Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 kwietnia 2014

DOBRA ŻONA...

Dzierganie swetra dla Ślubnego, swetra zwariowanego i z mnóstwem dzikich pomysłów może komuś podsunąć myśl, że ja jestem dobrą żoną. Jak się ktoś zagalopuje, to może nawet - perfekcyjną żoną... 
Taaaaaaaaaaaaaaaaaaak, to dzisiaj ten wyidealizowany obraz nieco podupadnie.

Perfekcyjna żona jesienią udała się do Pasmanterii Obrzydliwie Dobrze Zaopatrzonej i nabyła tkaninę lnianą, skażoną nieco dodatkiem sztucznych włókien. Tkaninę gniecioną, o niebanalnym odcieniu deszczowego letniego nieba. Na pytanie Ślubnego, co z tego ma być, perfidna kobieta rzuciła niezobowiązująco: "A może letnie spodnie dla ciebie..." Ślubny się rozpromienił, wyraził wielką chęć posiadania rzeczonego odzienia i uprzejmie poprosił o odłożenie szycia do wiosny, żeby miał spodnie "na miarę" i to miarę wiosennie aktualną.

Tkanina została z marszu zdekatyzowana i taka uprana i odprasowana leżała, nie wadząc nikomu, w szafie na antresoli. Aż do momentu, kiedy perfe... perfidna żona doszła do wniosku, że potrzebuje spódnicy. Kolejnej spódnicy do kostek - ewidentnie po okresie spódnic do kolan nastąpiła u mnie gwałtowna zmiana preferencji i znowu wszystko musi prawie zamiatać podłogi. I jakoś mnie do tego lnu ciągnęło. 

I tak, zamiast spodni dla Ślubnego, z lnu została uszyta spódnica dla mnie. Rozkloszowana na dole, ściągnięta gumką na górze - model 34 z Anny (Anna Moda na szycie 1/2014). Jedyna zmiana to przedłużenie jej o 7 cm.

A przepraszam, była jeszcze jedna drobna modyfikacja. Ponieważ ten len nie jest miękki i lejący, to dodałam małe zaszewki na każdej z czterech części wykroju, żeby materii zbieranej gumką w pasie było nieco mniej i żeby mi się tam nie robiły mało wdzięczne "buły".

Spódnica była szyta jako dodatek do Tęczowego sweterka - spokojny dodatek :))) Razem prezentują się tak:

I jeszcze zbliżenie na tkaninę. Na zdjęciu jest świeżo po prasowaniu, więc poziom "zgniecenia" jest niewielki. Zastanawiam się, co się będzie działo po praniu - czy nie będzie ciekawiej w wersji bardziej "pogniecionej".

Od razu dodam, że Ślubny nie pała do mnie żadnymi negatywnymi uczuciami. Przyjął stratę materii lnianej po męsku i nie zanosi się na akcje odwetowe... przynajmniej taką mam nadzieję. 

***
A teraz uchylę Wam rąbka tajemnicy - jak upojne bywa robienie zdjęć, kiedy ma się czworonoga "na stanie" i to czworonoga, który nie może sobie darować.
Ślubny robi fotki i wszystko idzie sprawnie i bezproblemowo do momentu, kiedy Mały orientuje się, że jest impreza, a jego tam nie ma.

Najpierw Mały po prostu pojawia się w pobliżu i ma dylemat, bo pan robi fotki i pani robi fotki - osiołek nie bardzo wie, w który obiektyw wsadzić mordkę:

Ale to trwa jakieś pięć sekund i Ślubny już niewiele może... To znaczy może przeczekać albo zacząć robić zdjęcia kotu :)))

I żeby nie było - chusta, kwiatek, wszystko jedno. Kwiatek się obwącha:

Tylko trochę gorzej z dokopaniem się do korzeni :)))

***
A gdyby się ktoś pytał, czemu Ślubny robi fotki chust, które dziergałam już jakiś czas temu i które na blogu już były... :)))))))) Tajemnica... jeszcze przez jakiś czas. Ale podjęliśmy ze Ślubnym Bardzo Poważne Decyzje i praca wre, żeby je urzeczywistnić. Między innymi dlatego na razie nie będzie Razem-Robienia, ale obiecuję, że kiedy już "ogarniemy chaos w tej piaskownicy", to nie tylko Razem-Robienie się pojawi, ale i inne fajerwerki i wodotryski. Ale to jeszcze trochę potrwa.

piątek, 14 lutego 2014

NORMALNY CZŁOWIEK...

