Może ktoś ma ochotę na Archanioła?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otulacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą otulacz. Pokaż wszystkie posty
środa, 31 sierpnia 2016
wtorek, 1 lipca 2014
SHADES OF THE SKY
Na stronie jest już dostępny do ściągnięcia wzór otulacza Shades of the Sky. Zapraszam.
piątek, 14 lutego 2014
NORMALNY CZŁOWIEK...
Normalny człowiek, który pała chęcią posiadania wiosennego, błękitnego otulacza w jodełkę, bierze druty, dzierga jodełkę (klnąc w żywe kamienie, bo to "ślimaczy" wzorek), zszywa, łączy, pierze i nosi.
Taaak, normalny człowiek tak robi. Człowiek "normalny inaczej" zaczyna bardzo podobnie - dzierga jodełkę z bawełnianej nitki.

A potem zaczyna się kombinowanie i kiedy próbuje się własne wizje opisać na blogu, to w komentarzach piszecie, że "ciężko to sobie wyobrazić" : ))))) To może ja pokażę etapami.
Po jodełce odczuwa się nagłą potrzebę haftowania... kółek... na polarze :))) Żeby było ciekawiej cieniowaną muliną.

Jodełkę i haft człowiek "normalny inaczej" zszywa ręcznie i natychmiast stwierdza, że jakoś te brzegi trzeba wykończyć. Lamówka własnej produkcji z bawełny w paski nada się idealnie.

Ale spód też wymaga dopieszczenia. Podszewka? Naprawdę? Wariactwo! Ale robimy, z czegoś cienkiego, sztucznego, z dziwną fakturą, co pasuje kolorem i jest miłe w dotyku.
Tu następuje chwila zastanowienia. Mam w planach szycie trzech warstw materii bardzo zróżnicowanej: na górze bardzo luźno tkana bawełna o dziwnym splocie, pod spodem sztuczność cienka i lekko elastyczna, a między nimi robiona na drutach jodełka o gęstości żadnej... Kiedy ja ostatnio pisałam, że kocham swoją maszynę do szycia???!!! Brzydal to wszystko zszył bez jednego jęku i bez jednego przepuszczonego szwu.

I tym sposobem produkcja zwykłego otulacza w jodełkę zostaje zakończona. Efekt końcowy wygląda tak:

Oczywiście docelowo otulacz powinien być noszony zamotany i wtedy widać wszystkie odcienie niebieskości powciskane w jeden prawie półtorametrowy otulacz.

Całość wzięta w łapę jest cudownie lejąca się i ciężka. Układa się w wersji "zwisającej" i miło się mota dokoła szyi.
I zdążyłam przed wiosną, tą kalendarzową przynajmniej! Druga pozytywna wiadomość to ta, że to był ostatni rozgrzebany projekt, czekający od miesięcy na zmiłowanie i wykończenie.

Małego macie na Walentynkowy deser. Śpiącego. Oburzonego lekko, że mu głupi ludź przeszkadza odsypiać bardzo intensywny program rozrywkowy, jaki zafundował sobie i ludziom nad ranem... kochany kotek. Zdrowy, skoro rozrabia :)))

niedziela, 19 stycznia 2014
DAJ SIĘ RAZEM-WROBIĆ - część druga - OTULACZ
Po Wprawkach do Razem-Wrabiania czujemy się przygotowani do stworzenia fragmentu odzieży użytkowej, czyli Otulacza.

Przypominam, że tym razem możemy sięgnąć po nieco cieńszą włóczkę, ale nie przesadzajmy - nadal radzę dzierganie z dość mięsistej i grubej nitki, żeby nabierać wprawy i przyzwyczajać się do "żakardowania".
Spis wszystkich niezbędnych narzędzi i materiałów można oczywiście znaleźć w Prologu do Razem-Wrabiania.
Otulacz tak naprawdę projektujecie sami! Można wykorzystać wzory z części pierwszej - na wszelki wypadek jeszcze raz linki do nich:
A jeśli jeszcze Wam mało, to zaglądamy do BabyAgi i u niej znajdziecie gwiazdki, różyczki i nie tylko - klikamy tutaj.
Druty w dłoń i do dzieła!
1. Nabieramy oczka, robimy rządek i zamykamy robótkę w okrąg.
Zanim nabierzemy oczka ustalamy, ile jest nam ich potrzebnych. Obwód komina to od około 60 cm (dość ścisły otulacz dla dorosłej osoby) do... tutaj nie ma ograniczeń. Ja zazwyczaj robię otulacze o obwodzie około 70 cm.
Robimy próbkę (lub wykorzystujemy wprawkę, jeśli była robiona z tej samej włóczki, z której powstanie otulacz) i przeliczmy, ile oczek jest nam potrzebne na dany obwód. I tą liczbę konfrontujemy z wymaganiami wzoru żakardowego, który wybraliśmy do dziergania. Ostateczna liczba oczek musi być wielokrotnością raportu wzoru.
Oczka nabieramy takim sposobem, jaki jest dla nas najwygodniejszy. O dość elastycznym sposobie nabierania było przy okazji Wprawek - zaglądamy tutaj.
!!!Uwaga!!! - zanim zamkniemy robótkę, sprawdzamy, czy oczka na drutach nie są przekręcone, czyli czy są równiutko, a nie skręcone jak spirala.
O próbce, przeliczaniu oczek i zamykaniu robótki w okrąg - oglądamy wszystko tutaj.
Przy okazji kilka słów o robieniu oczek prawych w robótkach płaskich i w robótkach na okrągło - czyli kwestia oczek prawych "normalnych" i oczek prawych przekręconych - film tłumaczący wszystko oglądamy tutaj.
2. Kończymy pierwsze okrążenie, dbając o to, by zniwelować dziurę pomiędzy oczkami na samym dole robótki i robimy dalsze okrążenia. Przy okazji kilka słów dla tych, którzy chcieliby zrobić na początku otulacza paseczki. - Wszystko to oglądamy tutaj.
I dalej technika robienia paseczków w okrążeniach - czyli o zabezpieczaniu nitki i podpowiedź, co zrobić, z chwilowo bezużyteczną nitką w innym kolorze - film o tym tutaj.
3. Zaczynamy wrabiać żakardowy wzorek. A tutaj przede wszystkim kilka słów o tym, co zrobić, kiedy sekwencje oczek są dość długie, na przykład mamy na przemian do zrobienia 10 oczek białych i 10 czerwonych. W takich przypadkach nitka pozostawiana z tyłu roboty byłaby zbyt długa, więc co trzy, cztery oczka będziemy ją zaplątywać o nitkę, którą właśnie dziergamy - o wszystkim na filmie.
4. Drugie okrążenie żakardowego wzoru, czyli o czytaniu schematu przy robieniu w okrążeniach i o bardzo ważnym miejscu - połączeniu końcówki okrążenia z kolejnym okrążeniem. O wszystkim tym kilka słów tutaj.
Dbamy o to, żeby oczka po prawej stronie były równe, a po lewej stronie, żeby nitka pozostawiana z tyłu robótki nie była zbyt luźna lub zbyt ściągnięta. W moim gotowym otulaczu lewa strona wygląda ta:

