Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rękaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rękaw. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2012

TUBA RAZEM ROBIONA - część piąta

Część piąta i w zasadzie ostatnia, bo zrobimy w niej:
- ozdobne zaszewki na wysokości talii,
- nabierzemy oczka i zrobimy główkę rękawa,
- zrobimy rękawy.

Zaczniemy od czynności dość pracochłonnej - pozaszywamy ozdobne zaszewki na wysokości talii. 

Zaczynamy od wyznaczenia, na jakiej wysokości te zaszewki mają się znaleźć i jakiej szerokości ma być ten ozdobny, zaszewkowy pas. Można sobie pomóc, strojąc w sweterek manekina, co zrobiłam ja, wykorzystując do pomocy Denatkę. Można też założyć sweterek na siebie i stanąć przed lustrem.

Żeby nie męczyć się z ustaleniem, gdzie mają być poszczególne kolumny zakładek idących w górę, wykorzystamy charakterystyczne miejsce ozdobnej plisy w pawie oczka, czyli miejsce "dolinki" we wzorze, gdzie najlepiej widoczne jest środkowe oczko, znajdujące się pomiędzy narzutami. Liczymy sobie, ile oczek jest od plisy do zaznaczonego początku zaszewek.
To, ile oczek zszyjemy, czyli jaką szerokość będzie miała pojedyncza zaszewka zależy od tego, jak bardzo chcemy naszą bluzkę zwęzić w pasie - sześć kolumn oczek (trzy na lewo i trzy na prawo od środka zaszewki wyznaczonego przez środkowe oczko "dolinki" pawich oczek) to jest standardowa ilość. Jeśli mamy do "ukrycia" w pasie więcej, to robimy na przykład osiem oczek, jeśli mniej - cztery.
Musimy też zdecydować, co ile rzędów kolejne zaszewki w kolumnie zrobimy (czyli odległość między nimi w górę). Ja tym razem chciałam, żeby było ich więcej niż w szarej Tubie i robiłam je w co 10. oczku, licząc od poprzedniej zaszewki.

Do szycia używamy koniecznie tej samej nitki, z której powstaje korpus sweterka, żeby te "techniczne" łączenia nie były widoczne. Zszywając oczka, pamiętamy, żeby łączyć ze sobą oczka na tej samej wysokości (robione w tym samym okrążeniu) i że łapiemy igłą dwie nitki danego oczka - po prawej stronie wbijając się igłą od dołu, a po lewej stronie od góry, żeby nitka, którą zszywamy, się nie krzyżowała. Zaciskamy nitkę bardzo porządnie i wiążemy super-supeł.
Po pozaszywaniu zaszewek  mamy całe mnóstwo nitek do przeciągnięcia na lewą stronę. Robimy to szydełkiem i na wszelki wypadek na lewej stronie też wiążemy supełek.
Jeśli ktoś chce sobie zaszewki ozdobić, to to jest właściwy moment. Można dodać zdobienia nitką w innym kolorze (na przykład takim, jak ozdobna plisa), można doszyć koraliki, można poszaleć dowolnie.
Po przeciągnięciu wszystkich nitek na lewą stronę i ewentualnym szaleństwie zdobniczym nitki po lewej stronie powinniśmy jakoś ujarzmić (bo dużo ich tam fruwa) i zabezpieczyć. Najlepiej zrobić to przyszywając je do dzianiny. Przyszywamy nitką w kolorze sweterka (koniecznie!). I wbijamy się tylko w wypukłe żeberka lewych oczek, żeby te szwy zabezpieczające nie pokazywały nam się po prawej stronie. Lewa strona z pozaszywanymi nitkami wygląda tak:

A robienie zaszewek oglądamy sobie poniżej, na filmie, w którym Mały gra główną rolę (z góry przepraszam za dodatkowe efekty dźwiękowe):

Czas na rękawy. Zrobimy je od góry jako rękawy z główką. Zanim weźmiemy druty w dłoń, musimy trochę policzyć.
Nie panikujemy, spokojnie czytamy wszystkie wyjaśnienia i obliczenia, patrzymy na obrazek poglądowy, oglądamy filmik i przeliczamy spokojnie własne oczka.

Dokonujemy następujących obliczeń:
1. Sprawdzamy, co nam wyszło w robionej na samym początku próbce. U mnie to było: 13 oczek=5cm.