Normalny człowiek, który pała chęcią posiadania wiosennego, błękitnego otulacza w jodełkę, bierze druty, dzierga jodełkę (klnąc w żywe kamienie, bo to "ślimaczy" wzorek), zszywa, łączy, pierze i nosi. 

Taaak, normalny człowiek tak robi. Człowiek "normalny inaczej" zaczyna bardzo podobnie - dzierga jodełkę z bawełnianej nitki.

A potem zaczyna się kombinowanie i kiedy próbuje się własne wizje opisać na blogu, to w komentarzach piszecie, że "ciężko to sobie wyobrazić" : ))))) To może ja pokażę etapami.

Po jodełce odczuwa się nagłą potrzebę haftowania... kółek... na polarze :))) Żeby było ciekawiej cieniowaną muliną.

Jodełkę i haft człowiek "normalny inaczej" zszywa ręcznie i natychmiast stwierdza, że jakoś te brzegi trzeba wykończyć. Lamówka własnej produkcji z bawełny w paski nada się idealnie. 

Ale spód też wymaga dopieszczenia. Podszewka? Naprawdę? Wariactwo! Ale robimy, z czegoś cienkiego, sztucznego, z dziwną fakturą, co pasuje kolorem i jest miłe w dotyku. 
Tu następuje chwila zastanowienia. Mam w planach szycie trzech warstw materii bardzo zróżnicowanej: na górze bardzo luźno tkana bawełna o dziwnym splocie, pod spodem sztuczność cienka i lekko elastyczna, a między nimi robiona na drutach jodełka o gęstości żadnej... Kiedy ja ostatnio pisałam, że kocham swoją maszynę do szycia???!!! Brzydal to wszystko zszył bez jednego jęku i bez jednego przepuszczonego szwu. 

I tym sposobem produkcja zwykłego otulacza w jodełkę zostaje zakończona. Efekt końcowy wygląda tak:

Oczywiście docelowo otulacz powinien być noszony zamotany i wtedy widać wszystkie odcienie niebieskości powciskane w jeden prawie półtorametrowy otulacz.

Całość wzięta w łapę jest cudownie lejąca się i ciężka. Układa się w wersji "zwisającej" i miło się mota dokoła szyi. 

I zdążyłam przed wiosną, tą kalendarzową przynajmniej! Druga pozytywna wiadomość to ta, że to był ostatni rozgrzebany projekt, czekający od miesięcy na zmiłowanie i wykończenie.

Małego macie na Walentynkowy deser. Śpiącego. Oburzonego lekko, że mu głupi ludź przeszkadza odsypiać bardzo intensywny program rozrywkowy, jaki zafundował sobie i ludziom nad ranem... kochany kotek. Zdrowy, skoro rozrabia :)))

poniedziałek, 23 grudnia 2013

ROBOT WIELOCZYNNOŚCIOWY MELDUJE

***
Zamieniłam się w robota wieloczynnościowego. Jedna kończyna miesza ogromne ilości żółtek, masła i czekolady w celu wyprodukowania świątecznych słodkości. Druga kończyna sprawnie posługuje się szmatą, wiadrem i odkurzaczem. Trzecia kończyna robi listę zakupów. Czwarta zmienia pościel i wstawia szóste pranie. Piąta wciska Ślubnemu termometr i podtyka pod nos środki inhalacyjne, bo się był przeziębił mąż. Prawym uchem słucham Dickensa, a lewym - świątecznych piosenek. 

Zakatarzony, ale nie obłożnie chory Ślubny został obarczony gigantycznym zadaniem przystrojenia choinki. Dwa lata temu była wersja biała, rok temu patriotyczna, czyli w bieli i czerwieni, a w tym roku? W tym roku musiało pasować do przepięknych bombek od Gardenii, więc jest biało, czerwono i złoto.
To jeszcze raz te cudowne sprezentowane nam bombki.
 