5. Dziergacie Wasze otulacze do takiej wysokości, jaka jest potrzebna i przychodzi czas na zamknięcie oczek. Możecie zamknąć oczka w dowolny sposób, taki, który lubicie najbardziej. Ja wykorzystuję sposób, który powoduje, że na górze powstaje ładny, równy łańcuszek. By to uzyskać ostatnie okrążenie robótki przerabiam na grubszych drutach (dwa razy grubszych) i następnie szydełkiem przeciągam oczka przez siebie. Ten sam sposób wykorzystałam i w otulaczu, ale dodatkowo chciałam mieć łańcuszek zamykający dwukolorowy. Dlatego ostatnie okrążenie przerobiłam na grubych drutach na przemian - oczko czarne, oczko czerwone. - Film o tym, jak zrobić zamykający kolorowy łańcuszek oglądamy tutaj.
6. Łączymy zamykane oczka robótki i czas na zabezpieczenie i schowanie zwisających nitek po lewej stronie - film oglądamy tutaj.
7. Dla chętnych - robimy podszewkę, czyli zamykamy nitki po lewej stronie pod drugą warstwą dzianiny.
Nabieramy oczka na podszewkę - oglądamy tutaj.
Wysokość podszewki dostosowujemy do wysokości komina.
Górę podszewki z górą komina łączymy bez zamykania oczek podszewki, nadal mamy je na drucie. Wykorzystamy szydełko lub igłę. Film o łączeniu podszewki i otulacza oglądamy tutaj.

Mój gotowy otulacz został zrobiony w oparciu o wzór kwiatowy i wykorzystałam w nim trzy kolory. Gdyby ktoś chciał mieć identyczny wzorek, to cały wzór otulacza można wydrukować stąd.
Jak widać, projektując swoje otulacze, nie musicie się ograniczać do dwóch kolorów, możecie ich użyć znacznie więcej, ale starajcie się, żeby w danym okrążeniu były używane tylko dwa ze wszystkich kolorów, żeby nie ciągnąc z tyłu robótki wielu nitek jednocześnie.
Czekam niecierpliwie na Wasze otulacze, które oczywiście trafią do Galerii. Na ich dzierganie macie najprawdopodobniej dwa tygodnie. Ponieważ w przyszły weekend zaczniemy Spódnicę Razem-Wrobioną, ale zajmiemy się jej technicznymi aspektami, a nie będziemy jeszcze łapać za druty.
A w nagrodę dla tych, którzy dotrwali do końca... Element Kudłaty, którego podobno dawno nie było :)))

wtorek, 14 stycznia 2014
SZALEŃSTWO MIERZONE W "MONTYPAJTONACH"
1. "Po pierwsze szalone primo"
Haftowanie działa na mnie jak: medytacja, mantrowanie, mruczenie Małego... Nie spieszę się zupełnie. Dziubię kawałeczek, oddalam się o metr, patrzę. Dochodzę do wniosku, że poziom precyzji mam na razie na poziomie Łysicy, a marzy mi się K2. Obiecuję sobie, że będzie lepiej i następnego dnia haftuję następny drobiażdżek.

