Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melanż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melanż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 marca 2014

GRANATEM W TĘCZĘ

Mały wiosenny sweterek mi wyszedł. Kolorystycznie... nadal mam skojarzenia, jakbym trafiła granatem w pastelową tęczę.

Nie będę twierdzić, że ten niebieski pasek dokładnie na poziomie talii to działanie zamierzone. Nie. Samo wyszło, ale efekt wyszczuplający idealny przy tym pastelowym melanżu powyżej i poniżej.
Natomiast do walki o to, żeby rękawy były choćby zbliżone do siebie kolorystycznie, przyznaję się z dumą. Włóczka jest farbowana mniej więcej równymi pasmami. Mniej więcej... Ale daje się to opanować na tyle, żeby uzyskać dwa rękawy o zbliżonym układzie pasków.

Dekolt jak na mnie bardzo umiarkowany. Za to po raz kolejny puchnę z dumy z powodu jakości połączenia między częścią drucianą a szydełkową, szczególnie na zakrętach. Obiecuję, że za jakiś czas pojawi się instrukcja filmowa, jak to zrobić, żeby mucha nie siadała.

I przy dekolcie pojawiła się wielka "zagwozdka wykończeniowa" - jakim kolorem robić plisy przy dekolcie, rękawach i na dole? Różowy? Błeeee... Fioletowy? Żółty? Błeeee... Ślubny w ramach podsuwania pomysłów najprostszych i najlepszych zasugerował biel lub czerń... błeee. Wyszło mi, że kłębek cienkiego błękitnego akryl po prostu leżał i czekał na taką okazję. Pasuje jak "od kompletu".

Poeksperymentowałam natomiast z wrabianiem rękawa. Robiłam od góry, z główką (ogólna zasada identyczna jak przy Tubie Razem Robionej). Jednak dodałam jedno okrążenie techniczne - zanim zaczęłam kształtować główkę, nabrałam oczka dokoła całego podkroju pachy innym kawałkiem nitki. Później zrobiłam główkę, przerabiając oczka i dodając je na oczkach tego rzędu technicznego. A kiedy cała główka i kawałek rękawa były gotowe, to nitkę tego rzędu technicznego po lewej stronie ściągnęłam "na gładko". Tym sposobem oczka nią robione "zniknęły" po prawej stronie, po lewej pojawiło się coś na kształt szwu, a rękaw jest idealnie połączony z podkrojem pachy.
Osoby "drucianie biegłe" zapewne są w stanie wyobrazić sobie te magiczne działania "na sucho". Ale sposób łączenia jest tak genialny, że na pewno pojawi się za jakiś czas film pokazujący, jak to zrobić, wraz ze wskazówkami, gdzie takie cudowne łączenie można wykorzystać.

***
A teraz zaczyna się wielka kampania koncepcyjna - sweter Ślubnego! 

Dialogi małżeńskie są w jej trakcie co najmniej surrealistyczne.

Ja: To robimy dół ciemny, gładki. Potem ozdobny pas. A góra jasna z jakąś fakturą.
Ślubny: Tak jest! Dół ciemny tym wzorem, góra jasna...
Ja: Jakim wzorem dół? Przecież ustaliliśmy, że gładki...
Ślubny: Nie! Z wzorem ustaliliśmy!
Ja: Kiedy?
Ślubny: .... wtedy...???

Ja: Ale tej ciemnej włóczki to może zabraknąć.
Ślubny: To zacznij od robienia tyłu. A zanim zaczniesz robić przód, to się to matematycznie policzy, czy wystarczy. Bo tył to przecież prostokąt połączony z trapezem. To policzysz pole prostokąta i trapezu. W jakim to jest stosunku do siebie. Się zważy ten tył. Proporcję ułoży i będzie wiadomo!
Ja: ... aha... 

Ślubny: To może w ramach ozdobnego pasa żakardzik mi machniesz tyłem do przodu!
Ja... aha...

Ślubny: I jako dodatek takie przelotki ze skóry.
Ja: Skóra pod wpływem wody robi dziwne rzeczy. 
Ślubny: To z zamszu.
Ja: Zamsz też skóra.
Ślubny: ... aha...

