Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koc. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2013

DZIERGANE W ŚWIETLE CHOINKI

Mogłam trochę przeszkadzać otoczeniu na początku tej robótki, bo zaczynałam na pięciu grubych aluminiowych drutach, które szczękały metalicznie jak potępione. A że ja dziergam szybko i rytmicznie, to mogłam doprowadzić do rozpaczy. Dobrze, że dość wcześnie przełożyłam całość na druty z żyłką i przycichłam.

Ślubny na widok dziwnej robótki stwierdził: "Fajny ten *sweterek*. To znaczy, ja wiem, że to nie jest *sweterek*, ale w sumie to ja nie mam pojęcia, jak to nazwać, a skoro na drutach - to dla mnie *sweterek*." 
Nooo, "sweterek" to na pewno nie jest!

To jest... "Pledzik"!! :)))) Jak widać po Kubusiowym Kocyku, zgodnie z publicznymi ostrzeżeniami, chęć na szaleństwa nadal mi nie przeszła i dziergam dla przyjemności, a nie z potrzeby własnej.

Środek to panel centralny z Tybetańskich Chmur - bez żadnych zmian we wzorze zasadniczym, oczko w oczko, ale bez koralików i bez bąbelków. Później było duuuuuuużo prawych, a na końcu powtórzony ażur z końcówki Tybetańskich. 
Zaczęte dzień przed Wigilią, skończone wczoraj - czyli robótka prosto spod choinki :)))

Tym razem zmierzyłam pledzik w czasie blokowania - udało mi się wycelować dokładnie w jeden metr kwadratowy, idealnie 100 na 100 cm. 
Kolor... biel złamana kroplą ecru. Kiedy położy się Pledzik w towarzystwie ciemnych przedmiotów, to razi czystą bielą, ale położone na idealnie białym - widać, że ma lekki "skręt" w kierunku kremowym.

Fotki z blokowania najlepiej pokazują, jak piękny wzór zaprojektowała autorka Tybetańskich Chmur:

Iiiii... pledziki i kocyki jeszcze mi z głowy nie wywietrzały. Mam pomysły na co najmniej dwa kolejne i szczery zamiar je zrobić, a co mi tam! Jeszcze jeden biały, ale nieco bardziej elegancki, a mniej ozdobny oraz jeden... bardzo "dziewczyński", bo ró-żo-wy :)))) Co z tymi kocykami zrobię, zastanowię się później, kiedy już chęć ich dziergania mi przejdzie. Na razie nie będę się ograniczać.

środa, 11 grudnia 2013

ILE CUKRU W CUKRZE, czyli...

***
Zaczniemy od tego:

Ania (Perfidny Obibok ze Szkoły Szydełkowania) nas "zaśnieżynkowała i zagwiazdorzyła", proponując kurs szydełkowania śnieżynek cudownych i oryginalnych. Kto jeszcze nie spojrzał, ten niech gna na złamanie karku i uszkodzenie myszki :))) Warto! Ania jak zwykle tłumaczy od podstaw i nawet osoby początkujące ze śpiewem na ustach (sugeruję "Last Christmas" Wham! oczywiście :)))))))) stworzą takie cuda.

Słodkie, czyż nie? A skoro słodkie, to czas na cukier w cukrze.

***
Stanęłam przed dylematem... Nie! Jeszcze raz, bo w sumie, to ja dylematów nie miałam żadnych... do czasu.
Ślubny "wyprodukował mi" dylemat, który najlepiej podsumować - "za mało mi cukru w cukrze", czyli Ślubnemu było "za mało białego w białym".

Krótkie wprowadzenie
Ja, nie wadząc nikomu, siedzę sobie grzecznie przy kuchennym stole, dziubiąc igłą czarny len i wypełniając środkowe serduszko "whiteworkowym" haftem. Dwa mniejsze serduszka już zrobione, śliczne, estetyczne. Ślubny chce coś od Żony Swej, Jak Dotąd Jedynej, ale zamiast grzecznie zejść z antresoli po schodach i wydawać dźwięki na tym samym poziomie, to on zwisa przewieszony przez balustradę antresoli. Dokładnie nad kuchennym stołem. Nad czarnym lnem, pracowicie zahaftowywanym przeze mnie. 
I nagle Ślubny wydobywa z siebie dźwięki złowieszcze: "A to białe... w tych serduszkach... to jakieś takie... za mało białe... jak się z daleka patrzy..." 
Czyli "za mało cukru w cukrze", poziom nasycenia niezadowalający. No żesz ty, orzeszku! A kto Ci kazał zwisać z tej antresoli i patrzeć z daleka???!!!