2. Ustalamy, jaki obwód ma mieć rękaw tuż pod pachą, czyli w najszerszym miejscu. Możemy sobie zmierzyć obwód bicepsu (dodając kilka centymetrów luzu) lub zmierzyć, ile ma w obwodzie rękaw, w bluzce, którą lubimy. U mnie to jest około 40cm.

3. Przeliczamy sobie ten obwód na oczka:
13 oczek=5cm (z próbki)
X oczek =40cm (w rękawie)
X=13*40/5=104 oczka.
Czyli mój rękaw po zrobieniu główki, w swoim najszerszym miejscu ma mieć 104 oczka.

4. Obliczamy, ile oczek zamknęliśmy na utworzenie podkroju pachy - ja zamykałam w sekwencji 4-3-3-2=razem 12 oczek po dwóch stronach. Czyli u mnie podkrój pachy ukształtowały 24 oczka.

5. Odejmujemy od ogólnej liczby oczek rękawa oczka z podkroju pachy. U mnie 104 oczka-24 oczka=80 oczek.

6. Te 80 oczek zrobimy w zasadniczej części główki rękawa. Dzielimy je na trzy części. 80oczek/3= około 26 oczek. Jeśli wyjdzie nam dzielnie nierówno, to zawsze te niepodzielne oczka wpychamy w środkową część główki, czyli u mnie ta część będzie miała nie 26 a 28 oczek. Moja główka rękawa zostanie ukształtowana następująco:
26 oczek (strona lewa) - 28 oczek (część środkowa) - 26 oczek (strona prawa) = razem 80 oczek.

7. Mamy rozliczone oczka, czas podzielić na 3 części centymetry podkroju pachy. Mierzymy pionową część podkroju pachy (czyli nie patrzymy nawet na oczka zamykane, by ukształtować łuki, zajmujemy się tylko prostym, pionowym kawałkiem). U mnie ma on około 19 centymetrów, czyli mnożąc to razy 2 (bo mam 19cm z przodu i 19 cm z tyłu), otrzymuję około 38 cm. 

8. Te 38 cm też dzielę na 3 części, co u mnie daje około 13 centymetrów. Jeszcze raz łapiemy centymetr do ręki i odmierzam sobie 13 cm na pionowej części podkroju pachy z przodu (zaczynając od dołu), miejsce zaznaczam, na przykład spinaczem biurowym. I 13cm na pionowej części podkroju pachy z tyłu - znowu zaznaczam spinaczem. Tym samy na szczycie ramienia (między spinaczami też powinnam mieć około 13 cm (mierzymy, sprawdzamy!).

9. Jeśli wszystkie otrzymane dane wrzucimy na jeden rysunek, to mamy taki schemat robienia główki rękawa:

I to samo filmowo:

Na początku filmu jest pokazane, jak sobie poradzić, jeśli nie wiemy, czy wystarczy nam włóczki na cały długi rękaw (mnie chyba raczej nie wystarczy). Żeby się nie stresować i zastanawiać, ja włóczkę ważę i wiem, że skoro mam 112 gram, to na jeden rękaw mogę przeznaczyć 55/56 gramów. To jest też zaleta robienia rękawów od góry - można dokładnie ocenić, kiedy skończyć rękaw, by był on krótki, 3/4, 7/8 czy tradycyjny długi rękaw - bo w każdej chwili możemy sweterek przymierzyć.

Zaczynamy robić rękaw - nabieramy oczka na szczycie główki. U mnie to jest 28 oczek, czyli 14 przed szwem ramienia i 14 po szwie. Nabieramy oczka na odcinku pionowym, więc postępujemy tak samo jak przy dekolcie - nabieramy z przerwami (oczko nabrane, oczko nabrane obok, oczko przerwy, oczko nabrane, oczko nabrane obok, oczko przerwy). Dzięki temu nie nabierzmy za dużo oczek i główka rękawa nie będzie nam się marszczyła.
!!!Nabierając oczka robimy te pierwsze oczka ścisło!!! Każde luźno zrobione oczko, to potencjalna dziura w dzianinie. Pilnujemy też, żeby nabierać w jednym szeregu (żeby nam powstawała równiutka linia z oczek tyłu i przodu tuz pod nabieranymi oczkami).
Nabieranie pierwszych oczek oglądamy sobie tutaj:

Kolejny rząd (oczek lewych) to jest już rząd, w którym będziemy dodawać pierwsze z oczek poszerzających główkę rękawa ( u mnie to jest po 26 oczek po lewej i po prawej stronie). Oczka dodajemy po jednym w rzędzie i zawsze na końcu rzędu.
Zaczynamy jednak od oczka brzegowego. !!!Oczek brzegowych nie będziemy przerabiać!!! Będziemy je przekładać na prawy drut bez przerabiania. Robiąc rząd oczkami lewymi układamy sobie nitkę przed drutem, wbijamy się w pierwsze oczko i bez przerabiania przekładamy na prawy drut, czyli robimy tak:

I kolejne wielkie wykrzykniki - !!!Bardzo, maniakalnie wręcz pilnujemy, żeby oczka przekładane i kolejne robione na brzegach były bardzo, bardzo ścisłe!!! Ściśle zrobione oczka na początku i na końcu rzędów to gwarancja braku dziur w dzianinie.
I jeszcze jedna uwaga - robimy sobie notatki (!!!), ile oczek już dodaliśmy na poszerzenie główki, dodatkowo zaznaczając, czy były one dodane blisko poprzedniego oczka, czy po "jednooczkowej" przerwie (bo nadal nabieramy oczka na pionowym kawałku, czyli nabieramy z przerwami).

To wracamy. Przerabiamy rząd na lewo (pamiętając o tym oczku brzegowym, które przekładamy bez przerabiania) i na końcu rzędu dodajemy pierwsze oczko na poszerzenie główki rękawa. Dodajemy je jako oczko lewe, więc wbijamy się od tyłu, w prawą stronę robótki, we właściwe oczko i przerabiamy je na lewo.

Obracamy robótkę i zaczynamy rząd prawymi, w którym dodamy "lustrzane odbicie" pierwszego oczka na poszerzenie główki - na końcu rzędu prawego.
Oczka brzegowego oczywiście nie przerabiamy, tym razem przekładamy je na prawy drut mając nitkę z tyłu robótki, czyli tak:
 

 A wszystko to oglądamy sobie tutaj:

Tym sposobem, takim "ruchem wahadłowym" dodajemy kolejne oczka na końcach kolejnych rzędów. I jeszcze raz - oczka brzegowe przekładamy, a kolejne robimy fanatycznie ścisło. Inaczej będą dziury!!!

Po dodaniu pojedynczych oczek na poszerzenie główki rękawa powinnyśmy się znaleźć na końcu pionowego odcinka podkroju pachy, czyli na początku sekwencji oczek kształtujących łuki podkroju. Nadal będziemy poruszać się "ruchem wahadłowym", ale dodając na końcu rzędu tyle oczek, ile wcześniej zostało z tyłu i z przodu zamkniętych - czyli u mnie 2-3-3-4.
!!!To jest miejsce bardzo newralgiczne. Najłatwiej tu o powstanie dziur na styku korpusu i rękawa. Dlatego najpierw uważnie oglądamy film, zwracając uwagę na to, jak powstawaniu tych dziur zapobiec!!!
Zwracam uwagę, że oczka po lewej stronie nabieramy bez zastanowienia, a dziurom przeciwdziałamy na samym początku kolejnego rzędu (przerabianego na prawo). Dziurom przed oczkami nabieranymi w rzędach robionych prawymi przeciwdziałamy już w trakcie nabierania.
 

I dalej oglądamy tutaj:

I kolejne dodawanie śledzimy tutaj:
 
 
 I jeszcze tutaj:
 

Na wszelki wypadek pokażę w zbliżeniach, jak wygląda łączenie korpusu sweterka z główką rękawa, kiedy fanatycznie pilnuje się tego, by oczka brzegowe były bardzo ścisłe. Część, w której główka była poszerzana po jednym oczku wygląda tak:

I jeszcze zbliżenie na nabieranie oczek na główkę na sekwencji oczek zamykanych na łuki pach:

Po nabraniu ostatnich oczek z sekwencji kształtującej łuk pachy - w rzędzie robionym prawymi (u mnie 4 oczka) zapominamy o robieniu w rzędach, a wracamy do robienia w okrążeniach, ale mamy mniejszy obwód rękawa niż długość żyłki, dlatego będziemy sobie żyłkę magicznie zawijać, co widać na filmie poniżej.

Ale zanim się rozpędzimy z rękawem, to musimy mieć świadomość, że rękaw powinien nam się zwężać. Ja tradycyjnie zwężam rękaw "gubiąc" w co piątym rzędzie po dwa oczka (jedno na początku okrążenia i jedno na końcu). Sugeruję zaczęcie od takiej sekwencji gubienia oczek i po przerobieniu kilku/kilkunastu centymetrów przymierzeniu swetra (wielka zaleta rękawów robionych od góry, że możemy sobie mierzyć do woli :) i zdecydowaniu, czy chcecie, żeby rękaw zwężał się wolniej (gubimy wtedy oczka na przykład w co 7., co 8. rzędzie) lub szybciej (na przykład w co 4.). Oczywiście tempo zwężania rękawa możemy zmieniać w trakcie schodzenia w dół, oby nie gwałtownie, bo zacznie się dziwnie układać.

