Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ażur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ażur. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

WYDRUK BARDZO TAJEMNICZY

Już jakiś czas temu Mama Moja Rodzona Jedyna doniosła mi przez telefon, że dokonała odkrycia. Znalazła w domowych papierzyskach przepisany na maszynie wzór na kołnierzyk. Mało tego, od pierwszego spojrzenia twierdziła, że na pewno ja to pisałam. Ona się nie przyznaje. O kołnierzyku nic nie wie.

Co ciekawe, ja kołnierzyka też nie kojarzę. Nie pamiętam, żebym popełniła "druciany" kołnierzyk, dziecięciem będąc. Przepisywanie też musiało być działalnością mało ekscytującą, bo wymiotłam ją z pamięci doszczętnie. Ale nie zapieram się zadnimi łapami, nie odżegnuję, może pisałam... Alternatywą jest to, że nam ktoś przepisany wzór niecnie podrzucił :)))) 

Nie zmienia to jednak faktu, że będąc w domu z Wielkanocnej okazji, kartkę zabrałam, wielce zaciekawiona, co to za kołnierzyk. Z opisu wywnioskowałam jedynie, że ażurowy, dość klasyczny. Żadnych ozdobnych fajerwerków opis nie zawierał.

Impreza rozrywkowa zaczęła się w zasadzie od pierwszego zdania na tajemniczym wydruku, że mam robić na drutach o grubości 1.50... Taaaaak, posiadam takie, ale normalne, bez żyłki, proste, klasyczne. A na prostych drutach nie robiłam już ładnych parę lat. Poczułam się, jakbym wdeptywała w bardzo "oldschoolowe" klimaty - wzorek z lat '70 lub '80, do tego proste metalowe druty - ach, wspomnień czar!

Śledząc rozpiskę, dziergałam sobie spokojnie, ale niezbyt długo, bo już w 5. rzędzie rozpiska poinformowała mnie, że mam "1 o. zgubić". Przy czym kilka oczek wcześniej stało jak byk, że "2 o. razem"... Ki czort?
Gdyby tych dwóch razem nie było, to od razu bym sobie wytłumaczyła, że zgubić, to po prostu dwa razem na prawo i po kłopocie. Ale skoro dwa razem mam gdzie indziej, to co to za gubienie. 
Sama poczułam się zagubiona doszczętnie i groził mi zez rozbieżny, bo usiłowałam łypać prawym okiem na robótkę, a lewym na wydruk, w nadziei, że mi się coś rozjaśni. 
W przypływie rozpaczy zaryzykowałam nawet założenie, że wydruk naprawdę każe mi oczko zgubić, czyli zdjąć z drutu, puścić samopas, niech się pruje do jakiegoś momentu i tworzy ekstrawaganckie efekty zdobnicze. Prześledziłam uważnie kolumnę z tym potencjalnie gubionym oczkiem i szybko się okazało, że jak je dosłownie zgubię, to spruje mi się do pierwszego rzędu i tyle będę oczko widziała, a efekt zdobniczy będzie... bardziej niż ekstrawagancki.
I wtedy mnie oświeciło, że zgodnie z tym, co widzę na drutach, to "2 o. razem" i "1 o. zgubić" to określenia na dwa razem na prawo, ale raz przerabiane w normalnej kolejności, a raz ze zmianą kolejności na drucie, żeby się te dwa razem kładły w dobrą stronę we wzorze.
Słowa, jakie się z ust mych sypnęły po tym odkryciu, nie nadają się do publikacji, bo łatwo je podciągnąć pod znieważenie, a przy odrobinie dobrej woli - nawet pod groźby karalne z użyciem drobiu hodowlanego :))))

Niemniej kołnierzyk robił się od tego momentu milutko i bezproblemowo. Okazuje się, że wydrukowany tajemniczy wzór daje w efekcie to:

Czyli wzór na grzeczny kołnierzyk.

Jak widać z założenia odrzuciłam pomysł dziergania jego białej wersji, żeby choć trochę odejść od klasyki. Mało tego - na tym gotowym już klasycznym podłożu będę "rzeźbić" dalej, żeby zrobić z tego coś mniej szkolnego, a bardziej przypominającego modny dodatek do sukienki lub bluzki. Pomysł jest, zobaczymy, jak mi się przełoży na rzeczywistość.


