Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Króliku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Króliku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

CO BY TU...???

Co by tu zrobić ze sobą??? Mam wolne pięć dób. To znaczy od Ślubnego mam wolne i od obowiązków małżeńskich (i proszę tu nie chichotać, bo akurat gotowanie miałam na myśli), bo niestety zawodowo, to mam "niewolne". Ale i tak bilans godzin, które mogę przeznaczyć na rozrywki własne, wychodzi na plus. 
A Ślubny oddalił się w kierunku stolicy, by jutro bladym świtem odlecieć do Mediolanu w celu nawiedzenia międzynarodowych targów dizajnu, czyli wykorzystania tej nagrody, którą sponsoruje IKEA. O kwestii sponsorowania (i pewnych paradoksach) napiszę podsumowując cały wyjazd, czyli w okolicach weekendu.

Oczywiście przedwyjazdowe poszukiwania bilonu spełzły na niczym, ale szczerze mówiąc, wczoraj nie przykładałam się już zbytnio do przedzierania się przez mienie ruchome. Nie za bardzo byłam w stanie, bo mnie gięło, coś jakby przeziębieniowo - najwidoczniej wyłazi mi bokiem i nosem wieszanie prania na tarasie w stroju niezbyt adekwatnym do temperatury (jak bardzo był on nieadekwatny nie będę opisywać, bo mi się od Mamy oberwie telefonicznie, że o siebie nie dbam). 

Z ciekawostek przedwyjazdowych należy jednak wspomnieć o skoku ciśnienia tętniczego krwi, jakiego doświadczył dziś rano Ślubny (a dwadzieścia minut później ja), kiedy to udał się przezornie wykupić ubezpieczenie na czas podróży i w przytomności agenta ubezpieczeniowego stwierdził, że zgubił dowód osobisty... Wywróciliśmy na lewą stronę jego torbę i torbę na laptopa, Ślubny postawił na nogi całą firmę, bo może ten dowód gdzieś w biurze posiał i... nagle go olśniło, że nosi dokument tożsamości od kilku dni w kieszeni kurtki, bo szedł na zebranie i miał w planach podpisywanie petycji, wezwań i manifestów i zabrał na wszelki wypadek dowód i zapomniał włożyć z powrotem do portfela. Czyli przez jakieś pół godziny cały wyjazd zawisł na włosku (nomen omen).

Uprzedzam także, że Ślubny odjechał z aparatem fotograficznym, czyli dzisiaj zdjęcia będą (zrobiłam sobie na zapas), ale kolejny wpis może być bezzdjęciowy, ale za to jak już Ślubny wróci, to będzie cała relacja fotograficzna z pobytu w Mediolanie.

Zanim do robótek, to może jeszcze pokażę Wam niedzielny poranek, a raczej to, co nas w niedzielny poranek powitało na parkingu przed domem.
 
Rowerzyści nas najechali zbiorowo, bo tradycyjnie, jak co kwiecień, odbywał się wyścig. Jak się dobrze przyjrzycie, to widać na szybie krople deszczu - nie mieli kolarze najlepszej pogody. Nie udało mi się uchwycić momentu, kiedy jakiś rowerzysta-ekshibicjonista zmieniał gatki..., ale widok był bezcenny :))
Ślubny, idąc po zakupy, machnął zdjęcia ze startu całej tej imprezy (gdzie wszyscy byli już ubrani od stóp do głów, ku memu rozczarowaniu).

I jeszcze jedno zdjęcie, gdzie w perspektywie widać nasz ekstraordynaryjny ratusz na osiedlowym rynku, czyli placu głównym i reprezentacyjnym.

To tyle o kulturze fizycznej. Teraz o robótkach. Obrus Cioci Maryli rośnie. Jestem obecnie w 182. okrążeniu (z 206), czyli mam na drutach... nie mam pojęcia, ile oczek, bo się boję policzyć, ale powinnam jutro skończyć. I jak skończę, to stanę przed wyzwaniem blokowania okrągłego obrusa... Mam w planach wykorzystać moje wieeeeeeeeelkie hula-hop, ale to się uda tylko, jeśli średnica obrusa wyjdzie mniejsza niż moje kółeczko do kręcenia, bo jeśli wyjdzie większa, to pójdę sobie kupić trzy tysiące szpilek i poświęcę jedno przedpołudnie na mozolnie upinanie tego giganta.
Brak aparatu fotograficznego może uniemożliwić dokumentowanie tego zajęcia, ale jeśli okaże się, że będę szaleć z blokowaniem na hula-hop, to zostawię całość do soboty i machnę zdjęcia po powrocie Ślubnego, bo widok może być niezapomniany.

W wersji "zewłokowej" Ciociny Obrus tradycyjnie wygląda smętnie:

I tak, jak pisałam cała biała część, to wariacja na temat pawich oczek:

I jeszcze na deser Mały w towarzystwie ulubionej zabawki:
Gdyby ktoś nie skojarzył, to wyjaśniam, że ulubioną zabawką są firanki. Idealnie jest, gdy do firanki dołączona jest w pakiecie piłeczka ping-pongowa (na zdjęciu widoczna po lewej, zaplątana w tkaninę, kolor zielony). Gdybym ja miała te firanki przypięte żabkami... codziennie rano zbierałabym materiał z podłogi i wieszała na nowo. Dobrze, że nie lubię tradycyjnych karniszy i wykorzystaliśmy metalowe żyłki do wieszania - prosto z IKEI.