!!!Robiąc rękaw robimy sobie notatki!!! Bo czeka nas robienie drugiego rękawa i lepiej wiedzieć, ile rzędów mamy przed sobą.
 
Jak przerabiamy dwa oczka razem na początku okrążenia w tych okrążeniach, gdzie zwężamy rękaw, oglądamy sobie tutaj:

A to, jak przerabiamy dwa oczka razem na prawo na końcu tego samego okrążenia oglądamy sobie poniżej:
 
Przy zwężaniu pamiętamy, że na końcu rękawa chcemy zrobić ozdobną plisę z pawich oczek, więc zatrzymujemy się na dole z gubieniem oczek, w takim momencie, kiedy mamy na żyłce liczbę oczek podzielną przez 17!!!

Drugi rękaw robimy analogicznie, oczywiście :)))

Będzie jeszcze jeden odcinek Tuby - techniczny, gdzie pokażemy sobie, jak pochować porządnie nitki na lewej stronie robótki, jak wyprać sweterek i co chyba najważniejsze - jak go suszyć, żeby nabrał właściwych kształtów.

Co nie zmienia faktu, że po dzisiejszym Tubowym odcinku zasadnicza część pracy jest skończona.

środa, 7 marca 2012

LUDZIE, LUDZIE, CUDA W TEJ BUDZIE!!!

***
O cudzie będzie na końcu. A do końca daleko, uprzedzam!

Najpierw obiekt dziergany, skończony, satysfakcjonujący.
Zrobił się Ponownie Wisi Mi, Jak Się Układa i tym razem wcale tak nie wisi, bo jakoś z rozpędu zrobiłam sweterek bardziej dopasowany niż worek na kartofle.

Jak widać wykorzystałam tylko dwa kolory: pomarańcz i zieleń (w rzeczywistości oba kolory są bardzo nasycone i wiosenne), brąz jako zbyt jesienny został radośnie pominięty. Rękawy trzy czwarte zamierzone, bo całość jakaś taka lekka wyszła, że normalna długość mi nie pasowała.
I przy okazji rękawów - nie po raz pierwszy robiłam rękawy na okrągło (bez szwów), ale po raz pierwszy... na jednej żyłce oba na raz. Pomysł zakwitł we mnie dawno, po zobaczeniu żyłkowej ekwilibrystyki u Brahdelt.Sposób niezły, bo nie trzeba niczego zapisywać- odejmowanych oczek, liczby rzędów w danym kolorze, bo robi się przecież jednocześnie.

***
Teraz krótki kurs na prośbę Wioletty, czyli jak robić brzegi szala, żeby się nie zawijały, paskudy jedne.
Chcemy osiągnąć taki efekt, czyli ramkę z "żeberek", bo właśnie te "żeberka" powodują, że nic nam się nie będzie zwijać:

Żeby mieć "żeberka" robimy same prawe oczka i w rzędach nieparzystych, i w rzędach parzystych. "Żeberka" na samym dole to dwa rzędy robione prawymi (1. rząd same prawe, 2. rząd też same prawe). Później żeberka mają być na brzegach, na szerokość dwóch lub trzech oczek, czyli pierwsze dwa/trzy oczka na początku i tyle samo na końcu we wszystkich rzędach robimy prawymi.

W białym Serduszkowym szalu oprócz ściegu francuskiego na brzegu był też rządek dziurek ażuru, czyli coś takiego:

W rzędach nieparzystych mamy dwa pierwsze oczka prawe, następnie oczko narzucone i dwa oczka razem (a później robimy taki wzorek, jaki nam pasuje, w moim przypadku po prostu prawe oczka), a na końcu ostatnie cztery oczka przerabiamy tak: dwa razem, oczko narzucone, dwa prawe. W rzędach parzystych dwa pierwsze oczka i dwa ostatnie robimy prawymi (żeby były "żeberka"), a to co było narzucone i dwa razem przerabiamy na lewo.