***
I w tym miejscu dziękuję za wszystkie życzenia spod poprzedniego wpisu, te imieninowe, świąteczne, milionowe i te dotyczące planowanych zmian. 
A dziękuję dopiero teraz i hurtem, bo na odpisywanie indywidualne nie było szans. Święta były wyjazdowe, więc tak naprawdę spędziłam dwa dni w samochodzie lub przy stole. Z nieograniczonym dostępem do dóbr jadalnych, ale bardzo ograniczonym do Internetu :)))

piątek, 14 marca 2014

BIJĘ KOCYKOWĄ PIANĘ

Priorytet kocyka został podwyższony z poziomu "szybko" do poziomu "ekspresem" - Marysia od dwóch dni jest na świecie. Kocyk ma być prezentem na chrzest, więc nie jest to jeszcze sytuacja kryzysowa i nie dziergam dniem i nocą, ale intensywność machania drutami jest spora.

Ostatnio pisałam, że wszelkie próby zrobienia zdjęć, kiedy jeszcze robótki było niewiele, powodowały, że otrzymywałam kadr taki, jakbym się uparła sfotografować pianę z mleka - dużo białej piany. Teraz robótki jest znacznie więcej, a próba zrobienia fotki kończy się nadal mniej więcej tym samym - kocyk "się pieni" :)))

Kocyk miał być z założenia bardzo delikatny i ażurowy. Chodziło mi po głowie zrobienie czegoś wzorowanego na Royal Baby Blanket (jeśli jest jeszcze dziewiarka, która nie widziała najsłynniejszego kocyka poprzedniego roku, to proszę bardzo). Jednak po obejrzeniu królewskiego kocyka dokładniej jakoś mi się przestał podobać. Wyśniło mi się coś bardziej "miękkiego wizualnie", bez wyciągniętych zębów na brzegach i geometrycznych wzorów na samym kocyku.

A czego dawno nie było na blogu? Wzoru, do którego pałam wielką miłością? Który swego czasu pchał mi się do wszystkiego, co tylko pojawiało się na drutach?
Pawie oczka! 
Na brzegu robiłam je "standardowo" według wzoru, tworząc coś w rodzaju borderu. Im dalej w kocyk, tym bardziej zwiększam liczbę rzędów oczek prawych między rzędami ażuru:

I tak sobie będę dziergać do połowy kocyka, a po jej osiągnięciu zacznę zmniejszać, robiąc lustrzane odbicie.
Gdyby ktoś chciał sobie "po-pawio-oczkować" we własnym zakresie, to proszę bardzo kurs robienia wzoru był tutaj.

Troszkę przesadziłam z liczbą oczek - mam ich na drutach 350, a spokojnie mogłam nabrać niecałe 300. Kocyk mi wyjdzie... duży, ale najwyżej nie będę celowała w idealny kwadrat, tylko bardziej prostokąt, przy tym wzorze mogę sobie pozwolić na taką modyfikację.

Oprócz tego muszę jeszcze wykombinować jakiś drobny dodatek do prezentowego kocyka, bo mała Marysia ma siostrę, a niepoprawne wychowawczo jest obdarowywanie młodszej latorośli i pomijanie starszej, ale jednak nadal małej dziewczynki. Mam pomysł - średnio pracochłonny (w mojej zwichrowanej skali pracochłonności :))), ale potencjalnie przyjemny dla oka, użyteczny i atrakcyjny dla starszej Zosi. 
Pewnie będę tworzyć w trakcie weekendu, bo potrzebuję trochę oddechu od bicia kocykowej piany :))) Poza tym ma znowu wiać, prawie jak przy Ksawerym, więc potrzebuję zajęcia absorbującego głowę i ręce, żeby nie myśleć o tym, że mi mienie ucierpi i nie pojękiwać w duecie przy każdym zawodzącym w kominie podmuchu wiatru. 

Na deser macie Małego. 
Fotki blogowe są zawsze obrabiane na komputerze Ślubnego, bo tam są zainstalowane wszystkie niezbędne programy, a poza tym monitor jest wielkości telewizora, a tak naprawdę są dwa monitory. A między monitorami jest szpara. A w szparze pojawia się...

