Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spodnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spodnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2012

SESJA, ZMORO!... UPS!... Z MORO

Szycie spodni zdobionych szalonymi czaszeczkami i odszywanych czerwoną nitką zostało dziś pomyślnie zakończone. Ślubny, niesiony falą Waszych entuzjastycznych komentarzy, nawet nie kwiknął, że nie wystąpi w roli wypychacza świeżo uszytych spodni i tak oto mamy Foto Sesję z Moro. (Dużo zdjęć będzie, więc proszę się wygodnie rozsiąść.)

Zaczniemy wyjątkowo od detali. A konkretniej od moich ulubionych czach. Pojawiły się nie tylko na kieszeniach, ale także jako element ozdobny na bardzo szerokich szlufkach:

O tym, że spodnie mają mnóstwo kieszeni, a każda naszyta kieszeń ma klapeczkę, a każda klapeczka ma czachę lub dwie, to się wie, bo naprawdę nadużywanie ozdobnej czaszkowej taśmy bawiło mnie niezmiernie.
No to szybko urządzimy sobie przegląd kieszeni. 
Kieszenie na tyłku:

Kieszeń na nogawce prawej:

Kieszeń na nogawce lewej... patrzymy uważnie!!!

Kto się dopatrzył "babola krawieckiego"? Czaszki mi na głowie stanęły! Przyszyłam klapkę kieszeni lewą stroną!!! A że dopieściłam perfekcyjnie te klapki, to lewa strona od prawej różniły się tylko i wyłącznie kierunkiem czaszek. Co najlepsze zauważyłam tą niedoróbę dopiero dzisiaj, kiedy Ślubny założył w zasadzie gotowe spodnie (miejsce dziurki i guzika zaznaczaliśmy). Aż mi się gorąco zrobiło, bo od razu sobie uświadomiłam, że nie ma mowy, żeby to poprawić, bo mam już pozszywane wszystkie szwy nogawek. Mało że pozszywane! Odstebnowane podwójnie! Ślubny zastosował prawo łaski i nie poleciał po przenośną gilotynę do schowka. A ja mam nauczkę, żeby nie szyć nocą, po całym dniu intensywnych zajęć, bo wtedy na bank się coś spartoli.

No to po wyznaniach skruszonej krawcowej, co to odwróciła czachę, lecimy dalej z przeglądem kieszeni - zostały nam kieszenie na biodrach. Oczywiście nie mogły być zwykłe, skośne czy półokrągłe. Ekstraordynaryjne miały być, no to poszalałam trochę z nietypowym kształtem wlotu kieszeni i są nie półokrągłe, tylko ścięte pod kątem. Mała rzecz, a zachwyt Ślubnego wielki.


Detale były, czas na prezentację całości. Oto Ślubny w Moro:

Spodnie szyte na bazie modelu 133 z Burdy 03/09. Jednak modyfikacji było całe mnóstwo i z oryginalnego modelu zostało... wspomnienie i zaszewki na tyłku :)))
 
Ale całość okazuje się wysoce noszalna. Na zdjęciu poniżej Ślubny prezentuje, że w nowych spodniach nie tylko może stać, ale nawet siadanie nie narusza integralności uszytku :))

A o poziomie zadowolenia Ślubnego z nowych spodzianków niech świadczy fakt, że już snuje wizje, co też żona uzbrojona w Singera 4423 może mu jeszcze uszyć... 

O perypetiach z wykrojem i rozmiarówką Burdy pisałam wcześniej, ale dumna jestem z tego, że po poprawkach (większości z nich "na oko") spodnie leżą bez zarzutu i trafiłam w rozmiar bezbłędnie.

Za to po raz kolejny powinnam tutaj napisać hymn pochwalny, odę, sonet i fraszkę malutką ku czci Brzydala. Maszyna poradziła sobie ze wszystkim! Nawet stebnówka paska na górze, razem z wszytymi szlufkami pogrubionymi taśmą i naszytymi na szwie bocznym nie spowodowała buntu. Singer jeno ryknął nieco głośniej silnikiem i poszedł jak po maśle. Oficjalnie wyznaję, że kocham swoją maszynę miłością wielką!!!

No to teraz będą prawdziwe zdjęcia bojowe. W ujęciu z przodu:

I w ujęciu nie z przodu :)))

A żeby Wam się po nocach facet w kapturze i spodniach moro nie śnił, to na zakończenie Ślubny w wersji niegroźnej:

A podsumowując szycie spodni męskich z mojego punktu widzenia - nie będzie to moja ulubiona konkurencja krawiecka. Morowe spodnie to była moja pierwsza męska para - na pewno nie ostatnia (sądząc po zapowiedziach Ślubnego) i brakowało mi pewności siebie i wyczucia. Dla siebie szyję znacznie bardziej "brawurowo". Szycie dla faceta wywołuje u mnie stan wielkiego niepokoju :)))) i zastanawiam się nad każdym cięciem, szwem i przeszyciem. 
Muszę za to pochwalić Ślubnego - jest klientem wymagającym, wymyślającym i kombinującym. Ale za to na hasło: "trzeba to przymierzyć" leci galopem, stoi grzecznie i cierpliwie i nawet nie jęknie, że później, że za chwilę, że może nie trzeba tego mierzyć.