Konsultacje kolorystyczne ze Ślubnym skończyły się jego stwierdzeniem: "Ale to przecież okładka jest!!!" Wprawdzie nie "jest", ale "może być", ale nie w tym rzecz. Ja się nastawiłam na jakąś spójność kolorystyczną na zasadzie - wzorek szalony, to kolory stonowane. A Ślubny, wychodząc z tego samego punktu - "wzorek szalony, to..." - jest przekonany, że kolorystyka powinna mu dorównywać szaleństwem. Cyrkowo ma być, karnawałowo i bez ograniczeń. Kolory mam dobierać - znowu cytat ze Ślubnego - "losując kolor z pudła z nitkami". Mogę, oczywiście, zwiększa to poziom szaleństwa o jakieś dwa "montypajtony"*.
* "Montypajton" - domowa, rogowo-reniferowa 10-stopniowa miara szaleństw wszelakich. Głupotę mierzyliśmy już w "niesiołach" i "kardaszjanach", ostatnio jednostka miary głupoty się zmieniła... bo pewna posłanka nam podpadła :))))
Stan na dziś - dwie plamy koloru i trochę czarnych krzywych:

2. "Po drugie szalone secundo"
Co najmniej dwa miesiące temu zaczęłam "jodłować" Projekt Bliżej Niezidentyfikowany. Widziałam z tego otulacz. Później wizja straciła spójność, odkręciła się i oczyma wyobraźni widziałam szalik. Ale ostatecznie wizja znowu stała się spójna i "w kółeczko" - otulacz, ale taki dłuższy. Żeby się omotać dokoła szyi dwa razy - raz "dusicielsko" i drugi raz "zwisająco".

Powyższe zdjęcie jest najlepszym przykładem, że fotografia jest kłamstwem w żywe, zdrowe i niekrótkowzroczne oczy! Wygląda jakbym miała jakieś metr czterdzieści jodełki gotowe... Chciałabym!!! Mam na razie... te czterdzieści, a metra i trochę mi brakuje :))))

Plan na wykończenie otulacza jest szalony - na jakieś cztery "montypajtony".
Wymyśliła mi się do tego - "podszewka" z cieniusieńkiej dzianiny w kolorze zbliżonym. Do tego lamówka na brzegach z nieco grubszej dzianiny w kolorze zbliżonym, ale ciemniejszym. I do tego... tak, bo to nie koniec szalonych pomysłów - panel haftowany wszyty między "jodłowane" brzegi, żeby był elementem ozdobnym gdzieś na boku części zwisającej.
Czy ja nie mogę tak po prostu zrobić zwykłego otulacza, nawet długiego, do zawijania się w niego oburącz, ale nie kombinować? Nie mogę!
3. "Po trzecie szalone tertio"
Policzyłam - w ciągu tego roku, który trwa zaledwie od 14 dób, osiem osób, pojedynczo i w tandemach wyraziło opinię, że powinnam napisać książkę... Może być o robótkach na drutach : ))))))) Jeden "tandem" zapowiedział nawet zorganizowanie akcji społeczno-naciskowej...
Czy Wy wiecie, że to by było jedno z największych szaleństw mego radosnego życia???!!! Na jakieś sto "montypajtonów" w skali dziesięciostopniowej!!!
Czy Wy wiecie, że Ślubny dzisiaj wrócił ze sklepu z wieeeeelkim pudłem ozdobnym i w odpowiedzi na moje wielkie oczy ze znakami zapytania zamiast źrenic, oświadczył: "Prezent Ci kupiłem. O pudło takie, proszzzzz cię bardzo. Będziesz miała na notatki do tej nowej książki, co to ją powinnaś napisać."
Taaaaaaaaak...
środa, 13 listopada 2013
OTULONA BAWEŁNĄ... BĘDĘ
Po tym, jak Ślubny pokazał, co dobrze wychowany mąż przywozi żonie z wypraw turystycznych, zadałyście prawie chóralnie pytanie: "A co z tego będzie???!!!"
Rozmyślam nad tym dość intensywnie, bo przecież szkoda takiego "cennego" materiału na "beleco". W ramach rozmyślania przede wszystkim uprałam wszystkie trzy płachty i ku memu wielkiemu, pozytywnemu zaskoczeniu farby nie puściła żadna. Pranie i wirowanie nie zaszkodziło także "fabrycznym" brzegom. Na dodatek po praniu zrobiło się toto bardzo miłe w dotyku.
Rozmyślam zatem, kombinuję, upinam całe metry na Denatce, z dziwnym naciskiem na płachtę w kolorze niebieskim:

I tutaj decyzja zapadła - będzie spódnica do ziemi. Materia upięta na Denatce "na szybko" po prostu mnie zachwyciła.

Nawet się zastanawiam, czy nie zabezpieczyć ręcznie oryginalnego brzegu, żeby mu się krzywda nie działa i nie zostawić tak, jak jest, z frędzelkami na dole.

***
Przy okazji - jeśli ktoś ma niedosyt marokańskich zdjęć z poprzedniego wpisu, ponieważ Ślubny skoncentrował się tylko na fotkach "kreatywnych i inspirujących", to mam dobrą wiadomość. Ślubny wybrał ponad 400 zdjęć z wyprawy do Maroka i zgrabnie poskładał je w prezentację. Jest czym oko (i ucho :)) nacieszyć.
***
Ale to nie koniec otulania się w bawełnę. Znowu "jodłuję", tym razem docelowo w nieco większym formacie niż piórnik - powstaje Jodełkowy Otulacz Wiosenny. Wiosenny, bo nie mam złudzeń, że skończę go przed wiosennymi roztopami.

Pomysł jest taki, żeby zrobić główną część "jodłującą", ale w miejscu łączenia wszyć materiałową, haftowaną wstawkę... Co mi z tego wyjdzie, zobaczymy, kiedy już "dodziubię" do końca to, co na drutach.
***
Bluzeczka z koronkową wstawką ma już gotowy korpusik. Wykończenia są nadal wstępne, bo o ich ostatecznym kształcie będę decydować, kiedy już będą rękawy.
Wersja bez prania i blokowania, więc nieco "siermiężna" w formie i gdzieniegdzie jeszcze nie do końca ułożona. I na dodatek ten melanż się przy jesiennej szarzyźnie za oknem fatalnie fotografuje. Ale formę widać. Nad pokazaniem prawdziwej kolorystyki popracuję, kiedy będzie już do pokazania całość.