Bo skoro pani jest zajęta przy biurku, to kot też będzie siedział na blacie i kropka! 


sobota, 28 grudnia 2013

DZIERGANE W ŚWIETLE CHOINKI

Mogłam trochę przeszkadzać otoczeniu na początku tej robótki, bo zaczynałam na pięciu grubych aluminiowych drutach, które szczękały metalicznie jak potępione. A że ja dziergam szybko i rytmicznie, to mogłam doprowadzić do rozpaczy. Dobrze, że dość wcześnie przełożyłam całość na druty z żyłką i przycichłam.

Ślubny na widok dziwnej robótki stwierdził: "Fajny ten *sweterek*. To znaczy, ja wiem, że to nie jest *sweterek*, ale w sumie to ja nie mam pojęcia, jak to nazwać, a skoro na drutach - to dla mnie *sweterek*." 
Nooo, "sweterek" to na pewno nie jest!

To jest... "Pledzik"!! :)))) Jak widać po Kubusiowym Kocyku, zgodnie z publicznymi ostrzeżeniami, chęć na szaleństwa nadal mi nie przeszła i dziergam dla przyjemności, a nie z potrzeby własnej.

Środek to panel centralny z Tybetańskich Chmur - bez żadnych zmian we wzorze zasadniczym, oczko w oczko, ale bez koralików i bez bąbelków. Później było duuuuuuużo prawych, a na końcu powtórzony ażur z końcówki Tybetańskich. 
Zaczęte dzień przed Wigilią, skończone wczoraj - czyli robótka prosto spod choinki :)))

Tym razem zmierzyłam pledzik w czasie blokowania - udało mi się wycelować dokładnie w jeden metr kwadratowy, idealnie 100 na 100 cm. 
Kolor... biel złamana kroplą ecru. Kiedy położy się Pledzik w towarzystwie ciemnych przedmiotów, to razi czystą bielą, ale położone na idealnie białym - widać, że ma lekki "skręt" w kierunku kremowym.

Fotki z blokowania najlepiej pokazują, jak piękny wzór zaprojektowała autorka Tybetańskich Chmur:

Iiiii... pledziki i kocyki jeszcze mi z głowy nie wywietrzały. Mam pomysły na co najmniej dwa kolejne i szczery zamiar je zrobić, a co mi tam! Jeszcze jeden biały, ale nieco bardziej elegancki, a mniej ozdobny oraz jeden... bardzo "dziewczyński", bo ró-żo-wy :)))) Co z tymi kocykami zrobię, zastanowię się później, kiedy już chęć ich dziergania mi przejdzie. Na razie nie będę się ograniczać.

wtorek, 1 października 2013

EFEKTY PODRÓŻY

Mieliśmy podróżny weekend. Ślubny za kierownicą, a ja... z harpunem, czyli szydełkiem (zgodnie z sugestiami Ślubnego, że to bezpieczniejsze podróżne narzędzie robótkowe). Dwa dni, 900 kilometrów, ponad 11 godzin w samochodzie. Efekt? Ponad dwa metry szerokiej koronki do wykorzystania w przyszłości:

Bez wątpienia na długość "urobku" miał wpływ sobotni koszmarny korek, w jaki wpakowaliśmy się w Warszawie, na Trasie Toruńskiej. Godzina spędzona na poruszaniu się interwałami: "stoję - toczę się pięć kilometrów na godzinę - stoję - toczę się...". Dobrze, że miałam chociaż ręce zajęte, bo... Ja bardzo negatywnie reaguję na tak bezsensowne tracenie czasu. Możliwe, że inaczej narastająca frustracja skłoniłaby mnie do wysiadania, biegania dokoła samochodu, protestacyjnego kopania w opony i wycia. A tak? Prawie ze stoickim spokojem siedziałam, szydełkowałam i obserwowałam ludzi w samochodach obok. Przy okazji - pozdrowienia dla dwóch młodzieńców w nieco sponiewieranym samochodzie koreańskiej produkcji, którzy na widok kobiety z szydełkiem w dłoni zamienili się w bardzo przerośnięte glonojady - czyli przykleili się do szyby na dłużej z otwartym otworem gębowym.