A w ramach następnego uszytku wystąpi... coś damskiego!

czwartek, 27 września 2012

MOROWE CZACHY

Ślubny był dostał w prezencie od Teściowej Swojej Jak Dotąd Jedynej morową materię na spodzień w stylu militarnym. Materiał sobie trochę poleżał, bo Ślubny zmieniał rozmiar. Kawał morowej materii uszczknęliśmy na wdzianko dla ipada, a reszta czekała. I w końcu się doczekała. Ślubny zarządził szyjemy, a mnie dwa razy nie trzeba powtarzać.
Postawiłam tylko jeden warunek - będę Morowe Spodnie ozdabiać taśmą w czaszeczki. Przyszły nosiciel spodni nie oponował zbyt intensywnie, więc oto prezentuję początkowe etapy prac nad ubiorem męskim, średnio eleganckim.

Zacznę od zrobienia niewąskiej burdy Burdzie... Szyję według wykroju na spodnie męskie lekko sportowe. 

Oczywiście zmian w konstrukcji jest całe mnóstwo: szersze nogawki, bez wywinięcia na dole, inne kieszenie i tysiąc dwieście innych drobnych zmian. Ale! Podstawa jest z prezentowanego modelu. 
To są moje pierwsze spodnie męskie, więc mam zerowe doświadczenie w dostosowaniu wykroju do potrzeb cielesnych Ślubnego. Przed rozpoczęciem szaleństw z robieniem wykroju obmierzyłam męża wzdłuż i wszerz, powstrzymując się tylko przed zmierzeniem mu obwodu bicepsu, bo to jednak spodnie. Nie zadowoliłam się pomiarami z natury, zażądałam dostarczenia mi do łap spodni idealnie pasujących i z czeluści szafy zostały wywleczone dwie pary, które mogłam sobie mierzyć do woli. Uzbrojona w perfekcyjną centymetrową wiedzę wybrałam rozmiar. Zrobiłam formę i... ja zawsze, ale to zawsze zrobiony wykrój mierzę, czy się obwody zgadzają... i się kurka wodno-ziemna nie zgadzały!!! Było o 10 centymetrów mniej niż wmawiali mi w tabelce z rozmiarami. Trafiło mnie niebotycznie, bo za rysowaniem wykrojów spodni nie przepadam, bo to wielkie płachty papieru, nieporęczne, szeleści i generalnie nie zachowuje się grzecznie. A że Ślubny mi schudnie 10 centymetrów w tydzień, to ja nie liczę.
Zrobiłam wykrój drugi raz - o dwa rozmiary większy, własnym oczom nie wierząc, bo według tabelki oznacza to, że mój mąż ma w pasie ponad 100 centymetrów!!! Ale co ciekawe, obwody mierzone z natury (czyli na wykroju) dają dokładnie tyle, ile mi potrzeba i na pewno jest to dalekie od jednego metra. 
Dochodzę do wniosku, że Burda powinna dodać jeszcze jedną tabelkę, umieszczając ją tuż obok rozmiarówki - tabelkę przeliczającą "centymetry burdowe" na centymetry ogólnie przyjęte. By ich papier pokaleczył, zawodowców!

No to sobie ponarzekałam i mogę pokazywać dalej. Ślubny stanął przed dylematem (to znaczy ja go postawiłam przed wyborem), jaką nitką szyć stebnówki. Do wyboru miał czarny, szary i biały. Trwał w dziwnym zawieszeniu przez kilka minut, aż mnie zgniewało nieco i rzuciłam lekko złośliwie: "Jeszcze czerwone Ci mogę te szwy zrobić." I tu mi się Ślubny rozpromienił i zażyczył sobie czerwieni... 

Wcale źle to nie wygląda, będzie awangardowo. Jak widać, czaszki pojawiają się na klapkach kieszeni, ale wrzucę je też jako ozdobę szlufek. I wystarczy, bo co za dużo, to niezbyt zdrowo.

I tym sposobem od dwóch dni szyję kieszenie i klapki do kieszeni! Stebnówki, kieszenie przyszywane nie na płasko, tylko tak, żeby odstawały od nogawek (z dodatkowymi paskami materiału, między kieszenią, a materiałem spodni), czaszeczki, kieszonki na kieszeniach... Ślubny to wymagający klient z wielką fantazją i wiarą, że ja wszystko dam radę uszyć :)))

Ale radocha z szycia jest gigantyczna, szczególnie, kiedy po pokazaniu pierwszej skończonej i dopieszczonej klapki Ślubny zaczął klaskać uszami i wydawać z siebie radosne pomruki.

I jeszcze fotki kieszeni "udowej" w fazie przygotowań do przyszycia, żeby było widać, że kieszeń według wyobrażeń Ślubnego, to nie jest ładnie przyszyty kwadracik, ewentualnie prostokąt. A skąd! Z fajerwerkami i wodotryskami ma być!

I na wszelki wypadek machnęłam Wam fotkę mojego miejsca krawieckiej pracy :))) Perfekcyjna Pani Domu leciałaby tam sprzątać o drugiej w nocy, bo jak tu spać, wiedząc, że ma się taki bałagan na stole... ja tam śpię spokojnie.

Dzisiaj mam zamiar skończyć drogę przez kieszeniową mękę i może zszyć choć jeden szew dłuższy niż 25 centymetrów :) 
A jak skończę... wiecie, co oznacza fakt, że szyłam dla Ślubnego... będzie bardzo nietypowa sesja modowa :)))))

czwartek, 9 sierpnia 2012

SPODNIE DO ZADAŃ SPECJALNYCH

***
To nie jest tak, że moje spodnie do ćwiczeń - zwane dalej Spodniami Treningowymi - mogą być dowolne, oby z dzianiny i oby dobre rozmiarowo w odwłoku. To by było zbyt proste. Spodnie Treningowe muszą być:
- z tkaniny miękkiej, ale prawie niezniszczalnej, bo użytkuję je ekstremalnie;
- na dodatek tkanina musi sobie radzić z częstym kontaktem z pralką, pranie spodni trzy razy w tygodniu to norma, bywa częściej;
- dłuuuugie muszą być te spodnie, bo ja się makabrycznie źle czuję w spodniach "na wysokie piaski", optymalna jest długość tuż nad podłoże;
- skonstruowane i uszyte tak, że nawet zrobienie w nich szpagatu nie nadwyręża ich integralności (bo ja w nich nie tylko ciężarami macham, ale i jogę ćwiczę, a tu rozciągliwość materii spodniowej staje się równie ważna, co rozciągliwość materii ludzkiej);
- i muszą mieć wysoki stan, czyli część odwłokowo-brzuszna nie może mi się kończyć pod pępkiem, bo jak się człowiek schyli...