Ale już tak obiektywnie, to i mnie się wydawało, że jakieś to białe niezbyt wyraziste i może lepiej, gdyby się bardziej w oczy rzucało. Haftowane wypełnienie było robione białą nitką do szycia ręcznego, grubszą niż zwykła maszynowa, ale jednak bawełnianą nitką ze szpulki. Lepsze byłoby wypełnienie robione białym kordonkiem. 
Zdjęcie archiwalne. Wypełnienie zostało unicestwione...

Ślubny, widząc rozpacz w oczach mych błękitnych, od razu stwierdza, że mam niczego nie wypruwać, tylko machnąć drugą warstwę haftu tym kordonkiem, nitka na nitce. Górna będzie grubsza, to przykryje dolną. Taaaaak... Nawet zaczęłam, dwa elementy haftu zrobiłam nitką na nitce i moje poczucie estetyki zawyło jak wilkołak do księżyca w pełni. W moim wszechświecie taka fuszerka nie przejdzie! Tak to wyglądać nie może!

Skutek? Wczoraj, zamiast wykańczać haft i grzecznie nakłaniać Ślubnego, żeby wyciągał narzędzia majsterkowicza doskonałego i naciągał materiał na ramę... Zamiast cieszyć oczy gotowym wyrobem rękodzielniczym... Zamiast wyciągać druty z szuflady... To ja siedziałam jako ten Kopciuszek i nitka po nitce wypruwałam haft z dwóch serduszek (i kawałka trzeciego), z precyzją kardiochirurga, żeby nie uszkodzić materiału.

I znowu jestem w punkcie wyjścia - mam serduszka do wypełnienia, tym razem kordonkiem. Jak się ma na drugie Perfekcja, to trzeba cierpieć.

***
Ale żeby nie było tak czarno i gorzko, to będzie coś bardzo pozytywnego i słodkiego!

Kubusiowy Kocyk skończony! Nawet już został zapakowany i przekazany w ręce Poczty Polskiej, której mało rozradowana przedstawicielka zapewniła, że jutro powinien dotrzeć do Ewy. (A pani była mało rozradowana, bo zamiast jednego niekłopotliwego listu poleconego, została "przygnieciona" również paczkami dwiema i drobiazgiem listowym... Stałam nad nią jak kat nad dobrą duszą i pilnowałam, żeby mi przekazów pocztowych nie pomyliła i nie wysłała paczek do złych adresatów. Chyba się udało :)))

I miałam zmierzyć ten kocyk przed zapakowaniem. Obiecywałam sobie, że to zrobię. Na obietnicach się skończyło. Jak sobie przypomniałam, że nawet centymetrem koło niego nie machnęłam, to wszystko było już zafoliowane, zawiązane, "zapapierowane" i zaadresowane. Ale jest mniej więcej metr na metr.

I ja uprzedzam lojalnie - to chyba nie jest mój ostatni kocyk dziecięcy, bo robienie tego Kubusiowego sprawiło mi tyle radości, że chętnie pouśmiecham się tak szeroko i od serca jeszcze raz, szydełkując kolejny. A uprzedzam, ponieważ oznacza to, że za jakiś czas mogę poszukiwać chętnych na kolejny Kocyk Bardzo Radosny :)))


wtorek, 3 grudnia 2013

KUBUSIOWY KOCYK

Bywa tak, że się człowiek zapatrzy na coś, zachłyśnie, zainspiruje i bardzo chce stworzyć "coś w ten sam deseń". I w zasadzie już sięga po druty, motki, szydełka, igły itp., kiedy nagle - gdzieś z najciemniejszego kąta - wychyla się głowa rozsądku (w moim przypadku to może i ze trzy głowy na raz) i jadowicie pyta: "A po co Ci to? A dla kogo Ty możesz coś takiego zrobić? Dla Ciebie się nie nadaje, rodzinie się nie przyda, a wśród znajomych też akurat brak kandydata na bycie szczęśliwym obdarowanym. Opanuj się, kobieto!" 