Ale późnym wieczorem przynajmniej tyle było wiadomo, że tył jasny gładki (oczywiście składający się z prostokąta i trapezu :)))))))), co do reszty nadal nie mam pojęcia. Wyjdzie w praniu... Tfu! W robieniu.

czwartek, 30 stycznia 2014

BLUZECZKA O POTĘŻNEJ MOCY URZĘDOWEJ

***
Zaczniemy jednak od tego, że w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne jest wpis o włoskim zamykaniu oczek - klikamy sobie tutaj i wzbogacamy wiedzę o bardzo nietypowy sposób kończenia robótki.
Sposób wykorzystywany najczęściej do zamykania oczek pojedynczego ściągacza. Pracochłonny i w pierwszym odruchu mogący wywołać panikę - bo nie dość, że zamykamy igłą, to jeszcze machamy nią na wszystkie strony, ale za to efekt końcowy jest świetny! Mamy bardzo estetyczny brzeg, "jak ze sklepu" :))) i na dodatek rozciągliwy w zasadzie tak samo jak robótka. Nadaje się toto idealnie na przykład do kończenia skarpetek robionych od palców.
Dlatego bez paniki oglądamy, testujemy na próbce, wzdychamy radośnie, że wychodzi i wykorzystujemy w przyszłości.

***
To do rzeczy!

Rzadko, nawet bardzo rzadko, ale bywają takie "udziergi", które się u mnie muszą odleżeć. Najlepiej schowane w pudle, przywalone stertą książek lub gazet i nie wołające o pomstę do nieba, że się nimi nikt nie zajmuje. I to się nazywa, że robótka nabiera mocy urzędowej.

Tak było i z tą melanżową bluzeczką:

Nie miałam koncepcji na rękawy, do których tworzyłam otwory w sposób krew w żyłach mrożący - tnąc dzianinę ostrymi nożyczkami bez znieczulenia.
Najpierw była koncepcja, że rękawy będą szydełkowe. Ale wydawało mi się, że staną się zbyt ozdobne i "się pogryzą" z szydełkowym paskiem w talii. 

Później przetestowałam wersję godną Orlanda Szalonego - doszyjemy rękawy z materiału. Koncepcja podobała mi się bardzo, ale żaden posiadany materiał nie pasował, a na kupowanie nowych mam embargo (nałożone samodzielnie na siebie, bo każdy kolejny kawałek materiału musiałby zostać zakupiony razem z nową wielką szafą w komplecie - nie mieszczę się!!!).

I w końcu kilka dni temu mnie zgniewało, że taka oryginalna odzież leży i czeka na zmiłowanie, bo ja się zdecydować nie mogę. Rękawy będą tradycyjne i kropka! - na drutach, prawymi, z tej samej nitki, co szydełkowa wstawka. Na dole mankiet szydełkiem.

Nabieranie oczek na rozciętej i zabezpieczonej dzianinie, jak widać, nie jest żadnym problemem. Wychodzi idealnie.
Dziergam zatem dzielnie rękawy, wzdychając w regularnych odstępach - "jakie ja mam długie ręce"...

***
W tak zwanym "międzyczasie" przygotowała się próbka do "double knitting", czyli dwustronnego żakardu.

Będziemy zgłębiać technikę dwustronnego żakardowania jako deser do Razem-Wrabiania się. Deser serwowany już w najbliższą niedzielę.


***
A poza tym wyjęłam dwa motki. Położyłam "na widoku" i patrzę na nie intensywnie, czekając aż mnie olśni, jak z nich stworzyć sweterek...


niedziela, 26 lutego 2012

UTALENTOWANY PAN RIPLEJ

To już.
Proszę szanownej widowni, oto Pan Riplej w bliskim kontakcie z Denatką.

Skończony wczoraj, a w zasadzie dziś (po była 1:00 w nocy). Do szybkiego przyrostu robótki przyczynił się fakt, że jestem sierotka boża i przegapiłam zupełnie fakt, że zaczęto emitować Project Runway All Stars. Ocknięcie się wczoraj rano zaowocowało ośmioma odcinkami do nadrobienia. A przy okazji nadrabiania był też czas na robienie.