Rękawy będą smoliście czarne, lekkie, ażurowe, ale nie bardzo ozdobne. Prawdopodobnie trzy czwarte lub długie. Szerokie? Wąskie? Z mankietem? Tego jeszcze nie wiem. Nie przyśniło mi się :)))
***
I na deser kocio. Kocio, które się obraziło na swojego pana niesamowicie za to, że ten śmiał wrócić do domu. Okazuje się, że Mały jest najszczęśliwszy, kiedy ma sofę dla siebie, łóżko dla siebie, panią dla siebie... Raj na ziemi dla kociego egoisty.

Ale skończyło się eldorado, Ślubny wrócił i Mały zaprezentował niezadowolenie z zaistniałej sytuacji, ignorując człowieka całkowicie. Ślubny woła, Mały głuchy. Ślubny chce pogłaskać, Mały się oddala... Dziś sytuacja już wróciła do normy, ale pierwsze trzy dni były komiczne.

czwartek, 25 kwietnia 2013
PASIASTY FIOLET GOTOWY
Obiecałam sobie, że nie tknę prezentowych włóczek nawet najkrótszym drutem, dopóki nie skończę tego, co mam rozgrzebane. No dobrze, dopóki nie skończę co najmniej dwóch z trzech rozgrzebanych rzeczy. Zmotywowana więc jestem potężnie i tempo machania drutami mam iście rekordowe.
Fioletowy Pasiasty Otulacz dziergany głównie w podróży jest!

Same prawe, dwanaście rzędów robionych pojedynczą nitką na bardzo grubych drutach (4.50) i dwanaście rzędów robionych podwójną nitką na bardzo cienkich drutach (2.75). Brzeg wykończony wzorem francuskim - oczka nabierane od nowa, na brzegu - a żeby nie było nudno, to ten brzeg robiony potrójną nitką :)))

Sam Otulacz zaczęty z potrzeby wykombinowania sobie jakiegoś mało ambitnego dziergadła do wykonania w warunkach autostradowo-samochodowych. Ale przy okazji udało mi się wyrobić do końca resztkę cienkiego fioletowego akrylu, na który nie miałam pomysłu.
Robiony jako dłuuuuugi i dość szeroki szal, połączony później w okrąg. Pewnie w wersji "zwisającej" nosić go nie będę - bardziej mi się podoba jako forma zamotana.

Przy okazji mało urokliwa fotka z blokowania Otulacza, ale widać na niej, że druty do blokowania używane są nie tylko do chust i szali. Przy otulaczach też się sprawdzają bez zastrzeżeń.

Teraz bardzo entuzjastycznie rzuciłam się do wykańczania Razem Robionego Sweterka - rękawy, nadal w okolicach łokci. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że szybciej będzie, jak sobie wmówię, że bardzo potrzebuję swetra z rękawami trzy czwarte, a najszybciej - z rękawami do łokci :))) Ale twarda będę - będą długie.
W ramach drażnienia i nęcenia samej siebie uważnie przeglądam wzory chust i szali. Kilka typów już mam, ale decyzje ostateczne na razie nie zapadły. Z zielonego zapewne jakieś liście... Z czerwonego marihuana, czyli Echo, ale może jako szal... Z tęczowego... nie mam pojęcia! A z moheru od Godlesi chyba Percy :))))) Uwielbiam planowanie, prawie tak samo jak robienie.
***
I jest aktualizacja puzzlowa - przecież obiecałam.
wtorek, 25 września 2012
OPONKI I BRZUSZKI
Będzie o oponkach i brzuszkach :)))) Kto pomyślał, że o tych w okolicach talii, ten się musi przenieść nieco wyżej... w okolice szyi.
Bo pozazdrościłam tym wszystkim, którzy razem-dziergają Otulacze i postanowiłam też takowy wydziergać. Z wielkim bólem, bo przecież wiadomo jak wielką miłośniczką pawich oczek jestem, zrezygnowałam z ażurów i postawiłam na prostsze wzory.
I tak oto powstały Oponki i Brzuszki:

Gdyby ktoś chciał sobie zrobić Oponki dla siebie, to przepis jest następujący:
Weź motek dowolnej włóczki z szafy z zapasami i druty z żyłką. Nabierz tyle oczek, by mieć obwód około 70 centymetrów i rób na zmianę - cztery okrążenia prawymi, cztery okrążenia lewymi, cztery prawymi, cztery lewymi. Gdy osiągniesz pożądaną wysokość, oczka zamknij. W miejscu, gdzie był początek okrążenia nabierz na samym dole 7 oczek włóczką w kontrastowym kolorze i zrób "taśmę" z bąblami. Bąble rób w każdym siódmym rzędzie, a samą taśmę zrób wzorem ryżowym (nabieramy nieparzystą liczbę oczek, np. 7 i robimy 1. rząd: oczko prawe, oczko lewe, prawe, lewe (a w co siódmym rzędzie bąbel!), prawe, lewe, prawe; 2. rząd i dalsze - tak samo jak pierwszy, co nam da taki efekt, że na prawej stronie robótki nad oczkiem prawym powstanie lewe i odwrotnie). Kochamy wzór ryżowy za to, że robiąc nim, robótka nawet tak wąska jak ta taśma, nam się nigdzie nie zawija. Taśmę rób tak długo, by po przyszyciu jej końca do początku trochę ściskała Oponkę. Zamknij oczka taśmy, przyszyj do miejsca, gdzie oczka na taśmę były nabierane. Załóż i noś z dumą.
Oponka ma takie fajne wybrzuszenia, dzięki robieniu na zmianę 4 okrążeń prawymi i 4 lewymi. Lewe oczka nam wyłażą na wierzch, a prawe wpadają do środka i mamy efekt trójwymiarowej faktury:

***
A ja idę szyć. Na tapecie są dwa duuuuuuuuuuuuże, kręte i skomplikowane projekty. Ten pierwszy męski. Ten drugi damski.
I do tego drugiego projektu, damskiego, czyli oczywiście dla mnie, potrzebowałam materiału na podszewkę. I zaparłam się zadnimi łapami, ze żadnych czystych poliestrów sobie nie wszyję. Nie i koniec. Poszłam zatem do pobliskiego second handu, przeryłam kopiec z prześcieradłami i znalazłam wielgachne prześcieradło w idealnym kolorze, dopasowanym do materii wierzchniej. Prześcieradło, które ma 60% bawełny i 40% poliestru - czyli w dotyku jest bardziej naturalne i tkanina "oddycha". Bez żalu dokonałam wymiany 10 złotych na metry prześcieradła, wróciłam do domu i rzuciłam zakup na podłogę, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma jakiś plam niespieralnych i skaz w materiale, które będę musiała omijać przy krojeniu. A co się dzieje, kiedy na podłodze pojawia się kłąb materii dowolnej? To się dzieje:

***
I zaglądajcie regularnie do Galerii Rzeczy Razem Robionych, bo nowe "zdjęcia chwalebne" pojawiają się w zasadzie co dzień :)))
I przy okazji Razem-robienia... pojawiły się prośby o to, by w ramach następnej wspólnej akcji zająć się, tak dla odmiany, Razem-szyciem. Nie ukrywam, że to będzie dla Was i dla mnie większe wyzwanie, ponieważ łatwiej rozliczyć oczka na sweterek niż dopasować wykrój bluzki.
Zadanie trudne, ale to nie znaczy, że niemożliwe. Propozycja jest taka - zrobimy wspólnie, od zera własny wykrój na prostą, ale bardzo efektowną spódnicę i na podstawie tego wykroju uszyjemy sobie powoli i krok po kroku, tłumacząc kolejne działania, kiecki, szalejąc kolorystycznie oraz z ozdobami i dodatkami. I tu pada pytanie, co Wy na to??? Dajcie znać, ile osób będzie zainteresowanych Razem-szyciem i czy mam się szykować na jesienne wspólne szaleństwa krawieckie :)))))
czwartek, 24 maja 2012
RÓŻOWA LANDRYNKA PODRÓŻNA
Słodko landrynkowe różowości zostały skończone, uprane i wysuszone w stanie leżącym. Niewątpliwie kolorek i przyjemność robienia poprawiła mi humor. Efekt końcowy też bardzo pozytywny i "uśmiech wywołujący".

Na wszelki wypadek, dla osób zainteresowanych technikami blokowania różnych dzianin zrobiłam zdjęcia poglądowe w stanie "drucianym, naciągniętym".

Jak widać w środku są dwa druty, żeby równo rozciągnąć boki otulacza. Na górze i na dole druty służą do naciągnięcia "zębiszcz".
***
Wczoraj na tapecie był haft prezentowo - niespodziankowy i tu odnotowałam częściowy sukces, bo jestem w połowie, a nawet ciut ciut po połowie. A przecież każdy wie, że drugi etap idzie szybciej, bo koniec widać :) Przy okazji haftowania dosłuchałam do końca "Sto lat samotności" Marqueza i niniejszym, oficjalnie składam podziękowania dziewczynom, które tak skutecznie mnie "zanęciły".
***
Za to dzisiaj posupłałam drugi rządek frywolitkowej serwety Renulka. Tu proszę sobie wyobrazić mnie w postaci rozanielonej i wsiąkniętej na amen. Strasznie, okropnie, potwornie mi się frywolenie podoba. Mam wrażenie, że to jest najpiękniejsza forma robótek ręcznych, jaka istnieje. I wiem, że jeszcze wiele godzin przede mną, zanim to, co wychodzi spod moich łapek, będzie doskonałe, ale nawet w tej chwili tworzenie form nie do końca doskonałych sprawia mi gigantyczną frajdę.

Obawiam się, że im dalej w las, tym częściej będę Was zamęczała tworami supłanymi.
***
A teraz z innej beczki, a raczej z innego pomieszczenia. Lecimy galopem do sypialni, łapiemy zakręcik, żeby mieć odpowiednią perspektywę i co widzimy? Widzimy nową narzutę łóżkową, wielkości małego żagla (grot może być albo bezan chociaż :). Oczywiście nie ma takiej możliwości, żeby nasz sztandarowy model nie załapał się na zdjęcie, więc macie dwa w jednym: nową narzutę i kocia.