No to sobie uszyłam Idealne Spodnie Treningowe. Oczywiście z części tej czerwonej płachty na byka, co ją pokazywałam z przytupem ostatnio
Żeby tradycji stało się zadość - jak przyszło do robienia zdjęć, to oczywiście Ślubnego w domu nie uświadczysz, a Denatka w spodniach nie chadza, nawet założyć nie chce, więc została "technika lustrzana", ale starałam się :))

Dopatrujemy się Małego na ulubionym dywaniku :))

Szyte według tego samego wykroju co Niebieskie Spodnie Bez Niczego (model 120 z Burdy 9/98). Oczywiście zostały wywalone wszelkie zaszewki i przedłużyłam je o jakieś 4 centymetry, żeby uzyskać wdzięczne mizianie podłogi nogawkami :)))

Spodnie mają na górze tunelik, a w tuneliku mają gumkę, a gumka ma do towarzystwa sznurek do wiązania, porządny, łatwo tworzący kokardki i supełki (nic mnie tak nie denerwuje jak wiecznie rozwiązujące się troczki przy spodniach).
Szew w kroku został wzmocniony i przeszyty z wierzchu stebnówką, żeby nawet nie pomyślał, że mógłby puścić.

A tkanina okazała się tak rewelacyjna, że żałuję, iż zakupiłam jej marne trzy z kawałkiem metra... byłyby dwie pary spodni. A tak, to są spodnie i oczywiście powstanie zapowiadana sukienka, ale o sukience to za chwilę.

Teraz jeszcze jedna "lustrzana fotka" Idealnych Spodni Treningowych:
Mały się nudzi i troszkę ofukuje, bo nie jemu robią zdjęcia :)
***
A teraz spokojnie mogę się podzielić tym horrorem, który sama sobie wczoraj zafundowałam w związku z sukienką z tej samej czerwonej płachty na byka.
Burd mam pewnie jakieś czterdzieści egzemplarzy... poświęciłam trzy godziny na przekopanie się przez nie trzy razy i... wyszło na to, że najbardziej podoba mnie się, w kolejności podobania:
- piękna letnia sukienka ze sznurowaniem na plechach, pod którym to sznurowaniem nie ma nic, czyli odpada noszenie biustonosza, a ja jestem "kobieta bieliźniana", a wywalenie sznurowania lub zrobienie go na materiale odbierze cały urok sukience... model się nie nadaje;
- halka (!!!), ale prosta taka i urokliwa...
- sukienka zaprojektowana dla dziecka metr dwadzieścia i jakoś nie wydawało mi się, że łatwo pójdzie przerobienie jej na moją rozmiarówkę...
Po trzech godzinach wiedziałam tyle, że nie mam pojęcia, co chcę. Alem się zaparła i czwarty raz przejrzałam Burdy i wsparta opinią Ślubnego dokonałam wyboru. Oczywiście bez przeróbek się nie obejdzie (rękawki żegnamy, zestawienia kolorystyczne witamy, odszycia dekoltu zamieniamy na śliczne lamówki i parę innych zmian :). W każdym razie dzisiaj z wielką determinacją pognałam do pasmanterii zakupić brakujące dodatki i czym prędzej będę kroić, żeby mi się koncepcja nie zmieniła. Będzie Hiszpańska Sukienka z Milionem Zakładeczek (czerwono-czarna :))).

***
Poza tym na drutach mam piękną szarą bawełnę, a Poczta Polska Powolna najprawdopodobniej ma już w swoim posiadaniu wełenkę na Projekt Romantyczny, który zapewne stanie się Projektem Priorytetowym.

***
I jeszcze - specjalnie dla Brahdelt - Mały w pełnej krasie, bo co to tam, takie pokazywanie Małego mimochodem, przy okazji fotografowania spodni. Mały musi wypełniać kadr, inaczej się obraża.

Mały na swoim ulubionym dywaniku (ulubionym do tego stopnia, że trzeba go prać ekspresem i suszyć galopem, bo brak dywanika oprotestowywany jest głośno i natarczywie), złapany na myciu:

I Mały podpierający szafę w kuchni i kombinujący intensywnie, czy to już pora na sjestę, czy może jeszcze się popałętać pod nogami bez przydziału kompletnie.

środa, 30 maja 2012

NIEBIESKIE SPODNIE BEZ NICZEGO

Są! Uszyte, odprasowane i... właśnie noszone. Ale żeby się w bocznych paskach jakieś śliczne i zachęcające zdjęcie pokazywało, to na początek nie mój odwłok w paskach, ale donice z ziołami. Brahdelt zasugerowała, żeby dać Wam te zioła do rozszyfrowania, bo nadal nie możemy zidentyfikować dwóch krzaczków. No to proszę, są dwie donice z ziołami i jak ktoś ma ochotę, to niech się wykaże znajomością flory jadalnej (problematyczne krzaczorki są w tej pierwszej pokazanej). 