O przyjemności robienia już pisałam, nie będę popełniać autoplagiatu. W tej chwili poprzednia Ruda chusta i tęczowy Pan Riplej są dokładnie tego samego rozmiaru.

Ale Pan Riplej nie został poddany torturom podtopienia i wyciągania kołem... to znaczy drutem do blokowania. Wprawdzie nie mam zamiaru wyciągać tej chusty jakoś bardzo, ale zawsze troszkę się rozrośnie po praniu i suszeniu.

I jeszcze, dla samej przyjemności patrzenia na ten tęczowo-psychodeliczny oczopląs, zbliżenie na białe bąble.

W tej samej przesyłce co tęczowa "trudna do opisania włóczka" były też cztery motki włóczki tego samego producenta: trzy zielono-białe i jeden brązowo-biały motek Divy. Wcześniej robiłam z tej samej włóczki sweterek, który można nazwać... Wisi Mi, Jak Się Układa. Czyli długi sweter przez głowę, długie rękawy, wszystko proste i nie przy ciele. Taki ciuch, co to można się w nim przespać i niewiele to zmieni w jego wyglądzie. Włóczka jest skrzypiąca przy robieniu i w dotyku jakby lekko watowata, ale miękka i nie drapiąca. Ma jednak trzy poważne zalety: jest bardzo ciepła, niewiarygodnie lekka i po praniu w pralce sweter wyjmuje się prawie suchy i po pół godzinie można go wciągnąć na siebie i wyjść. Taka kombinacja doskonale sprawdza się przy wyjazdach.
Ten poprzedni sweterek był rudo-pomarańczowo-biały (zdjęcia będą przy okazji) i zostało z niego trochę włóczki, z której była zrobiona niewielka chusta. Obecnie chusta została spruta i w połączeniu z nowo przysłanymi motkami zostanie przerobiona na drugi sweter Ponownie Wisi Mi, Jak Się Układa. Tym razem w paski (coś w paski chodziło za mną od dobrego roku, no to akurat dobrze się składa, będą kolorowe przekładańce).

Na razie jednak wróciłam do robienia Białej Niespodzianki i jak się wiele osób słusznie domyśliło o będzie szal, ale nie jakiś tam szal, tylko biała wersja Serduszkowego Czarnego Negatywu, czyli Serduszkowy Pozytyw.

Ogłoszenie parafialne - materia okienna została wizualnie oswojona. Ona już się na mnie nie rzuca, a ja na nią nie warczę. Dlatego oddalę się teraz i zajmę się szyciem tych tkanin okiennych na gotowo. A Was zostawiam z Małym w wersji:
- Słoneczny Patrol

- Istota Myśląca:

- oraz Obiekt Patrzący Ku Górze:

Miłej niedzieli Wam życzę i żeby Wam ktoś obiad ugotował... bo na Rogu Renifera Ślubny dziś zakasał rękawy i zrobił roladki z kurczaka z szynką wędzoną i suszonymi pomidorami. Pełen wypas.

środa, 23 listopada 2011

PO MĘSKU WYDZIERGANE

Ślubny miewał zachcianki - rzadko owszem, ale jak już to z fantazją, przytupem i fajerwerkami. Żona grzecznie dziergała. A później zgrzytała uzębieniem z frustracji, bo wyroby leżakowały w szafie. I nie pomagały zapewnienia Ślubnego, że to fajne, że czasem nosi, że lubi. 
Aby zapobiec dantejskim scenom małżeńskim zawarliśmy Pakt o Niedzierganiu - Ślubnemu ciuchów nie tworzę, kupuje sobie sam (z ukontentowaniem, bo lubi grzebanie wśród wieszaków, czasem nawet przywlecze coś dla żony :) Za to ja gotowizny nie nabywam prawie wcale, w zamian wydaję na włóczki, materiały i inne przygwizdy. Tym sposobem obie strony szczęśliwe, niesfrustrowane i bez ofukanych pretensji.

Pakt o Niedzierganiu powoduje, że stosik tworów własnych przynależnych Ślubnemu jest niziutki.