***
Wioletta postawiła mnie też pod tablicą i zaoferowała możliwość ujawnienia swoich wad i grzechów (mogę też pochwalić się zaletami, ale przecież wiadomo, że o wadach każdy poczyta chętniej).
1. Robię coś perfekcyjnie albo wcale. Co okazuje się tragedią, kiedy mam się czegoś nauczyć, bo muszę to zrobić od razu dobrze, a najlepiej idealnie. Taka zasada obowiązuje u mnie przy robótkach, ale w życiu pokazałam też, że ta sama zasada powinna działać na przykład przy nauce prowadzenia samochodu. Wsiadłam i... jakby to napisać... okazałam werbalnie wielkie niezadowolenie, że nie jeżdżę od pierwszej chwili jak Hołowczyc. Dobrze, że świadkiem tego niezadowolenia był Ślubny, a nie instruktor, bo pewnie bym kursu nie zrobiła. 
2. Śpioch jestem - a bardziej opisowo mogę zagrać siostrę siedmiu braci śpiących bez prób i przygotowań. A przecież tyle można zrobić w czasie, który ja "marnuję" na sen.
3. Jak mówię "zrób coś", najczęściej do Ślubnego oczywiście, to oznacza "zrywaj się już, leć, pędź i rób natychmiast". Opóźnienie reakcji o trzy sekundy powoduje u mnie lekkie warczenie. Opóźnienie dłuższe niż dzień wywołuje natomiast focha-giganta.
4. Pamiętliwa jestem... podobno jak słonica. Jak mi ktoś zrobi krzywdę, dowolną, to potrafię wybaczyć, ale zapomnieć...
5. Panikara jestem. "Momentami histeryczna" - to cytat ze Ślubnego, który stoi nade mną i aktywnie pomaga wypisać wszelkie me wady. Ale rzeczywiście potrafię perfekcyjnie zrobić z igły bardzo pesymistyczne widły. Przy czym panikuję w kwestiach wydumanych, bo jak się już rzeczywiście wali i pali, to biorę wszystko na klatę bez szemrania i dzielna jestem niczym strażak Sam.
6. Jestem uzależniona od robienia list, ostatnio głównie książek do przeczytania. Co ja poradzę, że podoba mi się skreślanie kolejnych przeczytanych pozycji. Ale pocieszam się tym, że na Shelfari (społeczność czytająca) jest nas, takich obsesyjnych, więcej.
7. I jestem "dzikus urzędowo-papierowy". Zrobię wszystko, żeby moja noga nie musiała przestąpić progu żadnego urzędu, banku, instytucji. I nie chodzi o niechęć do tracenia czasu i użerania się z biurokracją. Chodzi o... bycie dzikusem. Ale oczywiście jak muszę... dobrze, że rzadko muszę...

***
A teraz będzie o cudzie.
Cud pokazany etapami wyglądał tak. 
Mały obudził się w środku dnia i średnio przytomny przywędrował z sypialni do salonu i zamiast zwyczajowego wydania odgłosu paszczowego, wziął zakręt jeden i drugi i stanął pod schodami. 
Po czym na te schody wlazł, zlazł i dopiero się rozdarł jak syrena okrętowa, żeby zauważyć jego wyczyn. Czyli po ponad trzech miesiącach egzystowania na Rogu Renifera Mały nauczył się chodzić po schodach.

Sesja zdjęciowa pochodzi z drugiego wejścia, kiedy już ręce mi nie drżały i pogalopowałam na górę z aparatem.
Najpierw niepewnie, stopień po stopniu:

Jedna łapa na podłogę:

Dwie łapy na podłodze i od razu szyja wydłuża się jak u żyrafy:

Na nowym terytorium Mały dziwnie przypominał charta na polowaniu i jakoś mu łapy strasznie się skróciły:

A chwilę później wszelka nieśmiałość poszła w zapomnienie i Mały zwiedzał wszystko, z entuzjazmem i bez skrępowania:

Zapewniam, że był wszędzie, ale nie nadążałam z robieniem zdjęć, bo przemieszczał się z prędkością światła i równie przewidywalnie jak cząstki według pana Browna.

A dzisiaj rano przywitał nas taki obrazek:
 

Żeby nie było, teraz też Mały okupuje swoje nowe, ulubione miejsce obserwacyjne, czyli przedostatni stopień schodów.