No to teraz mogę już wrzucać zdjęcia dowolne.
Temat spodni lekko się ciągnął, bo jak doskonale wiedzą stali czytelnicy szycie materiału spodniowego okazało się drogą przez mękę i kaktusy. Ale że wczorajszy wieczór był wietrzny i nie sprzyjający siedzeniu na tarasie, to wspięłam się na antresolę i z determinacją wykończyłam spodnie, przy czym spodnie nawet nie próbowały wykończyć mnie (psychicznie, oczywiście, bo atak na palce w wykonaniu igły do szycia ręcznego przeżyłam i nawet nie jęknęłam).
Zdjęcia dzisiaj samoróby lustrzane, bo Ślubny nie przebywał w domowych pieleszach i nie mógł mnie elegancko zdjąć :)

Od razu wyjaśnienia dla Babci Mojej Kochanej: "Mam buty w domu, ale mi się nie chciało zakładać!" To tak na wszelki wypadek, bo jak Babcia Moja Kochana widzi moje zdjęcia w ciuszkach, ale bez butów, to się zawsze dopytuje, czemu na bosaka.

Spodnie, zgodnie z założeniem nie mają niczego: żadnej kieszeni, żadnego paska, tylko zaszewki i zamek błyskawiczny skryty w szwie bocznym.

Wyjaśnienie dla osób, które chciały sobie zamek wszyć nie z przodu, ale z boku i się przestraszyły, że im się ten bok będzie źle układał przez zamek - jak widać nie ma takiego problemu. Nic nie odstaje, nie deformuje naturalnych krzywizn. Na dowód zdjęcie bioder w zbliżeniu i przy okazji widoczek na na odszycie góry i  troczki - jedyną ozdobę Spodni Bez Niczego.

Zamek jest wszyty jako zamek kryty i na górze, pod spodem odszycia ma wielką, mocną, czarną jak noc haftkę, żeby się odszycie tuż nad paskiem nie rozjeżdżało.

Przy okazji wykorzystałam pomysł Sherry z dalekiej Nowej Zelandii (polecam jej blog o szyciu, bo jest w nim całe mnóstwo podpowiedzi i bardzo sprytnych rozwiązań Problemów Krawieckich Spędzających Sen z Powiek) na wzmocnienie materiału tuż przy końcówce zamka. To jest takie miejsce, o które ja się zawsze martwię, że jak szarpnę zamkiem za mocno, to mi się rozerwie początek szwu tuż poniżej, a tymczasem można sobie zrobić Elegancki Trójkącik Wzmacniający i jest ślicznie, estetycznie i użytecznie. 

Podsumowując: materiał piękny, ale do szycia to bym go najgorszemu wrogowi nie dała. Efekt końcowy bardzo zadowalający i czuję się w Spodniach Bez Niczego jak... bez spodni, więc jest doskonale. Problemy z szyciem paskudnego materiału zostały rozwiązane przy pomocy fizeliny w miejscu wszycia zamka i dodatkowego miękkiego materiału w szwie w kroku. Przy czym dochodzę do wniosku, że to było doskonałe posunięcie, bo mam dzięki temu bardzo mocny szew. Chyba teraz będę wszystkie spodnie tak traktować.

Szyte według modelu 120 z Burdy 9/98, wyrzuciłam tylko malutkie rozcięcie-pękniecie z przodu (przewidziane tuż pod wiązaniem troczków, jakoś mi wywietrzniki w okolicach pępka nie pasowały).

Teraz z czystym sumieniem zajmę się drugim rozgrzebanym projektem, czyli pomarańczową sukienką, która czeka na skrojenie. 

***
Kota dzisiaj nie będzie, ale będzie zielenina tarasowa. Zielenina, która wczoraj przyprawiła mnie o stan przedzawałowy, w sumie to nawet nie zielenina jako taka, tylko to wietrzysko, co to ją gięło i smagało bezlitośnie. Po chwili zastanowienia doszłam do jedynego słusznego wniosku, że nie uda mi się zasłonić własną piersią wszystkich doniczek, nawet nie mam co próbować. Wnoszenie doniczek do wnętrza przy każdym wietrze... u nas na tym trzecim piętrze wieje często i mocno. Waga tych donic to paręset kilogramów. A poza tym, jak to wniosę do środka, to możliwe, że ja będę musiała zostać na zewnątrz i się wietrzyć w huraganach, bo już miejsca w mieszkaniu nie starczy nawet na jedną stopę.
Dlatego z rozpaczą patrzyłam na gięte rośliny, ale dziś rano okazało się, że dzielne były i oprócz kilku postradanych listków dzieło zniszczenia nie dokonało się zbyt intensywnie. Niech się hartują, przetrwają najsilniejsi, a raczej najbardziej giętcy i elastyczni.
Ale za to mamy kilka sukcesów.
Goździki nam zakwitły. 

Rzodkiewka okazała się odmianą nuklearną i w trzy dni od posiania wylazła cała dumna z siebie i zadowolona.

Mamy pierwszą czerwieniejąca truskawkę miniaturkę.

I pierwszego pomidorka w wersji minimalistycznej. I czemu ten pomidorek jakoś taki dziwnie przypomina mi zasmuconych bohaterów Final Fantasy (co to ze spuszczoną głową, z włosem opadającym na lico stali i oddawali się zadumie), to ja nie wiem.