***
Zmiana tematu - mam bojowe zadanie. Ślubny kupił ramkę... a tak naprawdę cztery ramki połączone ze sobą. W pierwszym odruchu chcieliśmy - zupełnie stereotypowo - wybrać jakieś słodkie, rodzinne fotki... Odruch trwał trzy sekundy i zniknął. Za to pojawiła się koncepcja zrobienia czegoś ozdobnego, haftowanego/naszywanego/materiałowego w bielach i czerniach. Abstrakcyjnego lub delikatnie kwiatowego. I tym sposobem muszę zrobić... poliptyk?... kwadryptyk? Usz, ten język! Cztery kawałki o spójnej tematyce i bardzo niespójnym kształcie muszę stworzyć :))) 

Na razie chodzę dokoła tej ramki, patrzę na nią i czekam, aż mnie olśni, co ja w to "LOVE" mam upchnąć.

sobota, 7 września 2013

WZOREK NA ŻYCZENIE

Ażur użyty w Pastelowym Szalu jest częścią chusty Summer Flies autorstwa Donny Griffin (wprawdzie nie ona wymyśliła sam wzór, bo funkcjonuje on "na drutach" zapewne od lat, ale dla porządku podaję, skąd mi się sam wzorek przyplątał).

Sytuacja wyjściowa na drutach powinna być taka - co najmniej dwa rządki/okrążenia oczek prawych, jeśli chcemy, żeby nam się wzorek zaczynał od samego brzegu - lub dowolna ilość rzędów dowolnego wzoru, jeśli chcemy wzorek zacząć gdzieś w środku dzierganego szala, chusty itp.

Ten efektowny wygląd uzyskuje się powtarzając sekwencję w rzędach lub okrążeniach nieparzystych (jeśli robimy na drutach z żyłką): "narzut, trzy oczka przerobione na prawo, po czym pierwsze z nich łapiemy ponownie lewym drutem, przeciągamy przez nie pozostałe dwa prawe i puszczamy". Jeśli zabraknie nam oczek na pełną sekwencję, to ostatnie dwa lub jedno oczko przerabiamy na prawo.
Rzędy parzyste w robótkach płaskich całe na lewo.
Okrążenia parzyste w robótkach na drutach z żyłką - całe na prawo.
W kolejnych rzędach/okrążeniach nieparzystych, gdzie robimy sekwencję "narzut, trzy prawe i te dziwne sztuki z pierwszym prawym" musimy tylko ustalić, gdzie zaczynać robić wzorek - najłatwiej zapamiętać, że drugie prawe musi się znaleźć nad narzutem z poprzedniego rzędu i wobec tego oczka ustalić, gdzie zacząć sekwencję. Oczka przed pierwszym narzutem (jedno lub dwa) też przerabiamy na prawo.

Jako ciekawostka - to przedziwnie przekładane prawe oczko, które ląduje poziomo na dwóch kolejnych nazywane jest oczkiem zawieszonym (bardzo adekwatnie, bo wisi na dwóch pozostałych).
Opisywany ażur tuż przed samą dolną plisą.


A teraz po tym zawiłym opisie będzie krótki film, po którym wszystko powinno być jasne.

I mała aktualizacja:
Wiewiórka dziergała szal przecudnej urody - Midnight i w nim używała pewnego wariantu tego wzoru. Jak napisała w komentarzu: "Pisałaś, że wzór ulega pewnemu "przekoszeniu". Bardzo podobny wzór wykorzystałam niedawno w swoim szalu i we wpisie o nim zamieściłam opis wzoru. Różnica polega na tym, że oczka "zawieszonego" u mnie się nie przerabia - jest ono przeciągane przez dwa prawe. Myślę, że wzór się "kosi", przez to przerobione oczko, które jest potem przeciągane, bo mój szal nie ma żadnych tendencji do przekrzywiania się. W tej wersji, którą wykorzystałam między rzędami z narzutami i oczkami przeciągniętymi są dwa rzędy proste, ale można spokojnie z nich zrezygnować jeśli chce się mieć gęstszy ażur."
Zajrzyjcie, popatrzcie. Inny sposób robienia wzoru to jedno, ale ten szal... cudowny i bardzo inspirujący!

wtorek, 11 września 2012

USZYDŁEK PODRÓŻNY

Weekend spędziliśmy w samochodzie, na trasie Wielkopolska - Podlasie - Wielkopolska. Przejechaliśmy się wyrobem autostradopodobnym, posłuchaliśmy zestawu "pieśni podróżnych" (na każdy wyjazd Ślubny szykuje nowy mix muzyczny) i... ja sobie pomachałam szydełkiem. Machałam na tyle skutecznie, że zrobiłam sobie odcisk na dłoni :))) Ale wydajność miałam rekordową i wystarczyło kilka dodatkowych godzin wczoraj i dzisiaj, by "uszydłek podróżny" zyskał ostateczną formę - pokrowca na mojego nowego laptopa.