I do tej pory w takim momencie następował u mnie odruch "rakowy-ślimaczany" - ruch wsteczny, motki i druty lądowały w szufladach i szafach, a ja bez entuzjazmu, ale i bez buntu wracałam do skostniałej skorupy z napisem: "tworzę to, co użyteczne, potrzebne, wysoce sensowne".

I dokładnie tak samo było z niedawno pokazywanym szydełkowym wzorkiem. Zachwycił mnie jako wzorek na dziecięcy kocyk. A rozsądek od razu wysyczał, że jaki dziecięcy!!!??? Skąd ja nagle wezmę dziecko do tego kocyka... Dlatego nawet wtedy, we wpisie sama siebie usiłowałam przekonać, że może taki szydełkowy szalik... Aha, szalik! Jaki szalik, skoro w głowie była wizja nieco większych przestrzeni, kocykowych a nie szalowych. 

I tu się okazuje, że Opatrzność na takie "wielkie chcenie" reaguje od ręki i ekspresem załatwia sprawę. Pierwszy komentarz pod tamtym wpisem i Ewa się skarży, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie, bo jest babcią Kubusia, ale kocyka w rzeczony wzorek mu nie wydzierga, bo ona jest czarodziejką obiektywu a nie szydełka (i tu koniecznie oddalamy się oglądać świat uchwycony obiektywem aparatu Ewy i zaglądamy na jej stronę internetową i na bloga). 

Maila do Ewy napisałam szybciej niż najbardziej sprawna sądowa protokolantka. Licząc na to, że skoro znamy się z Ewą wirtualnie od jakiegoś czasu, to potraktuje mnie i moją niespodziewaną propozycję obdarowania jej kocykiem jako nieszkodliwe szaleństwo a nie mailowe natręctwo i natarczywość wysokiej klasy.
Ewa na szczęście nie poczuła potrzeby ucieczki przed wariatką z kocykiem :)))

Tym sposobem powstaje Kubusiowy Kocyk, poniżej zaprezentowany razem z Kociowym Kocykiem i samym Kociem Kimającym:

Celuję w rozmiar ponad metr na metr, licząc na to, że wtedy przyda się nieco dłużej. Kolorystyka jak widać pastelowo-chłopięca, łamana bielą i w wykończeniach nasyconym fioletem lub błękitem, żeby mi nie wyszedł mdły pledzik, tylko porządny kocyk z pazurem!

I w związku z Kubusiowym Kocykiem mam dwa spostrzeżenia:
Po pierwsze - jeśli jeszcze raz sama siebie ocenzuruję, czyli na etapie pomysłu powiem sobie "a dla kogo to? a jaki sens ma tworzenie tego?", to niech mnie czkawka męczy przez trzy dni! Jeśli przyjdzie mi do głowy zrobienie sweterka z reniferkami dla trzyletniego dziecka, to go zrobię! Znalezieniem dziecka do wypełnienia sweterka będę sobie zaprzątać głowę po upraniu i zblokowaniu :)))
Po drugie - dochodzę do wniosku, że nic tak nie cieszy, jak robienie czego w prezencie dla kogoś!!! Nie na zamówienie. Poza tym stałe bywalczynie wiedzą, że na zamówienie nie robię w zasadzie nigdy, chyba że jest to zamówienie bardzo nietypowe i stanowiące dla mnie przyjemne wyzwanie. Ale prezenty... Siedzę, szydełkuję i sama się do siebie uśmiecham, bo ja kocham robić, ale niekoniecznie posiadać to, co zrobione. A przy prezentach najłatwiej mi o rękodzielniczy błogostan :)))

A jeśli komuś jeszcze mało czynnika kociego, to proszę bardzo - "błogokociostan kudłaty"

PS dla chcących wykorzystać ten sam wzorek (na wszelki wypadek jeszcze raz link do niego) - wzorek jest "włóczkożerny" jak niezła pirania. Planując cokolwiek nim robionego, weźcie to pod uwagę przy zakupie odpowiedniej ilości włóczki.