Ach, no i Ślubny dostarczył wczoraj nasiona kopru, który dzisiaj beztrosko wrzuciłam wierzbie wątłej pod pień. Zakupił też nasiona bazylii cytrynowej, którą dosiałam w donicy z ziołami i czekam niecierpliwie, bo bazylia dobra jest, a bazylia cytrynowa powinna być "dobrzejsza". (Dla wyjaśnienia, sam z siebie zakupił, nikt mu nie kazał, nikt nawet nie sugerował, że trzeba by coś jeszcze.)

piątek, 18 maja 2012

ALEŻ MNIE WCZORAJ... TRAFIŁO

Od razu przejdę do sedna, bo jak z siebie nie wyrzucę, to możliwe, że się uduszę.
Wczoraj to było, wieczorem. Ślubnego nakarmiłam spaghetti. W ramach rewanżu zostałam napojona kawą i napchana truskawkami z bitą śmietaną i tak koło dwudziestej zero zero, zaproponowałam, że może jednak przeniesiemy się z sofy w salonie na antresolę, to Ślubny zajmie się swoimi rozrywkami, a ja sobie poszyję.
Ślubny się zajął, owszem, dojadając truskaweczki,a ja siadłam do szycia niebieskich Spodni Bez Niczego
I tu się od razu zapytam, grzecznie i nienachalnie: Czy jakaś paskuda tak mi pozazdrościła materiału, że mi go zauroczyła negatywnie, czyli zheksowała??? Trzeba było uprzedzić, to bym czerwoną kokardkę na tych metrach zawiązała :)
Cała pozytywnie nastawiona (po tych bitych śmietaną truskawkach) nawlekłam nici, złapałam jakiś kawałek materiału, żeby sobie ścieg ustawić i... maszyna dość dosadnie pokazała mi, że tego materiału szyć nie ma zamiaru. Jedyne, co może "temu materiału" zrobić, to może sobie na nim pętelki robić, nitki naciągać i generalnie stroić fochy.
Moja pierwsza myśl - maszyna ostatnio była czyszczona i oliwiona, może jej coś źle skręciłam z powrotem (prawdopodobieństwo bliskie zera, ale...), no to wywlokłam inny materiał, z którego szyłam wcześniej, dałam Zośce na pożarcie i co? Oczywiście szew jak złoto, a maszyna aż mruczy z ukontentowania.
No to poeksperymentowałam sobie ze zmianą nici, zmianą igieł, zmianą naciągu nitki i i paru innych ustawień. Przy okazji dawałam werbalne oznaki mojego nieukontentowania, wnerwienia i generalnego "mania po kokardkę". Efekt?
W kwestii spodni to efekt jest taki, że maszyna raczyła łączyć w kupę podetknięte jej dwa kawałki materiału, ale kompletnie bez entuzjazmu. Po dzisiejszej rozmowie z Moją Rodzoną Mamą doszłyśmy do wniosku, że splot tego materiału jest taki, że tkanina nie ma żadnego "napięcia" i w trakcie szycia "wsiąka" w okolice ząbków w transporterze. Pomaga nieco silne naciągnięcie materiału przed i za stopką.

Poniżej ilustracja tego, co się z materiałem dzieje:
 
Szwy boczne udało mi się wczoraj zwalczyć. Natomiast szew środkowy mam zamiar wzmocnić innym materiałem. Raz, że będzie wytrzymalszy, a dwa, to jak maszyna dostanie do pożarcia ten "cudnie giętki" materiał opakowany w dwie warstwy innego, to powinna sobie poradzić.

Ale jest też efekt drugi wczorajszego "mania po kokardkę". Ślubny po mniej więcej pół godzinie mojego werbalnego okazywania niezadowolenia z życia i szycia, stwierdził, że "Gwiazdka się zbliża" i w porozumieniu i przy współudziale Teściowej Swojej, a Mojej Rodzonej Mamusi, dokonają składkowego zakupu nowego sprzętu. Bo on wierzy, że w tym wypadku droższe może okazać się lepsze, a ja go nie będę wyprowadzała z błędu. Wizja cudna, ale humoru spodniowego mi nie poprawiła.

Miałam zamiar dzisiaj szyć dalej spodnie, ewentualnie skroić pomarańczową sukienkę, ale jak weszłam rano do Kącika i popatrzyłam na te spodzienkowe nogawki, to zdałam sobie sprawę, że nie jestem w nastroju na kolejną rundę wrestlingu z materią, ślicznie i porządnie poskładałam wszystko na kupki i oświadczyłam Kącikowi, że go porzucam i wrócę, jak mi przejdzie, po powrocie z weekendowego wyjazdu. Czyli strzeliłam focha :)))

***
A właśnie. Wyjazd równa się parę ładnych godzin w samochodzie,  równa się okazja do dziergania, równa się potrzeba wykombinowania, co dziergać.
Tradycyjnie będzie - Podróżny Otulacz, tym razem w różowościach wszelakich, żeby mi się humor poprawił po tym koszmarze krawieckim.
Zaczęłam sobie grzecznie dzisiaj, kontynuować będę na trasie Murowana Goślina - Łomża oraz Łomża - Zambrów i w końcu Zambrów - Murowana Goślina.

Oczywiście robiony od środka i oczywiście na brzegach pawie oczka, żeby był śliczny, estetyczny. Ale tym razem kolorowy, w trzech odcieniach różowości.