A w temacie kocia jest jeszcze jedna wiadomość - nasze kocio jeszcze raz pokazało, że delikatuśne jest i marudne. Taras już mu nie straszny, ale jego wyjście zawsze wyglądało tak samo. Wylazło kocio, posnuło się bez celu, siadło na tyłku, pogapiło się w niebo, pomiaułaczało do jaskółek i oddalało się do domu. Wyszło mi, że Małemu na tarasie brakuje podstawowej rzeczy. Wyniosłam, położyłam i od razu Mały poczuł się lepiej:

Ręczniczek musi być, bo tylko na ręczniczku można się płożyć, pokładać, wyciągać i przysypiać na jedno oko.
A w weekend lub tuż po weekendzie... pojawi się na blogu zupełnie nowy temat... Brahdelt się ucieszy i Squirk się ucieszy... booooooo... spadł na nas niespodziewany deszcz mamony i Ślubny postanowił jednak spożytkować te srebrniki na stworzenie w tym roku zaczątków infrastruktury tarasowej. A to oznacza, że będą fotki zieleniny rosnącej i omdlałej (jak zapomnę podlać), będą bulwy, pnącza, liany i zioła. Trochę mi słabo, ale trudno, zieleń podobno uspokaja, to może mnie nie trafi od nowych obowiązków.
wtorek, 22 maja 2012
JA MAM COŚ Z GŁOWĄ
Do udowodnienia tezy postawionej w tytule przystąpimy metodycznie i wystarczą trzy kroki, by się przekonać, że coś jest "na rzeczy".
Po pierwsze mam coś z głową, bo zapomniałam zabrać w podróż najważniejszego z Waszego punktu widzenia przedmiotu, czyli... aparatu fotograficznego. Buuuuuuuuuuuu... A tyle pięknych rzeczy było do uwiecznienia po drodze. Była budowana w pocie czoła (gorąco było) autostrada. Były lasy i pola oraz żywina w postaci krów. Były tirówki przy drodze Warszawa-Białystok w wyzywających strojach i szpilkach do nieba. Były przedziwne nazwy miejscowości ("Zagroby" na ten przykład) i była oczywiście Landrynkowa Robótka Podróżna.
Robótka nie została zrobiona w całości, bo uskutecznialiśmy ze Ślubnym konwersacje podróżne, a wtedy ja zaczynam machać łapami, a jak macham, to nie dziergam, a jak nie dziergam, to mi nie przyrasta. Ale i tak jest nieźle, bo dwie trzecie różowości jest, na razie w postaci smętnej:

Kończę Landrynki już w domu i pewnie wystarczy im jeden wieczór oglądania seriali.
***
Po drugie mam coś z głową, bo mam rozgrzebanych robótek i projektów więcej, niż najbardziej szalona ustawa przewiduje, ale... oczywiście musiałam dołożyć jeszcze jedną. No, ale zrozumcie, nie mogłam inaczej, no nie dało się, bo... Rodzona Moja Mamusia zaszalała prezentowo i dostałam narzędzie zbrodni, tortur, jak zwał, tak zwał - dostałam w końcu do łapy igły do frywolitek.
Czółenko już mi nie obce, do igły podeszłam jak do... jeża lub jeżozwierza i co się okazało? Że ja jednak zostanę kobietą frywolną o charakterze nieortodoksyjnym, bo igła leży mi znacznie bardziej. Bo robię szybciej, równiej i jakieś to takie bardziej naturalne dla mnie. Ale co się dziwić, jak się całe życie z drutami w rękach przesiedziało, to taki skutek, że mi lepiej, jak mam ostre żelastwo w łapach.
W ramach ćwiczeń praktycznych otworzyłam sobie blog Renulka i jej miodowa serweta staje się moją Rudą Serwetą Ćwiczebną.
Stan na wczoraj był taki - motanie motywu centralnego:

I jeszcze dla tych, którzy nie wiedzą, jakim potencjalnie zbrodniczym narzędziem jest igła do frywolitek prezentuję ją w pełnej krasie:

Lepiej nie wkurzać frywolącej igłą kobiety, bo jak jej się rąsia za daleko wysunie, to... można doświadczyć seansu akupunktury ekstremalnej.
***
Po trzecie mam coś z głową, bo dwa projekty krawieckie nawet nie zostały tknięte małym paluszkiem odkąd wróciłam do domu (foch na materię spodniową nadal mi nie przeszedł i na sam widok niebieskich nogawek prycham i oddalam się z godnością), a tymczasem będą powstawały kolejne dwa. No, ok, może nie od razu i nie od jutra, ale jednak. Czemu? Dlaczemu? Pisałam, że Rodzona Moja Jedyna poszalała prezentowo i Ślubny dostał wymarzony czarno-biały materiał moro na Spodnie Z Mnóstwem Kieszeni:

I teraz molestuje mnie o uszycie, ale na szczęście chyba nie będzie wymagał ich "na wczoraj", tylko na "za chwilę", to może troszkę poleżeć.
A ja dostałam materiał frywolny na Spódnicę Imienia Mnóstwa Metrów Bieżących:

Będzie z pełnego koła i na czarnej halce... a co!
***
Informacja kocia - Mały naszą dwudniową nieobecność przyjął z godnością. Zostawał pierwszy raz sam w nowym mieszkaniu, ale mam wrażenie, że całe te dwa dni przespał, bo śladów aktywności nie było żadnych. Ale za to nawrzeszczał na nas przeokrutnie, dając wyraz swemu niezadowoleniu, zanim jeszcze zdążyliśmy drzwi otworzyć. Dobre pięć minut się skarżył, w tonacji histeryczno-roszczeniowej.
piątek, 18 maja 2012
ALEŻ MNIE WCZORAJ... TRAFIŁO
Od razu przejdę do sedna, bo jak z siebie nie wyrzucę, to możliwe, że się uduszę.
Wczoraj to było, wieczorem. Ślubnego nakarmiłam spaghetti. W ramach rewanżu zostałam napojona kawą i napchana truskawkami z bitą śmietaną i tak koło dwudziestej zero zero, zaproponowałam, że może jednak przeniesiemy się z sofy w salonie na antresolę, to Ślubny zajmie się swoimi rozrywkami, a ja sobie poszyję.
Ślubny się zajął, owszem, dojadając truskaweczki,a ja siadłam do szycia niebieskich Spodni Bez Niczego.
I tu się od razu zapytam, grzecznie i nienachalnie: Czy jakaś paskuda tak mi pozazdrościła materiału, że mi go zauroczyła negatywnie, czyli zheksowała??? Trzeba było uprzedzić, to bym czerwoną kokardkę na tych metrach zawiązała :)
Cała pozytywnie nastawiona (po tych bitych śmietaną truskawkach) nawlekłam nici, złapałam jakiś kawałek materiału, żeby sobie ścieg ustawić i... maszyna dość dosadnie pokazała mi, że tego materiału szyć nie ma zamiaru. Jedyne, co może "temu materiału" zrobić, to może sobie na nim pętelki robić, nitki naciągać i generalnie stroić fochy.
Moja pierwsza myśl - maszyna ostatnio była czyszczona i oliwiona, może jej coś źle skręciłam z powrotem (prawdopodobieństwo bliskie zera, ale...), no to wywlokłam inny materiał, z którego szyłam wcześniej, dałam Zośce na pożarcie i co? Oczywiście szew jak złoto, a maszyna aż mruczy z ukontentowania.
No to poeksperymentowałam sobie ze zmianą nici, zmianą igieł, zmianą naciągu nitki i i paru innych ustawień. Przy okazji dawałam werbalne oznaki mojego nieukontentowania, wnerwienia i generalnego "mania po kokardkę". Efekt?
W kwestii spodni to efekt jest taki, że maszyna raczyła łączyć w kupę podetknięte jej dwa kawałki materiału, ale kompletnie bez entuzjazmu. Po dzisiejszej rozmowie z Moją Rodzoną Mamą doszłyśmy do wniosku, że splot tego materiału jest taki, że tkanina nie ma żadnego "napięcia" i w trakcie szycia "wsiąka" w okolice ząbków w transporterze. Pomaga nieco silne naciągnięcie materiału przed i za stopką.
Poniżej ilustracja tego, co się z materiałem dzieje:

Szwy boczne udało mi się wczoraj zwalczyć. Natomiast szew środkowy mam zamiar wzmocnić innym materiałem. Raz, że będzie wytrzymalszy, a dwa, to jak maszyna dostanie do pożarcia ten "cudnie giętki" materiał opakowany w dwie warstwy innego, to powinna sobie poradzić.
Ale jest też efekt drugi wczorajszego "mania po kokardkę". Ślubny po mniej więcej pół godzinie mojego werbalnego okazywania niezadowolenia z życia i szycia, stwierdził, że "Gwiazdka się zbliża" i w porozumieniu i przy współudziale Teściowej Swojej, a Mojej Rodzonej Mamusi, dokonają składkowego zakupu nowego sprzętu. Bo on wierzy, że w tym wypadku droższe może okazać się lepsze, a ja go nie będę wyprowadzała z błędu. Wizja cudna, ale humoru spodniowego mi nie poprawiła.
Miałam zamiar dzisiaj szyć dalej spodnie, ewentualnie skroić pomarańczową sukienkę, ale jak weszłam rano do Kącika i popatrzyłam na te spodzienkowe nogawki, to zdałam sobie sprawę, że nie jestem w nastroju na kolejną rundę wrestlingu z materią, ślicznie i porządnie poskładałam wszystko na kupki i oświadczyłam Kącikowi, że go porzucam i wrócę, jak mi przejdzie, po powrocie z weekendowego wyjazdu. Czyli strzeliłam focha :)))
***
A właśnie. Wyjazd równa się parę ładnych godzin w samochodzie, równa się okazja do dziergania, równa się potrzeba wykombinowania, co dziergać.
Tradycyjnie będzie - Podróżny Otulacz, tym razem w różowościach wszelakich, żeby mi się humor poprawił po tym koszmarze krawieckim.
Zaczęłam sobie grzecznie dzisiaj, kontynuować będę na trasie Murowana Goślina - Łomża oraz Łomża - Zambrów i w końcu Zambrów - Murowana Goślina.

Oczywiście robiony od środka i oczywiście na brzegach pawie oczka, żeby był śliczny, estetyczny. Ale tym razem kolorowy, w trzech odcieniach różowości.
***
Aaaa teraz, specjalnie dla wielbicielek będę ujawniała nieznane fakty z życia Małego.
Mały na co dzień jada suchą karmę, mokrą karmę i wołowinę po rzeźnicku, czyli na surowo. Mleka nie dostawał nigdy, bo nasza poprzednia kotka była na mleko uczulona, więc nie dostawało go żadne z czworonogów i jakoś tak zostało. Ale Mały nie do całego nabiału ma podejście negatywne. Jogurcik zje... bitą śmietanę zje... serek homogenizowany zje... i... lody, najlepiej czekoladowe. Ale! Nie z miseczki, talerzyka czy innego gara. O nie! Kocio jogurt i te inne jada tylko i wyłącznie z łyżeczki karmiony dopaszczowo. Jak ma na talerzyku albo w misce to nawet nie tknie.
Oto Mały w akcji wyżerania bitej śmietany z łychy.