To ja się oddalę do kuchni, zrobię sobie gorącą czekoladę (jako lekarstwo na przeziębieniowe gięcie), włączę sobie "Uciekaj, Króliku" (tak, jeszcze nie przebrnęłam przez całość, bo mogę słuchać tylko w małych dawkach, inaczej zaczynam szukać w otoczeniu obiektu do wyładowania irytacji, frustracji i innych -acji) i będę dalej robić obrus. 
PS. Ślubny porównał kiedyś robienie na okrągło na drutach z żyłką do wpadnięcia na rondo i kręcenia się w kółko bez możliwości lub umiejętności zjechania :)))))))))) - czyli idę wpaść na rondo, okrążenie 182.

piątek, 13 kwietnia 2012

ZA DOBRZE SKITRAŁAM

"Skitrać" - schować, ukryć - co podaję za słownikiem slangu i mowy potocznej.

Okazuje się, że w trakcie przeprowadzki ponieśliśmy straty materialne (chyba, prawdopodobnie, możliwe że), o których to stratach nie mieliśmy bladego pojęcia aż do wczoraj.
W związku z peregrynacją Ślubnego do Mediolanu przypomniało mi się, że gdzieś w domu mieliśmy słuszny zapasik waluty euro w bilonie, który to zapasik pozostał po poprzednim wyjeździe. Bilon widziany był ostatnio w trakcie pakowania mienia przeprowadzkowego. Kolejnych świadomych spotkań z bilonem nie pamiętam. Znaczy - wsadziłam w dobre miejsce, żeby "łatwo było znaleźć". Czyli skitrałam bilonik tak doskonale, że od dwóch dni chodzę i zaglądam w różne dziwne miejsca i nie tylko waluty nie zlokalizowałam, ale coraz bardziej mam wrażenie, że wybrałam dla niej miejsce przechowywania lepsze od sejfu w szwajcarskim banku. Przekopałam się już przez miejsca oczywiste - szuflady w biurku, pudło z biżuterią, pudło z ozdobami wszelakimi, pudło z drobiazgami "przydasię" i nic. Jak kamień w wodę. W weekend mam zamiar szukać dalej - w miejscach bardzo nieoczywistych: szafkach kuchennych, szafce z kosmetykami (mogłam wsadzić monety w torebce foliowej do kartonika z farbą do włosów, mogłam, czemu nie?), dwóch kartonach ze sprzętem i narzędziami Ślubnego, które stoją w schowku (i tu robię sobie wielkie nadzieje, bo w tych pudłach jest szwarc, mydło i powidło i możliwe, że bilon też). 
Oczywiście mogło się też tak zdarzyć, że wsadziłam te pieniądze w jakieś pudełko, torebkę, starą portmonetkę, którą później w czasie przeprowadzki miotnęłam na kupkę "do wyrzucenia" i zubożyłam nas nieodwracalnie. Dam znać, czy znalazłam. A znając złośliwość opatrzności, to znajdę dwa dni po wyjeździe Ślubnego, jak już nie będzie to miało znaczenia.

***
A teraz do rzeczy, czyli do obrusa. 
Prezentowy Obrus Cioci Maryli powstaje w niezłym tempie, ale... mój optymizm z poprzedniej notki może się jednak okazać trochę na wyrost. Bo mam teraz na drutach ponad 300 oczek i zrobienie rządka wzoru (tu dwa razem, tu narzut, tu trzy razem, a tu naście prawych) zaczęło zajmować stanowczo więcej czasu. 
Wczoraj Prezentowy Obrus wyglądał tak:

Jak widać był już cały motyw kwiatowy w środku i nawet zdążyłam zmienić kolor na biały. Miejsce do zmiany koloru samo się prosiło - przejście od ażuru do wzoru w pawie oczka było wyraźnie odcięte rzędem narzutów.

Dzisiaj Prezentowy urósł o kolejne naście rzędów i wygląda tak:

Powyższe zdjęcie zostało zrobione po wykonaniu 113. rzędu, a wszystkich jest 206. Czyli rzędowo jestem tuż za połową, ale biorąc pod uwagę przyrost obwodu, to czeka mnie jeszcze sporo machania drutami. Dobrze, że teraz rzędy, w których wyrabia się wzorek oddzielone są od siebie czterema lub pięcioma rzędami prawych oczek, to chociaż te prawe robi się ekspresem i bez specjalnego zwracania uwagi na to, co się na drutach dzieje. 
W słuchawkach mam "Uciekaj, Króliku" Johna Updike'a... hmmm..... Ja się może nie będę wypowiadać na temat tej powieści, zamiast tego oddam głos Pani Katarzynie, która w dosadnych słowach opisała, co też jej Królik robi i dziwnym trafem mnie on robi dokładnie to samo - denerwuje mnie, mam ochotę puknąć go czymś ciężkim w kolano i poddać serii elektrowstrząsów, i kazać za karę słuchać koncertu dudziarzy szkockich przez trzy godziny albo klęczeć na grochu w kącie. Już dawno mnie żadna postać powieściowa tam bezgranicznie nie irytowała.