Całość z bawełny - korpusik z potrójnej nitki, a ażury na wierzchu z pojedynczej. Spód jest czarny, żebym się nie musiała martwić, że się zbyt szybko brudzi.


Co najlepsze szydełkowałam bez możliwości "przymiarki", bo model został w domu, ale po powrocie okazało się, że jest doskonale. No może dwa, trzy milimetry w obwodzie mniej by nie zaszkodziło, ale z drugiej strony sprzęt ma mini nózie i wtedy pewnie by się o te nózie zaczepiało przy wkładaniu.

Ślubny już wymyślił wersję De Lux - z gładkiego atłasu w takim samym zestawie kolorystycznym, czyli czarny spód i biały wierzch i na to taka sama czarna, szydełkowa góra... pewnie nawet się zbiorę w sobie, nabędę niezbędną materię i zrobię wersję "w wysokim standardzie"... kiedyś :)))

Szydełkowa wersja ma taką zaletę, że daje pokrowcowi grubość i mięsistość, a przez to całkiem dobrze chroni zapokrowcowanego laptopa. Przy materiale potrzebna będzie warstwa czegoś miękkiego w środku.

***
Jakoś zapomniałam napisać przy okazji wpisu z pierwszą częścią Tuby Razem Robionej, że oczywiście niecierpliwie czekam na fotki Tub i Otulaczy w różnych stadiach rozwoju. (Mail, jeśli ktoś jeszcze ze mną nie korespondował, jest dostępny w profilu Bloggera.)
I od razu informuję, że kolejny odcinek Tuby będzie zapewne w czwartek.

***
A w ramach rozrywki, choć o bardzo dramatycznym wydźwięku, będzie Mały. 
Nasze weekendowe wyjazdy nigdy się kotu nie podobały i za każdym razem tuż po wejściu za próg mieszkania słyszymy, co kocio myśli o tym, że nikt go nie głaskał, nie ganiał i nie miotał mu piłeczek w firanki przez około 30 godzin. 
Tym razem też było standardowo, my w próg, Mały w ryk, ale zgrzyt klucza w zamku musiał go obudzić, bo zwierzę było makabrycznie nieprzytomne i takie nieprzytomne schodziło z antresoli i darło paszczę... a Ślubny tym razem to uwiecznił, bo są tacy, co nie wierzą, że Mały w ogóle wydaje z siebie jakiekolwiek dźwięki. No to proszę dźwięki stereo i w kolorze:

Oczywiście trzy minuty później Mały galopował już po mieszkaniu i nieco zbyt aktywnie uczestniczył w rozpakowywaniu toreb, a wszelkie pretensje poszły w zapomnienie.

***
A w ogóle to ma miejsce sytuacja u mnie bardzo rzadko spotykana... nie mam nic na drutach, szydełku, maszynie!!! (To znaczy mam naszą Tubę, ale to jest robótka poglądowa, więc się nie liczy.). Czuję się dziwnie i pewnie pójdę za chwilę grzecznie na antresolę w poszukiwaniu inspiracji. Sama jestem ciekawa, co mi z tego poszukiwania inspiracji wyjdzie... i chyba nawet wiem... czas wrócić do dawno planowanego projektu, który ciągle coś wypychało z kolejki :)))
To ja idę, a Was zostawiam z Małym w wersji niegrzecznej, bo kocio pokazuje... sami zobaczcie :))))

piątek, 13 kwietnia 2012

ZA DOBRZE SKITRAŁAM

"Skitrać" - schować, ukryć - co podaję za słownikiem slangu i mowy potocznej.