Szaliczki są dwa. W obu przypadkach włóczka wybrana i zakupiona przez Ślubnego. Leżą sobie grzecznie, bo Ślubny zakłada je tylko przy mrozie poniżej -25, o co w Poznaniu trudno. Możliwe, że powinnam dokonać przeniesienia prawa własności :)
Pierwszy to melanż ze sporą zawartością wełny, więc troszkę podgryza, ale za to jest bardzo ciepły.
Drugi to trzy kolory akrylu i zapotrzebowanie Ślubnego, żeby paseczki były podłużne.

Moda na kamizelki w romby łupnęła Ślubnego trzy sezony temu. (Od razu wyjaśniam, że sweterki wywlokłam prosto z garderoby i widać zagięcia po złożeniu, ale zapomniałam wyjąć je wczoraj, żeby się odwisiały.)
Tył oczywiście cały czarny. I uprzedzam, że od tych trzech lat chodzi za mną stworzenie damskiej wersji tych rombów, w radosnej kolorystyce, z dekoltem do pępka i z wcięciami gdzie trzeba.

Pierwszy, ale to absolutnie pierwszy sweter robiony dla Ślubnego miał być sportowy i z kapturem, i wiązany. I tu przyznaję uczciwie był taki okres, że Ślubny z tego wyrobu nie wyłaził, nosił non stop z przerwami na pranie (dobrze, że szybko schło).
Zrobiony z niezniszczalnego akrylu. Prany w pralce i wirowany i nijak nie chce się poddać unicestwieniu.
Iiiii, to był mój pierwszy robiony kaptur... bez wykroju... na oko. 

Sweterek folkowy - coś pośredniego między stylem safari (kolorystyka), a pierwszym odzieniem piastowskim (wygląd całościowy).
Robiony z wełny z domieszką akrylu i wykończony szydełkowymi taśmami z merceryzowanej bawełny (Kupiłam jej wtedy z zapasem, który to zapas mam do tej pory i pojawiał się w wielu moich bluzeczkach z okresu beżowego.)
Góra jest bez żadnego zapięcia czy wiązania.
Wszystkie bawełniane taśmy doszywane na wierzch dzianiny robionej na drutach.
I ten sweter chyba sobie "pożyczę na wieczne nieoddanie". Będę miała piastowsko-grungowe swetrzysko do jeansów.

I czas na finał. Jak się kończy nieopatrzne pokazanie Ślubnemu sweterka z ówcześnie obowiązującej kolekcji Calvina Kleina? Marudzeniem: zrób mi taki.
Miał być ciemny melanż i faktura żeberek na całości.
I jeszcze zbliżenie wzoru w żeberka.
Sweter jest wrednie motywujący do trzymania idealnej sylwetki, bo jakikolwiek brzuszek zostaje od razu uwydatniony :) I w końcu się wyjaśniło, z resztek z jakiego projektu robiłam znacznie później swój sweterek bez polotu.

I nie, nie zarzekam się, że już nigdy przenigdy nie będę robiła nic dla Ślubnego. Z chęcią na przykład bym coś męskiego uszyła, ale znalezienie wykroju na coś fajnego dla faceta graniczy z cudem. Ślubny skomentował ostatni numer Burdy z zamierzoną złośliwością - wykrój na ubranko dla psa jest, a mody męskiej żadnej. I poprał pomysł jakiegoś mężczyzny, którego korespondencję z Burdą opublikowano, a który to uskarżał się na to samo - dziewczynę ma szyjącą i w imieniu obojga grzecznie prosi o niepomijanie propozycji dla facetów.

sobota, 5 listopada 2011

SOBOTNIA BAJADERKA

Dzisiaj będzie notka-bajaderka, stworzona z okruchów, zapomnianych kawałków i niewykorzystanych resztek, ale za to doskonale doprawiona znaczną ilością kociego czaru i uroku :)

***
Na początek haft długodystansowy, o którym wspominałam już kilka razy, ale pokazać nie raczyłam. Biała bawełniana nitka różnych grubości plus białe bawełniane płócienko... Ma tego być metr... Haftuję  z doskoku i obstawiam, że skończę za jakieś dwa lata, o ile nie dostanę wielkiego przyspieszenia. Ale co tam! Nie spieszy mi się. Zaczynałam z zamiarem zrobienia z tego bardzo ozdobnej i szerokiej wstawki na wysokości talii w sukience. I pewnie tak zostanie.