Prezentując powyższe zdjęcia, tym samym oświadczam, że strefa "bezkocia" przestała w naszym mieszkaniu istnieć. To ma swoje dobre strony, bo do tej pory mogłam coś zrobić na antresoli tylko w czasie, kiedy Mały spał, bo inaczej siadał na dole i darł paszczę. Teraz mogę spokojnie egzystować na obu poziomach z zachwyconym kotem u boku.

niedziela, 9 października 2011

KONCEPCJE I ANTYKONCEPCJE

Miniony tydzień na pewno nie na pewno nie należał do tygodni wydajnych koncepcyjnie. Raczej był maksymalnie antykoncepcyjny.
O nierównej walce z rękawami Projektu Poprzednio Znanego Jako Stańczyk pisałam ostatnio. Przy czym przypominam, że obecne rękawy to trzecie podejście. Na szczęście okazuje się, że powiedzenie do trzech razy sztuka ma głęboki sens i obecna wersja (odpukać!) spełnia pokładane nadzieje.
Ale wczoraj upadła jeszcze jedna koncepcja - sznurowanych spodni. W piątek szalałam z wykrojem i nie wiem, jakie dobre duchy ustrzegły mnie przez natychmiastowym krojeniem. Jakoś tak mi się kołatało z tyłu głowy, że tam będą metalowe oczka, a ja nigdy takich oczek nie robiłam. Narzędzie zbrodni dostałam niedawno od Rodzicielki, ale nie próbowałam nigdzie żadnego oczka umieścić. Wytargałam cały zestaw wczoraj rano i dałam do łapy Ślubnemu, bo jedno wiem na pewno - pary w łapach to ja nie mam, komarzasta jestem, a Ślubny wprost przeciwnie. Co się okazało? Dołączone do zestawu oczka są parszywie beznadziejnej jakości i nie zaciskają się, jak należy, zamiast tego łamią się, zostawiają ostre zadziory itp. Jednym słowem - nie współpracują. A jak nie ma oczek, to nie ma spodni! Bo przecież cały ich urok właśnie w tym sznurowaniu z boku.
Wykrój ładnie poskładałam, włożyłam do segregatora z wykrojami i poczeka tam sobie na moment, kiedy nabędę oczka porządniejszej produkcji. Ale skoro nastawiłam się na szycie spodni, to przecież nie odpuszczę! Wytargałam całe zapasy Burd. Poszukałam czegoś odpowiedniego, co dziwnym trafem znalazło się oczywiście w wydaniu z 2009 roku, z maja - to był bardzo dobry rocznik! Spodnie jednak będą!
Ciekawostką tego modelu jest brak paska z przodu i istnienie paska z tyłu. 
I żeby znowu jakiś pech antykoncepcyjny mnie nie dopadł, to z marszu padłam na kolana i zrobiłam wykrój (tak, oczywiście, z kotem w wersji polująco-chowającej obok). Mając wykrój, zapytałam grzecznie Ślubnego, czy wytrzyma bez obiadu jeszcze pół godziny, bo jeśli tak, to ja od razu kroję. Ślubny łaskawie zezwolił na opóźnienia w kwestii żywieniowej, więc skroiłam. Nie ma, że mi znowu coś przeszkodzi!
Dzisiaj mam zamiar poeksperymentować z doborem koloru nici do szycia i ozdobnymi szwami do stebnowania.

Są takie tygodnie, że się wszystko komplikuje, nie udaje, nie współpracuje i bruździ. I może kiedyś bym napisała, że trzeba przeczekać, odpuścić, ale teraz trochę mi się zmieniło podejście i raczej powiem - jak pada jedna koncepcja, to od razu wymyśl inną, pokombinuj, zmień, a może okaże się, że zmuszona okolicznościami stworzysz coś lepszego, bardziej oryginalnego. 

Ślubny zasugerował, że moja walka z materią wszelaką w zeszłym tygodniu wynikała z niewłaściwego doboru literatury towarzyszącej... czytałam "Zamek" Kafki, a raczej brnęłam przez Kafkę, niechętnie, pod górkę (jak to do zamku :) i z rozpaczą, że nadal końca nie widać. Skoro trzeba znaleźć winnego niepowodzeń, to niech będzie Franz - może nie da się tworzyć do Kafki :))))) To w tym tygodniu będzie Thomas Keneally i "Arka Schindlera", czyli książka na podstawie, której nakręcono "Listę Schindlera" i od razu uspokajam - już zaczęłam, właściwie jestem w połowie i oderwać się od tego nie mogę.

piątek, 7 października 2011

STAŃCZYK? RACZEJ BŁAZENADA!