Okazuje się, że w trakcie przeprowadzki ponieśliśmy straty materialne (chyba, prawdopodobnie, możliwe że), o których to stratach nie mieliśmy bladego pojęcia aż do wczoraj.
W związku z peregrynacją Ślubnego do Mediolanu przypomniało mi się, że gdzieś w domu mieliśmy słuszny zapasik waluty euro w bilonie, który to zapasik pozostał po poprzednim wyjeździe. Bilon widziany był ostatnio w trakcie pakowania mienia przeprowadzkowego. Kolejnych świadomych spotkań z bilonem nie pamiętam. Znaczy - wsadziłam w dobre miejsce, żeby "łatwo było znaleźć". Czyli skitrałam bilonik tak doskonale, że od dwóch dni chodzę i zaglądam w różne dziwne miejsca i nie tylko waluty nie zlokalizowałam, ale coraz bardziej mam wrażenie, że wybrałam dla niej miejsce przechowywania lepsze od sejfu w szwajcarskim banku. Przekopałam się już przez miejsca oczywiste - szuflady w biurku, pudło z biżuterią, pudło z ozdobami wszelakimi, pudło z drobiazgami "przydasię" i nic. Jak kamień w wodę. W weekend mam zamiar szukać dalej - w miejscach bardzo nieoczywistych: szafkach kuchennych, szafce z kosmetykami (mogłam wsadzić monety w torebce foliowej do kartonika z farbą do włosów, mogłam, czemu nie?), dwóch kartonach ze sprzętem i narzędziami Ślubnego, które stoją w schowku (i tu robię sobie wielkie nadzieje, bo w tych pudłach jest szwarc, mydło i powidło i możliwe, że bilon też). 
Oczywiście mogło się też tak zdarzyć, że wsadziłam te pieniądze w jakieś pudełko, torebkę, starą portmonetkę, którą później w czasie przeprowadzki miotnęłam na kupkę "do wyrzucenia" i zubożyłam nas nieodwracalnie. Dam znać, czy znalazłam. A znając złośliwość opatrzności, to znajdę dwa dni po wyjeździe Ślubnego, jak już nie będzie to miało znaczenia.

***
A teraz do rzeczy, czyli do obrusa. 
Prezentowy Obrus Cioci Maryli powstaje w niezłym tempie, ale... mój optymizm z poprzedniej notki może się jednak okazać trochę na wyrost. Bo mam teraz na drutach ponad 300 oczek i zrobienie rządka wzoru (tu dwa razem, tu narzut, tu trzy razem, a tu naście prawych) zaczęło zajmować stanowczo więcej czasu. 
Wczoraj Prezentowy Obrus wyglądał tak:

Jak widać był już cały motyw kwiatowy w środku i nawet zdążyłam zmienić kolor na biały. Miejsce do zmiany koloru samo się prosiło - przejście od ażuru do wzoru w pawie oczka było wyraźnie odcięte rzędem narzutów.

Dzisiaj Prezentowy urósł o kolejne naście rzędów i wygląda tak:

Powyższe zdjęcie zostało zrobione po wykonaniu 113. rzędu, a wszystkich jest 206. Czyli rzędowo jestem tuż za połową, ale biorąc pod uwagę przyrost obwodu, to czeka mnie jeszcze sporo machania drutami. Dobrze, że teraz rzędy, w których wyrabia się wzorek oddzielone są od siebie czterema lub pięcioma rzędami prawych oczek, to chociaż te prawe robi się ekspresem i bez specjalnego zwracania uwagi na to, co się na drutach dzieje. 
W słuchawkach mam "Uciekaj, Króliku" Johna Updike'a... hmmm..... Ja się może nie będę wypowiadać na temat tej powieści, zamiast tego oddam głos Pani Katarzynie, która w dosadnych słowach opisała, co też jej Królik robi i dziwnym trafem mnie on robi dokładnie to samo - denerwuje mnie, mam ochotę puknąć go czymś ciężkim w kolano i poddać serii elektrowstrząsów, i kazać za karę słuchać koncertu dudziarzy szkockich przez trzy godziny albo klęczeć na grochu w kącie. Już dawno mnie żadna postać powieściowa tam bezgranicznie nie irytowała.