***
Aaaa teraz, specjalnie dla wielbicielek będę ujawniała nieznane fakty z życia Małego.
Mały na co dzień jada suchą karmę, mokrą karmę i wołowinę po rzeźnicku, czyli na surowo. Mleka nie dostawał nigdy, bo nasza poprzednia kotka była na mleko uczulona, więc nie dostawało go żadne z czworonogów i jakoś tak zostało. Ale Mały nie do całego nabiału ma podejście negatywne. Jogurcik zje... bitą śmietanę zje... serek homogenizowany zje... i... lody, najlepiej czekoladowe. Ale! Nie z miseczki, talerzyka czy innego gara. O nie! Kocio jogurt i te inne jada tylko i wyłącznie z łyżeczki karmiony dopaszczowo. Jak ma na talerzyku albo w misce to nawet nie tknie.
Oto Mały w akcji wyżerania bitej śmietany z łychy.

To ja teraz pójdę, omijając szerokim łukiem Kącik Szalonej Rękodzielniczki i sobie powyszywam, przy okazji ogarniając mentalnie rzeczy, których nie można żadną miarą zapomnieć jutro zabrać ze sobą. I poczekam na Ślubnego, który dzisiaj wizytował stolicę w celach zawodowych i doniósł niedawno, że już wracają (on i wspólnik), ale "w korkach"... też mi odkrycie, przecież nawet w telewizji mówią, że trasa Warszawa - Stryków (via Łowicz) to droga przez mękę.
Co najlepsze jutro Ślubny zaliczy powtórkę z rozrywki (bo jedziemy dokładnie tak samo, przez Warszawę), ale sobota może trochę zmniejszy poziom zakorkowania.

To ja będę, jak wrócę, czyli w poniedziałek. Pogodnego weekendu.

środa, 16 maja 2012

PROSZĘ O USPRAWIEDLIWIENIE

Proszę o usprawiedliwienie ostatniej nieobecności autorki tego bloga. Nieobecność spowodowana była odczuciem nagłych potrzeb krawieckich i literackich. 

Z poważaniem
AJM

No właśnie, przepraszam, że mnie nie było, ale najpierw wessały mnie książki, a później poczułam nagły pociąg do maszyny.

***
W ciągu ostatnich czterech dni przeczytałam:
- "Bóg rzeczy małych" - Arundathi Roy - mam mieszane uczucia, ze wskazaniem w kierunku tych pozytywnych.
- "Tricked" - Kevin Hearne - czwarty tom sagi o druidzie... słabiutko, oj, słabiutko...
- "Więzień nieba" - Carlos Ruiz Zafon - przyjemne zaskoczenie, ale mam zastrzeżenie - to jest za krótkie!!! Proszę nie pisywać takich króciutkich powieści, panie Zafon.
- I zaczęłam "Opowieść o Blanche i Marie" - Per Olov Enquist - i po przeczytaniu pierwszej części czuję się jakaś taka... brudna.
- Iiiiiiii - dzięki gorącym namowom zaczęłam czytać "Sto lat samotności" Garcii Marqueza - ojej! bajka... Bardzo mi się podoba.

***
Między jedną linijką tekstu a drugą dziergałam sobie grzecznie Tarasową Tunikę - zbliżam się do dekoltu. I wyszywałam prezent niespodziankę - jestem mniej więcej w jednej trzeciej haftu, ale nauczyłam się już wzoru na pamięć, więc idzie szybciej.

***
A krawiecko - hmmm, to może ja pokażę, jak wygląda w tej chwili Kącik Szalonej Rękodzielniczki, w którym to magicznym kąciku dzieją się dwa ciuszki na raz:

Pisałam ostatnio, że w przytomności Ślubnego, zaciągniętego podstępem do second handu, zostały nabyte materiały dwa. I to materiały, które ewidentnie miały wylądować u mnie, bo jakoś tak od razu było wiadomo, co z nich, z czym, po co, na co i dlaczego.

Z miękkiej, bardzo lejącej błękitnej materii w granatowe paski skrojone są już spodnie.

Materia oryginalnie była chyba jakąś zasłonką, lambrekinem, pasmem zasłaniającym widoki lub inną wielką zazdrostką, bo miało toto ponad trzy metry długości, ale szerokości 90 centymetrów. Okazało się, jednak, że starczyło na dokładnie takie spodnie, jakie za mną łaziły od dłuższego czasu. Spodnie Bez Niczego - bez kieszeni, bez szlufek, ozdóbek, bez paska nawet. W tym modelu nawet zamek nie chce się narzucać i jest wszywany z boku. A do tego "niczego" są mega szerokie nogawki. Materiał jest idealny na takie letnie spodnie - bardzo miękki, lejący się, leciutko elastyczny i relatywnie cienki, ale nie prześwitujący - jak na moje niezbyt wprawne oko, to jest bawełna z jakąś domieszką.
Chcę, żeby były luźne, więc skroiłam rozmiar większe i pogłębiłam tylko zaszewki, żeby nie mieć w pasie smętnie wiszących nadmiarów materiału. Oczywiście wiązanie jest przewidziane, więc dwa centymetry luzu będą maskowane pod kokardką :)
Spodnie już skrojone i przygotowane do szycia. Powinny powstać jutro - prezentacja najpóźniej w piątek.

A to jest, drodzy moi, zestaw, z którego powstanie letnia sukienka.

Pastelowa pomarańczowa sztuczność materiałowa, która została zakupiona w formie prześcieradła z gumką na łoże wielkości boiska piłkarskiego. Po pozbyciu się gumki okazało się, że jest tego nieco ponad dwa na dwa metry. Pomęczył mnie przez jeden dzień dylemat kolorystyczny - co dodać do wielkiej pomarańczowej plamy, żeby przestała mieć mdlące oddziaływanie i olśniło mnie, że fiolet będzie idealny. A zatem moja siateczka, z której powstała tunika Feniks z Popiołów będzie tutaj robiła za dodatek. Do tego lamówka z identycznym fioletowym odcieniu, do zaznaczenia cięcia pod biustem i powinno być ślicznie.
Wykrój już zrobiony, zamek kupiony, zostało kroić i szyć. Tutaj planuję trochę przeróbek i działań "w stylu dowolnym", między innymi przeniesienie zamka z tyłu na bok.