***
Teraz odnosząc się poniekąd do napomnień Brahdelt, która na widok moich otulaczy jesiennych zatroszczyła się, że to za cienkie i powinnam zrobić coś cieplejszego z myślą o zimie. Po pierwsze naprawiłam mój błąd, tworząc Nieznośną Lekkość
Jednak ważniejsza jest chusta, chuścisko zrobione poprzedniej zimy z włóczki darowanej przez Moją Rodzoną Mamusię. Która to mamusia z szaleństwem w oczach poszukuje obecnie takiej samej włóczki na chustę dla siebie. Powód? Wyszło coś tak miłego, idealnego do owijactwa, miziania się po policzkach i kokonienia zimowego, że aż trudno to opisać.
Kolory jak widać jesienne, z lekka przyprószone śniegiem :) Ze względu na ozdobność włóczki robiłam samymi prawymi i do ostatniego centymetra włóczki - bardzo wydajnej jak się okazało.
Oczywiście w tym domu nie można niczego położyć na podłodze, żeby się Mały nie zainteresował.

***
Przy okazji ostatniej wizyty u Rodzonej Mamusi zostałam obdarowana kolejną partią włóczki, żeby "się dziecko nie nudziło". 
Będzie można poszydełkować. Kolor jest obłędnie rudy. Skrystalizowanego pomysłu brak.

I podziergać. To jest dokładnie taka sama włóczka jak ta, z której robiony był Tropikalny Oranż z obłędnymi rękawami. Tym razem w modnym w tym sezonie fiolecie. Skrystalizowanego pomysłu brak, chociaż...

***
Poza tym łazi za mną bluzeczka wieczorowa - czarna matowa bawełna plus czarna połyskliwa bawełna ze srebrną nitką, a do tego w ramach dodatków srebrna ozdobna taśma (jako ramiączka?) i srebrna nitka... karnawał mi w głowie?

***
A na koniec duża dawka Małego, bo w ciągu ostatniego tygodnia był na zmianę: makabrycznie aktywny i przecudownie słodki i przytulny.

Mały to nie jest kot kolanowy. Sam na kolana nie wskoczy w ogóle, a przymuszony zazwyczaj ewakuuje się natychmiastowo, prezentując święte oburzenie. Ale czasami, w ramach wielkiego ataku miłości potrafi się na kolanach ułożyć i zasnąć.
Oczywiście czołowy model, nawet śpiący, wie, że trzeba spojrzeć w obiektyw, choćby na sekundę.

Nieopatrznie zostawiona mata do ćwiczeń staje się najlepszym miejscem do zabawy.
I nie jest ważne, że jest prawie północ i nikt już nie ma siły na machanie mu sznureczkiem.

I na deser jeszcze Mały pałętający się wszędzie, kompletnie bez przydziału.

***
Dla zainteresowanych Wrzosowiskiem. Dół robi się błyskawicznie. Zostało mi 150 gram włóczki, co oznacza, że powinnam skończyć w weekend i zacznie się majstrowanie przy wykończeniu dołu i góry. Ale po przeczytaniu komentarzy do poprzedniego wpisu, szczególnie Pracowni Weekendowej, mam mętlik w głowie, czy góry nie zrobić jaśniejszej i lżejszej (przezroczystości w kolorze pudrowego różu)? Muszę sobie poprzykładać, popatrzeć, pokontemplować, a jak utknę w martwym punkcie decyzyjnym, to będę prosić o pomoc :)

