***
Zacznę od tego, że złamałam własną zasadę - nagłówek na blogu zmieniany jest w dniu powitania kalendarzowej pory roku. Jednak to, co widzę za oknem, sprowokowało mnie do "zazimowania" bloga już teraz. Ostatecznie jesienne listowie do takich widoków nie pasuje:

Do takich tym bardziej:

Ale zimowa sceneria mnie zachwyca i wywołuje chęć spacerowania... o 22:00 też... dobrze, że Ślubny zachowuje zdrowy rozsądek i mnie lekko hamuje przed takimi eskapadami.
***
Chusta dla Zosi została uzupełniona o chustę dla Gosi, czyli mamy. Znowu Echo Flowers.

Ale tym razem nieco cieńsza nitka i nieco grubsze druty sprawiły, że 100 gram merceryzowanej bawełny (YarnArt Violet) pozwoliło na zrobienie także ozdobnego brzegu przewidzianego w oryginalnym wzorze, ale bez bąbelków, na nie już by nie wystarczyło.

Tym sposobem pełen komplet prezentów jest gotowy do wysłania i na początku tygodnia Poczta Polska Powolna zostanie obarczona obowiązkiem dostarczenia paczki do Szczecina.
Oczywiście nie zapomniałam o tradycyjnym zdjęciu chusty "na doniczce" :))), proszę bardzo oto kaskady marihuanowych listków w gołębim kolorze.

***
I siadłam sobie wczoraj pełna satysfakcji z dobrze wykonanej roboty, dwóch chust prezentowych zblokowanych, poskładanych i gotowych do wysłania i zaczęłam się napawać perspektywą pójścia na antresolę, wyciągnięcia papieru i Burdy i zrobienia w końcu wykroju na Żakiecik Bardzo Chciany, ale...
Nie dane mi było, a nabruździł oczywiście kto? Ślubny - kto dostrzega dziwne podobieństwo do słów użytych przeze mnie w pierwszym akapicie poprzedniego wpisu, dla tego brawa za spostrzegawczość!!!
Tym razem Mąż Mój Jedyny i Roboty Przysparzający zauważył delikatnie, że po skończeniu chusty nie mam nic na drutach (prawda). Że zima jest (prawda). Że on ma teraz płaszcz, a płaszcz ma pod szyją wykrój głęboki (prawda). Że szaliki wprawdzie w szafie są, ale fantazyjne omotywanie się nimi trochę czasu zajmuje (???). Że on by tak widział pod tym płaszczem mini golfik ciepły, wełniany, jasny, przez żonę wydziergany, przez głowę wciągany i ściągany jednym sprawnym ruchem... I przecież kupiłam taką fajną, miękką włóczkę jasną, to będzie idealna (prawda, kupiłam, na dodatki do Carskiego Mundurka, ale jeszcze na te dodatki przerobić nie zdążyłam i już nie zdążę).
Tym sposobem zostałam wczoraj wieczorem posadzona wygodnie przed telewizorem, z drutami i włóczką oraz dobrą herbatą w zasięgu łap. Ślubny przy użyciu trzech pilotów uruchomił wszelki niezbędny sprzęt odtwarzający i oglądając "Love Actually" (Whenever I get gloomy with the state of the world, I think about the
arrivals gate at Heathrow Airport. General opinion's starting to make
out that we live in a world of hatred and greed, but I don't see that.
It seems to me that love is everywhere. Often, it's not particularly
dignified or newsworthy, but it's always there - fathers and sons,
mothers and daughters, husbands and wives, boyfriends, girlfriends, old
friends. When the planes hit the Twin Towers, as far as I know, none of
the phone calls from the people on board were messages of hate or
revenge - they were all messages of love. If you look for it, I've got a
sneaking suspicion... love actually is all around. Cytat z pozdrowieniami dla Sunshine :)))) wydziergałam Golfik Dopłaszczowy.

Jeszcze nie jest uprany, oczka są nie do końca równe, ale o namaczaniu nie ma mowy, bo Ślubny chce nosić już, a wyprać i oczka wyrównać mogę przy okazji pierwszego wybrudzenia.
Iiiiii Ślubny od razy wyraził dalsze życzenia - oprócz golfika jasnego może tak machnę od ręki wersję czerwoną...
Przecież nie powiem, że nie zrobię, że później, że nie dziś. Ale żeby znowu nie było, że mój Żakiet Bardzo Chciany oddala się w krawiecki niebyt, plan jest taki - najpierw wykrój Żakietu i go sobie skroję, a wieczorem Ślubny zaplanuje jakieś miły seans filmowy i mogę spełniać życzenia druciane.
***
I zdradzę od razu, że na Rogu Renifera krawiecko-wykrojowo szaleję dziś nie tylko ja... Papierem do wykrojów szeleści z równym entuzjazmem również Ślubny.
Robi wykrój na swój Odjechany T-shirt/Bluzę. W pewnym momencie, antresola wyglądała tak:

Na pierwszym planie moje szaleństwo żakietowe, a w oddali Ślubny w amoku kreślenia. Przy czym w starciu Ślubny-Burda, Ślubny poległ i na widok arkusza z wykrojami przypominającego abstrakcję wysokiej klasy westchnął i stwierdził, że po raz drugi (po raz pierwszy to była moja sukienka) nie ma zamiaru przez to przechodzić i zszedł na dół po swoja ulubioną bluzę. Zrobił sobie wykrój "z żywca" i jest bardzo z siebie zadowolony.
A nasze dyskusje na temat ostatecznego kształtu jego projektu skutkowały powstawaniem rysunków, które dziwnie przypominają stroje egipskich władców spod znaku ankh:

***
I jeszcze czworonóg, bo znowu będą pytania, czy zaniedbujemy kocia w ferworze tworzenia. Kocio miewa się bosko, rozrabia, uczestniczy we wszystkim i zasypia w locie ze zmęczenia tam, gdzie akurat padnie.

I je... dużo je. Wymiata z misek wszystko, co mu się tam nasypie/nawkłada i domaga się co wieczór nakarmienia witaminami, co objawia się staniem w okolicach szafki w kuchni, wymownym patrzeniem na górne drzwiczki i dobitnym wydawaniem dźwięków. Zasilony witaminami galopem oddala się w celu dalszego rozrabiania.