To ja teraz pójdę, omijając szerokim łukiem Kącik Szalonej Rękodzielniczki i sobie powyszywam, przy okazji ogarniając mentalnie rzeczy, których nie można żadną miarą zapomnieć jutro zabrać ze sobą. I poczekam na Ślubnego, który dzisiaj wizytował stolicę w celach zawodowych i doniósł niedawno, że już wracają (on i wspólnik), ale "w korkach"... też mi odkrycie, przecież nawet w telewizji mówią, że trasa Warszawa - Stryków (via Łowicz) to droga przez mękę.
Co najlepsze jutro Ślubny zaliczy powtórkę z rozrywki (bo jedziemy dokładnie tak samo, przez Warszawę), ale sobota może trochę zmniejszy poziom zakorkowania.
To ja będę, jak wrócę, czyli w poniedziałek. Pogodnego weekendu.
środa, 28 grudnia 2011
WSTĘGA I OPOWIEŚĆ O SPRZĘTACH DOMOWYCH
Sama nie wiem jak i kiedy, ale skończyłam Zimową Wstęgę Ocieplającą.

W ramach ozdobnych wykończeń pojawiły się symetryczne szydełkowe półsłupki robione kolorową włóczką w kolumnach prawych oczek wzoru.
I jeszcze Wstęga Zimowa otulająca doniczkę z drugim prezentem na nowe mieszkanie, jaki dostaliśmy od Włochów, którzy kupili nasze stare mieszkanie (pierwszym była oryginalna kawiarka Bialetti). Swoją drogą wydaje się, że nawiązane notarialnie i bankowo kontakty całkiem ładnie rozwiną się i zamienią w bardziej towarzyskie i kulinarne :)

A teraz ten sam wyrób dziewiarski grzecznie leżakujący na moim ulubionym sprzęcie AGD - neurotycznej kuchence indukcyjnej.

Na etapie wyboru całego naboju RTV i AGD Ślubny zapytał naiwnie, jaką chcę kuchenkę. Naiwnie, bo nie wiem, na jakiej podstawie spodziewał się, że ja wiem, co chcę i może jeszcze samodzielnie podejmę decyzję. Oczywiście musiał wybrać sam. Poczytał, podumał i dostałam kuchenkę indukcyjną. Normalnie cud i magia - nie grzeje, a gotuje. Jakby ktoś chciał się dokształcić, to zapraszam do Wikipedii - ja wymiękłam przy określeniu "histereza magnetyczna", dotarło do mnie jedynie, że szybciej i że energooszczędnie i wystarczy mi wiedzy. I potwierdzam, że gotuje się na niej piorunem, a mam porównanie i z gazem, i z kuchenkami elektrycznymi. I w ogóle moja nowa kuchenka powinna dostać 6.0 za wartość techniczną i 6.0 za wartość artystyczną swojego działania, bo...
O przygodach Małego, jakie miał z kuchenką pierwszej nocy już pisałam. Kocio kuchenkę tkło, kuchenka mrugnęła ostrzegawczo, kocio mrugnięcie potraktowało z plaskacza, kuchenka poczuła się urażona i error był jak stąd do czterech palników.
Ja do niej mówię lekko złośliwie: ty, neurotyczko. Nie zdążysz garnka postawić albo ustawić temperatury - wyłączy się. Pukniesz ją w miejsce drażliwe na panelu - mruga na ciebie ostrzegawczo. Wodę poczuje - histeryzuje. Garnuszek ma za mały na kółeczku grzewczym - zakomunikuje, że "u2", a ty leć po instrukcję i sprawdzaj, co kuchenka z nerwicą natręctw miała na myśli. A poza tym świeci, mruga i popiskuje radośnie. Ale i tak ją lubię.
Aaaa i gości muszę pytać, czy nie mają rozrusznika serca lub aparatu słuchowego, bo kuchenka neurotyczka może im zaszkodzić na te sprzęty wewnętrznego użytku. Miny pytanych bezcenne.
Gdzieś na zdjęciu w poprzedniej notce mignął nasz telewizor kuchenny. I tu wymagane jest małe wyjaśnienie. Jeden ponadwymiarowy telewizor Ślubny ma na antresoli, w centrum rozrywki własnej. Powstało pytanie, czy chcemy telewizor na dole. Od razu było wiadomo, że nie w żadnej sypialni, bo ja od lat twierdzę, że sypialnia jest od spania i paru innych rzeczy, a wstawienie tam telewizora nastąpi po moim radosnym trupie, czym doprowadzam do czarnej rozpaczy Moją Teściową Niepowtarzalną, która nie rozumie, jak można zasypiać, nie będąc kołysanym elektronicznym szumem. W salonie też nie, bo z doświadczenia wiemy, że salon wykorzystujemy w celach gościnnych i towarzyskich, a wtedy telewizor jest zbędny, bo zabija ożywioną konwersację. Została łazienka :)))) i część kuchenna. Ja nie byłam wcale przekonana, że się ten telewizor w kuchni przyda, ale Ślubny mi uświadomił, że tylko na dole będzie miejsce do ćwiczeń fizycznych, a do tego ekran bywa niezbędny. To był silny argument za i telewizor zawisł. Ale wczoraj okazało się, że nasze potrzeby i nasze radości z tego odbiornika są niczym w porównaniu z tym, jakie zafascynowanie okazał Mały, który wpakował się na blat kuchenny, posadził tyłek przed ekranem i zahipnotyzował się całkowicie.


I małe PS. Przypominam o przeprowadzkowym konkursie. Są już poprawne odpowiedzi, a czas na wysyłanie maili macie do samiuteńkiego końca roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)