poniedziałek, 19 września 2011

AAAABY ZROBIĆ SPÓDNICĘ

Z ulga stwierdzam, że włóczka zwana pieszczotliwie "Darem Teściowej" w trzecim podejściu uzyskała swój docelowy stan spódnicowy (dla tych, co nie wiedzą, o co chodzi z trzecim podejściem, odsyłam do wpisu Raport z Frontu). 
Co najlepsze, wbrew moim obawom, że zrobię sobie pasek a nie spódnicę, okazało się, że wyszła kiecka normalnej dla mnie długości około 55 centymetrów, czyli do połowy kolana. Z tego też powodu nie kombinowałam z dodawaniem koronkowych falbanek wyłażących spod spodu, bo ja uwielbiam bizancjum, ale... ten melanż jest zbyt obłędny na zbędne dodatki. Ale i tak mi się podoba. Bardzo kobieco się opina tam, gdzie ma się opinać i frywolnie macha falbankami na dole. (Jeszcze raz potwierdzam, że modelowanie góry tak, jakby się pracowało z tkaniną, czyli myślenie w kategoriach zakładek, a nie równomierne dodawanie oczek, żeby poszerzyć spódnicę w biodrach dało genialne efekty. Dodatkowo, na dole tuż nad kolanem jest zwężenie o jakieś dwa centymetry, które powoduje, że dół bardziej przypomina doskonale dopasowaną spódnicę ołówkową, a nie coś pomiędzy krojem prostym a spódnicą o kształcie trapezu.)
Ale żeby nie było nudno, dół jest wykończony trzema rzędami poziomych łańcuszków i mini falbaneczką, którą dla usztywnienia obleciałam szydełkiem.
Zanim pokażę całość, to wyjaśnię, że... obiecałam Wam dzisiaj zdjęcia na szybko, czytaj na leżąco. Rano okazało się, że pogoda za oknem nie tylko nie sprzyja robieniu fotek, ale wymaga włączenia oświetlenia, żeby z łóżka do łazienki trafić. Ale skoro zdjęcia obiecałam, to... organoleptycznie przetestowałam, że najlepsze sztuczne światło jest w łazience... i łupnęłam spódnicę na podłogę. Gdzie jak gdzie, ale sesji w łazience jeszcze "śmy nie przerabiali".
W całości, "na plaskacza" i przed praniem spódnica wygląda tak.
Zdjęcia na denatce, jak kiecka wyschnie, będzie dostępny nadworny fotograf i za oknem będzie choć trochę słoneczniej.
Ale żeby nie było tak deszczowo i ponuro, to pokażę znudzonego Małego na wczasach pod palmą.


Jak widać Mały zawija się dokoła doniczki... tylko jakby odwrotnie, ale ostatecznie to nie jest normalny kot.
I jeszcze raport z frontu robót, czerwona dzianinowa spódniczka z haftowanymi karczkami (co mnie na te spódnice wzięło, mam wrażenie, że nic innego ostatnio u mnie nie powstaje) drgnęła nieznacznie - są ułożone zakładki, wszyte karczki i zszyty prawy bok. Na jutro zostaje lewy bok i wszycie zamka, przyszycie obłożenia góry, wykończenia ręczne góry, a później będzie haftowanie i podkładanie dołu.

wtorek, 9 sierpnia 2011

PROJEKT LOTNY

Prawda jest taka, że zaczynając ten sweterek, nie miałam zielonego, a w sumie to szarego pojęcia, jaki będzie efekt końcowy. Powstawał w 100% "w locie". Natomiast roboczo nazwałam go sobie projekt bez polotu.
Włóczka to pozostałości po swetrze robionym dla Ślubnego, zakupiona w dużych ilościach skarpetkowa wełenka z Lidla. Robione na drutach 3,25, żeby miało odpowiednią miękkość. 
Dół i rękawy wykończone szydełkiem, żeby lepiej trzymało i przede wszystkim, żeby się nie zwijało.

Góra sznurowana, ale jak widać dekolcik i tak pozostał słusznych rozmiarów. Natomiast rękawy mają w tej chwili jedynie ozdobne sznureczki. Jednak jest też możliwość zasznurowania ich do wysokości około 15 centymetrów i uzyskania ładnego zwężenia. Ja jednak wolę szersze rękawki i zostanie jedynie wiązanie ozdobne, niezbyt wpływające na szerokość.
Robiło się toto wyjątkowo przyjemnie. Końcówka powstawała przy audiobooku Grahama Greena "The Quiet American", czyli wychodzi na to, że to kolejny "wojenny projekt".