I jeszcze jedna.

I choinka w pełnej krasie.

***
Kocio jest domowym zamętem wprost wniebowzięte. Odmawia spania. Jest go wszędzie pełno. Uczestniczy w każdej czynności i nic, ale to nic kompletnie nie może się bez niego dziać. Kocia ogarnął przedświąteczny kociokwik :)))

***
I w tym kociokwiku udało mi się wczoraj skończyć pokrowiec na pianino. Pokrowiec ochrzczony Kurzołapem.

Zagwozdką konstrukcyjną było wymyślenie sposobu na takie użytkowanie pokrowca, żeby za każdym razem nie wyciągać i nie wciskać podstawki pod nuty. Plastikowa ci ona, włazi w szczelinę w samym pianinie niechętnie, a wyłazi z jeszcze mniejszym entuzjazmem. Wniosek - w pokrowcu musi być stosowny otwór, ale tak wykończony, żeby przylegał idealnie i nie deformował krojonej "na miarę" całości.
Podeszłam do tego otworu jak do wpuszczanych kieszeni wykańczanych pliskami, jak w żakietach. W Carskim Mundurku były takie fajerwerki:

Dzięki temu mam szczelinę, a nie rozłażącą się dziurę. Brzegi są sztywne, nierozciągliwe i trzymające formę.

Żeby nie walczyć z przyszywaniem "boczków", rogi zrobiłam zaokrąglone (zgodnie z konstrukcją instrumentu :))) i leciałam te prawie cztery metry jednym ciągiem, bez troski o to, żeby mi się pod kątem prostym układało jak należy.

A skoro zostałam w okolicach Mikołajek obdarzona stopkami do maszyny w ilościach trudnych do policzenia, to uparłam się, że będę się stosować do zasady "mam, to używam".
I tak Kurzołap powstawał z wykorzystaniem... spoglądamy na zdjęcie poniżej:

Od lewej:
- stopka uniwersalna (ale z nowego kompletu :)));
- stopka do stebnowania - na prawej "płozie" ma dodatkowe znaczniki; niby nic, ale zwiększa precyzję szycia, co mnie przynajmniej raduje wielce;
- stopka do przyszywania sznureczków - przy Kurzołapie, gdzie cała pięciolinia i nutki to przyszyty kordonek, ta stopka to było zbawienie; przyszywa się przy jej użyciu precyzyjnie, ekspresowo i bezproblemowo;
- stopka do ściegu satynowego, czyli bardziej po ludzku - do zygzakowania - i znowu niby nic, ale jej konstrukcja jest jakoś tak doskonale przemyślana, że trzyma materiał tam, gdzie ma być, żeby prawa strona zygzaka wychodziła idealnie na brzegu tkaniny.

***
Na drutach pojawił się Projekt Intensywnie Kreatywny :)))

Będę wykorzystywać motyw centralnej części z Tybetańskich Chmur, ale bynajmniej nie do szala. Na razie pomysł jest w fazie "kombinacyjnej", więc szczegóły nieco później.

***
I jak widać nagłówek został zmieniony już na zimowy - jak zwykle dziękuję Ślubnemu, że te nagłówki stworzył i mogę sobie szaleć zgodnie z porami roku!

Życzenia będą jutro, a dzisiaj ja wracam do przedświątecznego kociokwiku, a Was zostawiam z Małym:


piątek, 20 grudnia 2013

INTENSYWNI STAJĄ SIĘ JESZCZE BARDZIEJ KREATYWNI...

Wpis powinien mieć podtytuł i to pisany wcale nie najmniejszą czcionką: "Intensywni stają się jeszcze bardziej kreatywni albo... zwariowali". Powody i objawy szaleństwa będę tłumaczyć w części trzeciej. 