***
A tak poza tym, to muszę bardzo szybko pomyśleć nad Robótką Podróżną, bo zapowiada nam się weekend wędrowny. To, co robię w tej chwili nie nadaje się do samochodu. Tunika ze względu na to, że ciągnę nitkę z wielkich szpul i to jeszcze dwóch.
Wyszywać na polskich drogach się nie da, bo nawierzchnia nie taka idealna. Tym bardziej, że tam się liczy niteczki milimetrowej szerokości, więc nie ma szans, żebym trafiała igłą tak precyzyjnie.
Pewnie jakiś szal albo chusta się zadzieje, ale muszę zdecydować, co, z czego i jaki wzór.
Oczywiście raport z przyrostu robótki w czasie podróży będzie, żeby tradycji stało się zadość.

***
A na koniec krótki dramat w jednym akcie - byłam dzisiaj w pasmanterii. Takiej, co to mam najbliżej do niej. Wcześniej wizytowałam przybytek raz i oprócz wrażenia, że jest to najubożej zaopatrzona pasmanteria w okolicy (ale i tak nie najgorzej), nie odniosłam żadnych szkód emocjonalnych i estetycznych. Ale dzisiaj... W drzwiach rzucił się na mnie manekin krawiecki w stanie rozkładu (aż żałuję, że fotek z ukrycia nie zrobiłam, bo to się opisać nie da). Przy czym to jest siostra mojej Denatki, więc mi się żal zrobiło tym bardziej. Pod ladą, ale doskonale widoczne dla klientów upchnięte zakurzone, zepsute maszyny do szycia. Na półkach i dokoła ogólny obraz nędzy i rozpaczy. A do tego wyszła do mnie z zaplecza pani, która... przykro pisać, ale na pewno cierpi na deficyt mydła w domu, a była dziesiąta rano, początek pracy, czyli ona taka "higieniczna" przybyła z domowych pieleszy. Nabyłam galopem, co miałam nabyć i uciekłam na świeże powietrze. A żeby było zabawniej, to to jest nie tylko pasmanteria, ale także salon szyjący suknie ślubne... Tłumu klientek to oni raczej nie mają.

czwartek, 13 października 2011

PIĘTA ACHILLESA, czyli dla szyjących

Oznajmiam, że spodnie zwane dotychczas Jesiennymi zostają oficjalnie przemianowane na Piętę Achillesa - pochodzenie nazwy łaskawie wyjaśni się na końcu oraz zilustruje stosownym obrazkiem.  
Zdjęcie na tyłku były robione dziś bladym świtem. Światło było marne (ten blady świt), fotograf w ogromnym "niedoczasie" (leciał do banku, zadłużyć nas do cna :), więc proszę o wyrozumiałość.
Poniżej zdjęcia robione wczoraj na wieszadełku.
Jeśli chodzi o rozmiar, to po pierwszej przymiarce (jak spodnie składały się z dwóch nogawek połączonych siłą woli), to wydawało się, że jest ok, ale bez przekonania. Po drugiej przymiarce (jak zszyłam sobie wszystko oprócz szwu na tyłku), to przekonanie zaczęło sterować się w stronę na pewno jest ok. A później zszyłam wszystko, przyszyłam odszycie góry i... Spodnie bez odszycia na górze były idealne, bo sam materiał miał pewną elastyczności i idealnie układał się na krzywiźnie bioder. Ale odszycie jest wzmocnione fizeliną... która powoduje, że materiał sztywnieje i traci całą podatność na rozciąganie, do tego szwy poziome. I nagle góra zaczęła wyglądać fatalnie, bo to odszycie i szwy ciągnęły poniżej talii. Z głębokim filozoficznym spokojem rozcięłam szwy na odszyciach, tak, żeby całość mogła się nieco "rozjechać" i po problemie. (Jak schudnę w odwłoku, to je sobie z powrotem zszyję.)
I druga kwestia, też związana z rozmiarem - mogłam dodać dosłownie pół centymetra na szerokości przodu w biodrach, bo jednak na tym poziomie materiał pracuje najbardziej i nieco zaczyna odstawać wierzch rozporka. (Jak się ktoś przyjrzy, to nawet widać to na pierwszym zdjęciu.) Jednak już po wyjściu Ślubnego i robieniu zdjęć, uświadomiłam sobie, że miałam na tyłku, pod spodniami najzwyklejsze bawełniane gacie, które niczego nie trzymają i żadnych obwodów nie mają prawa zmniejszyć. Założyłam moje super-majtasy wyszczuplające i po problemie - znikają nadprogramowe dwa centymetry w biodrach i wszystko leży jak należy.
Zmian w konstrukcji spodni nie było, kroiłam tak, jak kazała Burda. Jedyne zmiany to inaczej wszywane szlufki (wszędzie, gdzie się dało wszywałam na etapie szwów maszynowych, a nie nakładałam ręcznie na wierzch) i jest inne zapięcie (nie ma guzika, bo mi żaden kolorystycznie nie pasował), jest haftka.
Bardzo podoba mi się miejsce umieszczenia przednich szlufek - z przodu nie ma paska i szlufki są przyszyte na linii wlotu kieszeni.