niedziela, 19 lutego 2012

RAZ, DWA, TRZY, TEST FIRANKI

Niechętna byłam. Zapierałam się zadnimi łapami. Prychałam i udawałam niepełnosprawną manualnie... Nic to nie dało. Ślubny uparł się, że trzeba zakupioną hurtem materię powiesić w oknach. Pożyć sobie z materią zwisającą. Pooglądać przy świetle sztucznym i naturalnym. Poprzyzwyczajać się do zwiewności naokiennej. I ok, nie muszę od razu na gotowo. Nie muszę szyć, mogę sobie estetycznie fastrygować. Ma być komplet testowy.
No to zrobiłam. Ze względu na to, że materiał się nie strzępi, to nawet w tym momencie nie podszywałam brzegów. I tak trzeba będzie materię zdjąć w czwartek, bo na piątek jest zaplanowane wielkie mycie okien (o ile pogoda pozwoli). Wtedy, jeśli zapadnie decyzja, że toto zostaje, to podszyję na gotowo.
Ślubny zażyczył też sobie przetestowania, podobno bardzo modnej ostatnio, wersji z tkaniną wdzięcznie układającą się na podłodze. Ok, niech mu będzie. Za tydzień podejmiemy decyzję, czy zostaną w wersji maxi zbieracza kurzu, czy będziemy je jednak skracać.
I tym sposobem sypialnia wygląda od wczorajszego wieczoru tak:

 



 

Ja na razie opinii na temat zwisów okiennych nie mam. Rzeczywiście muszę sobie z nimi pożyć. Dobrze rokuje to, że wczoraj wieczorem była wersja "po moim radosnym trupie", a dzisiaj rano jest "może, ewentualnie". Fajne jest w tej tkaninie to, że jest tak delikatna i lekka, że żyje i rusza się przy najlżejszym ruchu powietrza. 

***
Czas na zaległości, czyli czarno-srebrny szal. Robótka ekspresowa, bo część główna to same prawe, a trochę więcej uwagi wymagały ozdobne wykończenia brzegów.

I jeszcze zbliżenie na bardzo ażurowy brzeg:

Całość robiona z bawełny - część główna z merceryzowanej bawełny z dodatkiem srebrnej nitki, brzegi to matowa nitka bawełniana. Wszystko na drutach 3.75.

I przy okazji szala będzie z "innej, książkowej beczki". To, że lubię wszystko, co napisze Haruki Murakami, to ja wiedziałam od dawna. Nawet jego książka o bieganiu mnie zauroczyła ("O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" - tutaj można sobie przeczytać recenzję.) Ale! W trakcie robienia szala słuchałam "Kafki nad morzem" - ("Kafka on the Shore" - tutaj link do strony książki w Biblionetce) i okazało się, że Murakami może mnie zachwycać jeszcze bardziej. Jeśli ktoś Murakamiego lubi, a Kafki nie czytał, to polecam.

***
I żeby nie odbiegać zbyt bardzo od ażurowych bizantyjskich wzorów, oto zajawka bluzeczki, bo z Waszego komentarzowego wyrażania opinii wyszło, że żadne tam szale, bluzka ma być:

Powstaje na żywca, bez jakiegoś konkretnego planu układu wzorów. Główna zasada - ma być dziurawo i w paseczki. Paski wychodzą nie tylko przez wykorzystanie poziomych wzorów, ale też dzięki połączeniu dwóch nitek bawełnianych: ognisto rudej, robionej pojedynczo oraz lekko przygaszonej rudości, robionej po potrójnym złożeniu.

Nitki są relatywnie cienkie i nawet druty 3.25 nie przyspieszają pracy, więc projekt będzie raczej długodystansowy. 

***
Ale to nie wszystko, co się zaczęło. Jest jeszcze to:

Co to będzie? Niespodzianka! Jak ktoś zgadnie, to się przyznam, ale na razie, jak śpiewał Turnau: "cichosza".

***
Iza wezwała mnie do spowiedzi kosmetycznej (spowiedź serialowa była wcześniej).
- nie wyobrażam sobie życia bez kremu do twarzy z białej herbaty firmy Ziaja, z serii HerbikaPlant,
- muszę mieć pod ręką krem do rąk, ostatnio z okazji zimy to jest krem o zapachu czekolady, firmy Joanna, seria Sweet Fantasy (latem to zazwyczaj coś cytrusowego),
- pomadka ochronna do ust - teraz to Nivea Classic,
- balsam do ciała Garnier Skin Naturals do skóry bardzo suchej z syropem z klonu (czerwone opakowanie).