby znowu nie  było, że kot nieobecny (tak przy okazji, to sporo zdjęć Małego pojawia się na Twitterze, więc spragnionych częstszego widoku kota odsyłam tam, bo można sobie obejrzeć Kocia na niepogodę i Kocia słodko-śpiącego i... makowiec można zobaczyć, w którym stosunek maku do ciasta jest jak 10 do 1, czyli masa maku i śladowe ilości ciasta, ja jednak jestem - jakkolwiek to zabrzmi - makowa panienka :))), a makowiec mieszkańcy Wielkopolski mogą sobie kupić o tutaj.)

Ale wracając do kocia, to proszę bardzo, zdjęcie zrobione w czasie rozpakowywania nowych zakupów tarasowych, kiedy to Mały dałby się posiekać za szybsze dorwanie się do szeleszczącej folii lub naklejek bardzo przylepnych.

DODATEK SPECJALNY:
Ponieważ w komentarzach coraz więcej osób radośnie wyznaje, że poświęciło się i przeczytało Intensywnie Kreatywnego bloga od deski do deski, to takie wyznania nie mogą pozostać bez echa. Dlatego pojawia się
Lista Chwały Dla Tych, Co Dali Radę:
LolaJoo,
Brahdelt,
Maryś,
UAreFab,
Dodgers (AKTUALIZACJA - już ma bloga! W końcu!!!),
Phanelopsis (o blogu nic mi nie wiadomo, natomiast krasnoludki doniosły o umiejętnościach),
Iza z Kropek nad I (i tu wszyscy machają do małego synka Izy :),
Ania (którą lubię i za to, co robi, i za to, co czyta :),
Marlena (której zostały trzy posty do końca, ale wierzę, że da radę ;)
B z Kombinatorni (nie tylko szyje, ale jeszcze dobiera obłędne dodatki)
Makunka (którą witamy w blogowym świecie)
Cicha (która tworzy także w kuchni)
Agata (której się należy, bo jest tu od początku)
Izula (bez bloga, ale też Pozytywnie Robótkowo Zakręcona)
TurboKitty (którą chyba należy zmusić do kontynuacji blogowania)
AnaYo (z pozdrowieniami dla cudnej córci)
Edi-bk (spod jej ręki wychodzą cuda, nie tylko z niteczek)
Ewarub (którą linkuję do Zapisków z Drogi Mlecznej, ale to nie jedyny blog, gdzie się udziela)
Ju-styśka (niedawno wydziergała... przystojnego Eugeniusza)
BabaAga (czyli Aga i jej śliczna córcia, dzięki której Aga miała czas na czytanie bloga :)
Kwaternostera (która zaniedbała własnego bloga, żeby się przedrzeć przez mojego)
Andziulindzia (robótkująca, ale nie przyznała się oficjalnie do żadnego bloga :)
Ula R. (którą należy intensywnie namawiać do założenia bloga!)
Monika (Inez124) (która wykorzystała moje króciutkie milczenie do przeczytania bloga od deski do deski :)
Maria  (której komplementy najczęściej wprawiają mnie w stan zarumienienia :)
Mcolka (którą pozdrawiamy, jako robiącą na okrągło :)))
Babaruda (której życzymy samych przyjaznych do szycia rzepów :)
Noamha (ze specjalnymi pozdrowieniami od Ślubnego, jak grafik grafika :)))

piątek, 15 czerwca 2012

PREZENTOWE UJAWNIENIE

Niespodziankowy haft prezentowy dotarł do obdarowanej i uzyskałam pozwolenie na pokazanie troszeczkę więcej niż tutaj.

Zacząć należy od tego, że prezent haftowany był dla Patrycji z Milczenia Nitek. I było to niewspółmierne podziękowanie za jej niesamowity frywolitkowy prezent, którym chwaliłam się tuż przed Wielkanocą. Dostałam nie tylko moje pierwsze czółenka do frywolitek, ale także przepiękne, własnoręcznie farbowane przez Patrycję nitki. A od tamtej pory Patrycja mailowo dba także, żebym miała pożywkę w postaci wzorów do frywolenia.
Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję, bo gdyby nie ta dziewczyna, to zapewne do tej pory frywolitek nawet małym paluszkiem lewej ręki bym nie tknęła. A na dodatek mam poczucie, że jest w Krakowie ktoś, kto odpowie na wszelkie moje pytania i pomoże, jak się frywolnie zasupłam i nie będę umiała sobie poradzić samodzielnie.

Dla Patrycji wymyśliłam haftowany pasek w spokojnej beżowej kolorystyce. Haft to blackwork, ale u mnie raczej "whitework", bo haftowałam mocną, bawełnianą nitką na bawełnianym płócienku i... wykańczałam brzegi i robiłam wiązania z innej białej, oczywiście również bawełnianej nitki - czyli projekt w stu procentach bawełniany :)

To czas na ujawnienie - proszę bardzo seria zdjęć do pooglądania:

 




 

***
I jeśli pozwolicie to tutaj, grupowo i hurtowo podziękuję za wszystkie pochwały i podziękowania za wczoraj wrzucone tutoriale. Ja mam widocznie jakieś zapędy pedagogiczne (pozdrawiam wszystkim moich uczniów, których bynajmniej nie uczę robótek ręcznych :))) i dzielenie się wiedzą na temat drutów, szydełek i igieł może i wymaga trochę czasu na przygotowanie tekstu i zdjęć, ale nie jest to dla mnie przykry obowiązek, raczej wielka radocha. 
O filmikach myślałam, ale do tego potrzebuję ręki Ślubnego, żeby to ładnie filmował, a Ślubnego ostatnio w domu nie bywa dużo, a Mały nie chce współpracować (on się pcha raczej przed obiektyw :))). Jak się kiedyś zdarzy, że będzie potrzeba i możliwości, to sprawdzę moje umiejętności aktorskie.

***
I informacja dla Squirk, Brahdelt i innych zainteresowanych tarasowymi zieleninami - w następnej notce będzie aktualizacja informacji na temat szalejącej roślinności.