Spodnie to model 101 z Burdy 5/2009. Materiał kupowany na Allegro - poszła połowa kupionej ilości, co daje koszt jakiś 9 złotych, nici podprowadzonej Rodzonej Matce (kosztów brak), haftka z zapasów, zamek błyskawiczny z odzysku, prądu nie liczę, ale niech będzie, że Pięta Achillesa kosztowała 10 złotych :) 

A teraz czas na wyjaśnienie, czemu Pięta Achillesa. Wieczór już był późny, ja miałam szycia po kokardkę, ale widać było koniec. Zostało podłożenie dołu. Tym razem szyte maszynowo, więc szybko, no to się zaparłam, że skończę. Przypięłam dół szpilkami i ja, która zawsze i wszystko fastryguję!, doszłam do wniosku, że jak mam to zszyć na maszynie, to mam w poważaniu fastrygę, pojadę ze szpilkami. Ale trzeba przymierzyć, czy długość jest ok. No to przymierzyłam! Zakładając spodnie, stanęłam stopą na szpilkę. A szpilki mam te długie... Wbiłam sobie całą w piętę. Co najlepsze wyciągnęłam ją, sprawdziłam, czy długość jest ok, zdjęłam spodnie i dopiero poczułam, że chyba jednak uszkodziłam się bardziej niż mi się wydaje. A jak spojrzałam na dół, to okazało się, że się krew leje. Oczywiście na nowe, jeszcze nie skończone spodnie też! Ale płyny ustrojowe mam dobrze wychowane i pobrudziły materiał tuż poniżej linii podłożenia nogawki. No i mam teraz od środka krwawe ślady, na pamiątkę, do pierwszego prania.

niedziela, 9 października 2011

KONCEPCJE I ANTYKONCEPCJE

Miniony tydzień na pewno nie na pewno nie należał do tygodni wydajnych koncepcyjnie. Raczej był maksymalnie antykoncepcyjny.
O nierównej walce z rękawami Projektu Poprzednio Znanego Jako Stańczyk pisałam ostatnio. Przy czym przypominam, że obecne rękawy to trzecie podejście. Na szczęście okazuje się, że powiedzenie do trzech razy sztuka ma głęboki sens i obecna wersja (odpukać!) spełnia pokładane nadzieje.
Ale wczoraj upadła jeszcze jedna koncepcja - sznurowanych spodni. W piątek szalałam z wykrojem i nie wiem, jakie dobre duchy ustrzegły mnie przez natychmiastowym krojeniem. Jakoś tak mi się kołatało z tyłu głowy, że tam będą metalowe oczka, a ja nigdy takich oczek nie robiłam. Narzędzie zbrodni dostałam niedawno od Rodzicielki, ale nie próbowałam nigdzie żadnego oczka umieścić. Wytargałam cały zestaw wczoraj rano i dałam do łapy Ślubnemu, bo jedno wiem na pewno - pary w łapach to ja nie mam, komarzasta jestem, a Ślubny wprost przeciwnie. Co się okazało? Dołączone do zestawu oczka są parszywie beznadziejnej jakości i nie zaciskają się, jak należy, zamiast tego łamią się, zostawiają ostre zadziory itp. Jednym słowem - nie współpracują. A jak nie ma oczek, to nie ma spodni! Bo przecież cały ich urok właśnie w tym sznurowaniu z boku.
Wykrój ładnie poskładałam, włożyłam do segregatora z wykrojami i poczeka tam sobie na moment, kiedy nabędę oczka porządniejszej produkcji. Ale skoro nastawiłam się na szycie spodni, to przecież nie odpuszczę! Wytargałam całe zapasy Burd. Poszukałam czegoś odpowiedniego, co dziwnym trafem znalazło się oczywiście w wydaniu z 2009 roku, z maja - to był bardzo dobry rocznik! Spodnie jednak będą!
Ciekawostką tego modelu jest brak paska z przodu i istnienie paska z tyłu. 
I żeby znowu jakiś pech antykoncepcyjny mnie nie dopadł, to z marszu padłam na kolana i zrobiłam wykrój (tak, oczywiście, z kotem w wersji polująco-chowającej obok). Mając wykrój, zapytałam grzecznie Ślubnego, czy wytrzyma bez obiadu jeszcze pół godziny, bo jeśli tak, to ja od razu kroję. Ślubny łaskawie zezwolił na opóźnienia w kwestii żywieniowej, więc skroiłam. Nie ma, że mi znowu coś przeszkodzi!
Dzisiaj mam zamiar poeksperymentować z doborem koloru nici do szycia i ozdobnymi szwami do stebnowania.

Są takie tygodnie, że się wszystko komplikuje, nie udaje, nie współpracuje i bruździ. I może kiedyś bym napisała, że trzeba przeczekać, odpuścić, ale teraz trochę mi się zmieniło podejście i raczej powiem - jak pada jedna koncepcja, to od razu wymyśl inną, pokombinuj, zmień, a może okaże się, że zmuszona okolicznościami stworzysz coś lepszego, bardziej oryginalnego. 

Ślubny zasugerował, że moja walka z materią wszelaką w zeszłym tygodniu wynikała z niewłaściwego doboru literatury towarzyszącej... czytałam "Zamek" Kafki, a raczej brnęłam przez Kafkę, niechętnie, pod górkę (jak to do zamku :) i z rozpaczą, że nadal końca nie widać. Skoro trzeba znaleźć winnego niepowodzeń, to niech będzie Franz - może nie da się tworzyć do Kafki :))))) To w tym tygodniu będzie Thomas Keneally i "Arka Schindlera", czyli książka na podstawie, której nakręcono "Listę Schindlera" i od razu uspokajam - już zaczęłam, właściwie jestem w połowie i oderwać się od tego nie mogę.