Skończyłam wczoraj jeden rękaw Stańczyka. Na wszelki wypadek nie cięłam nitki na końcu (taki akt jasnowidzenia mnie dopadł). Wyrwałam Małemu spod tyłka papierową formę, przypięłam toto - idealnie. Przyfastrygowałam do korpusu i... wyszło zgodnie z założeniami. Długość jak należy. Nietypowość na poziomie nawet powyżej mojej średniej, ale... Niby miałam świadomość, że rękaw tak robiony będzie bardzo szeroki na dole. A im szerszy, tym mniej funkcjonalny. Ale fruwalność i frywolność gotowego rękawa skojarzyła mi się raczej z błazenadą niż Stańczykiem. A przecież nie zależy mi na sweterku wiszącym w szafie i robiącym wrażenie. Ja chcę ciuch do noszenia i wyglądania na mnie a nie na wieszaku.
Nie rzuciłam się do prucia od razu, bo przecież obiecałam, że pokażę efekt walki. A ja nie polityk, obietnic dotrzymuję. Więc rano wystroiłam denatkę, przy okazji spełniając prośbę Edi-bk, by pokazać korpusik :). Rękaw jest przypięty, spięty szpilkami, bez wykończenia i blokowania, więc trochę bezkształtny i zwinięty, ale i tak widać, że jest szeeeeeroko. Macie od razu widok z boku, z przodu i z tyłu.
 
 
Na drugim zdjęciu widać, że dokoła podkroju pachy drugiego rękawa są już nabrane oczka na rękaw alternatywny. Żeby zachować pewne nawiązania do strojów z epoki Stańczyka, zapadła decyzja, że będzie rękaw z pęknięciami.
Miejsca łączenia będą zszywane i ozdobione "czymś", a czym konkretnie to się okaże. Pewne jest tylko to, że "coś" będzie czerwone, żeby nie biło po oczach, a stanowiło jednak element ozdobny.
Od razu wyjaśniam, żeby mi się nikt nie rzucił do pocieszania, że brak funkcjonalności rękawa i konieczność prucia i wymyślania innego rozwiązania nie wprawiła mnie w nastój depresji, wściekłości, smutku, zniechęcenia, poczucia straconego czasu * (niepotrzebne skreślić). Mogę pruć nawet kilka razy, zaczynać i zmieniać koncepcję gdzieś w połowie, bo liczy się, żeby efekt końcowy zadowalał w stu procentach.
Tylko chyba nazwę projektu powinnam zmienić, ale przecież są już odpowiednie wzorce w kulturze, dlatego podążając śladem piosenkarza Prince'a sweterek od dziś nosi nazwę Projektu Poprzednio Znanego Jako Stańczyk, w skrócie ProPoZJaSt.

A teraz szybkie przejście na teren szycia. Zachęcona opinią Susanny, która potwierdziła moją chęć robienia wykroju w rozmiarze 84, zabrałam się wczoraj do roboty i przy wydatnej pomocy Małego przygotowałam papierowy wykrój. Czas pomiędzy rysowaniem a wycinaniem został przez Małego wykorzystany do sprawdzenia, czy da się tak szeleścić papierem, żeby zagłuszyć pralkę w trakcie wirowania.
 
Przy czym jak tylko wyrażałam jakiekolwiek zainteresowanie jego rozrabianiem, to Mały uciekał, chował się pod półeczkę i udawał, że on nigdy żadnego papieru nawet zadnią łapą nie tykał.
I jeszcze jedno zdjęcie na koniec - chyba ostatnia tęcza tego roku.
 
O, i jeszcze jedno - kto się zdziwił wczorajszym nagrodzeniem szwedzkiego poety Noblem w dziedzinie literatury? Ja miałam cichą nadzieję, że może jednak Murakami, którego wielu uważało za pewniaka, a może Pielewin - jedne z moich ulubionych zakręconych pisarzy rosyjskich?

poniedziałek, 26 września 2011

INSPIRACJA DOPADA W SUKIENNICACH

Święta Wielkanocne spędzałam ze Ślubnym i Teściami Moimi Niepowtarzalnymi w Krakowie. Obowiązkowa wizyta w Sukiennicach zakończyła się nagłym atakiem inspiracji. Galopując między stoiskami (dla wyjaśnienia - nie przepadam za tłumami i nie lubię zakupów, a tym bardziej bezcelowego szwendania się, dlatego Teściowie pełzli, zaglądając do każdego sprzedawcy, ja chciałam galopem przelecieć na durch i wyleźć na zewnątrz, delektować się pogodą i architekturą, a biedny Ślubny lawirował pośrodku, usiłując zapobiec pogubieniu się rodziny), ale wracając - galopując między stoiskami, nagle stanęłam jak wryta. W masie wisiorków, świecidełek, kwiatków i innego badziewia wisiało Cudo, przez duże "CU". Ślubny akurat dotarł do mojego miejsca nagłego postoju i został napadnięty w celu wyszarpania z jego torby długopisu i kartki. Szaleństwo w moich oczach kazało mu nie pytać: "a po co?" Inteligentnie podążył za to wzrokiem za moimi gałami i już wcale nie musiał pytać. Zamiast tego dał mi długopis i jakieś stare papierzysko, ale wyjął też aparat i uwiecznił Cudo.
W mojej wersji zamierzam zrezygnować z obwieszania swetra masą korali i świecidełek, ale mam wątpliwości, czy rezygnować z tego uroczego kwiatuszka omotanego na szyi...
Pierwsza uwaga - jeśli kiedykolwiek autorka tego Cuda lub właścicielka stoiska (o ile to nie jedna i ta sama osoba) tutaj zajrzy, to niech przyjmie szczere przeprosiny w imieniu Ślubnego, który dokonał potajemnego uwiecznienia bez pytania i moje jeszcze szczersze podziękowania za inspirację. Druga uwaga - ta głowa na zdjęciu nie moja ani nie rodzinna, ale nie mogłam jej wyciąć ze zdjęcia, bo nikt nie zobaczyłby rękawów w całej ich oszalałej okazałości.
Sweterek z marszu został ochrzczony Stańczykiem i chodził za mną i po mnie od Wielkanocy. Jedno było pewne - kolor musi być rzucający się w oczy i na głowę. W pierwszym odruchu chciałam zrobić Stańczyka z tropikalnego oranżu, ale byłoby go stanowczo za mało (i ostatecznie powstało z niego TO). Jednak Rodzicielka Moja dostarczyła w tej samej przesyłce tętniczo krwistą czerwień (przepraszam za drastyczne porównania, ale właśnie obejrzałam pierwszy odcinek nowego sezonu "Chirurgów"). I tak Stańczyk zaczął powstawać w piątek. Dziś mam go po pachy (jakby to nie brzmiało).
Oryginalnie dół swetra i rękawów nie był wykańczany nijak, po prostu prawe oczka. Ale ja nie lubię jak mi się zwija, więc u mnie będzie na każdym brzegu będzie około 6 cm ryżu.
Chciałam zrobić zbliżenie, ale coś mi wlazło w kadr.
Ale jak Mały mógłby się powstrzymać przed sprawdzeniem, czy te nitki nie są przypadkiem zabawowe? Kocio dało się przekonać, że należy zleźć z najnowszej robótki i oto zbliżenie (z obowiązkowym kółeczkiem od biustonosza w roli znacznika).
I teraz dla tych, co sami nie wpadli, jak zrobić te błazeńskie rękawy. Poniżej rysunek poglądowy, a pod rysunkiem będą wyliczenia matematyczne z użyciem twierdzenia Pitagorasa, żeby zarysować pojawiający się problem długości rękawów.
Otóż rękaw ma kształt kwadratu. Górny bok jest wzdłuż ramienia. Lewy bok daje nam wewnętrzny szew. Prawy i dolny bok są otwarte i dają nam dziurę na dłoń. A róg między nimi stanowi te obłąkane wydłużenia widoczne na pierwszym zdjęciu. I teraz! Jeśli chcę zrobić długie rękawy (czyli górny i lewy szew długości jak w normalnym rękawie), to te najniższe rogi będę miała gdzieś w okolicach kolan. A żeby wyjąć dłoń z czeluści rękawa potrzebna mi będzie dodatkowa para rąk. A w przypadku chlapy na ulicach - spinacze, żeby sobie te rogi do uszu przypiąć i nie pobrudzić w kałużach. Wniosek - rękaw musi być jakby trzy czwarte (na zamkniętych bokach), wtedy zwisające rogi będą mniej więcej do połowy dłoni. Poniżej drugi rysunek poglądowy rękawa długiego (i za długiego) oraz 3/4 z cyferkami policzonymi przez podnoszenie do potęgi i pierwiastkowanie według dziadka Pitagorasa.
Jak widać drugi wariant daje maksymalną długość około 68 cm, co nie wymaga noszenia spinaczy w komplecie.
Sweter jak do tej pory powstawał w towarzystwie "Lotu nad kukułczym gniazdem" Keseya, ale do projektu z tak obłędnymi rękawami lektura wydaje się jak najbardziej odpowiednia.