***
Część pierwsza - Paczka zupełnie niespodziewana
Zziajany świątecznie pan listonosz wdrapał się wczoraj na nasze trzecie piętro i w tempie jamajskiego sprintera: "dzieńdobrnął", pomachał przesyłką, wcisnął mi w lewą dłoń papierek do podpisania, w prawą długopis firmowy, odebrał rzeczone przedmioty, obdarzył paczuszką i "wesołoświętując" już ze schodów, zniknął. A ja zostałam, nieco oszołomiona tempem, z paczką zupełnie niespodziewaną.
To może ja pokażę zawartość:

Pisk zachwytu, jaki się ze mnie wydobył, Gardenia powinna bez problemu usłyszeć u siebie, bo piszczałam długo, z uczuciem i bez opamiętania.

Gardenio!!! Z całego serca dziękujemy za przepiękne bombki i za serdeczne życzenia! Dziękujemy, że widząc takie cuda, pomyślałaś o nas. I za przepiękną kartkę również.


W życiu nie miałam takich pięknych bombek. Na razie stoją na widocznym miejscu na półce, ale jutro zawisną na honorowym miejscu na naszej choince. Bardzo, bardzo dziękujemy!!! I proszę, jeśli będziesz miała okazję, to przekaż autorom tych cudowności, że tworzą zachwycające świąteczne ozdoby.

***
Część druga - Odyseja hydrauliczna
Wczoraj w komentarzach pod niedzielnym "awaryjnym wpisem" Martuuha dopytywała się, czy po bliskich spotkaniach z "wodną siłą fachową" będę mogła napisać, że w ich trakcie nie ucierpiał żaden hydraulik... cóż, cudem chyba, ale nie ucierpiał.
Powtórzę tutaj to, co napisałam jej wczoraj - wnioski mam dwa. Po pierwsze grupa zawodowa hydraulików okazuje się towarzystwem, któremu zupełnie brakuje jakiejkolwiek etyki zawodowej. Na dodatek klient, nawet klient machający plikami banknotów emitowanych przez NBP jest dla nich jednostką zbędną, która z ich wszechświata powinna zniknąć i przestać się naprzykrzać. Stres klienta jest tylko i wyłącznie powodem do wydawania dźwięków rechoczących i wygłaszania złośliwości. Chęć niesienia jakiejkolwiek pomocy nie istnieje.
Po drugie - znowu okazuje się, że jak nie masz znajomości, to nie masz wody, ale za to masz wielki problem. Jedynie hydraulik przysłany "po znajomości" w ogóle chciał palcem kiwnąć. Dosłownie! Bo dwóch poprzednich ograniczyło się do stania nad tym nieszczęsnym bidetem, za którym, w pionie wod.-kan. lała się woda i patrzenia z politowaniem na mnie i moje zestresowane oblicze. Zdania "Ja się nie podejmuję." nasłuchałam się za wszystkie czasy, bo okazuje się, że hydraulicy mają je gdzieś tam nagrane i odpowiadają nim na wszystkie zdania zaczynane przeze mnie od: "A czy może pan chociaż..."
Hydraulik "po znajomości" wszedł, zaczął od zdjęcia bidetu, zdiagnozowania, gdzie się leje, wymiany jednej złączki (czy jak się tam to małe takie nazywa), a później założył bidet, zasilikonował na nowo, wytarł mi ścianę i było po problemie. Półtorej godziny i mogłam odetchnąć, odzyskując zadowalający poziom cywilizacji.
Ale jest jeden pozytywny aspekt tego całego zamieszania - teraz już mamy hydraulika "na telefon" i to zgodnie z jego zapewnieniami - telefon całodobowy. "Jak się coś będzie działo, to niech pani od razu dzwoni i się nie zamartwia, bo to zdrowia szkoda."
Ja jednak poproszę, żeby się już długo nic nie działo.

***
Część trzecia - Stajemy się jeszcze bardziej kreatywni... albo ktoś tu zwariował :)))
W poprzednim wpisie pojawił się klucz wiolinowy jako zapowiedź działań twórczych o bardzo tajemniczym charakterze. Wczoraj udało mi się wyprodukować zasadniczą część nowego projektu.

Przy okazji testowałam nową stopkę do wszywania sznureczków. Z sukcesem! Bo gdybym miała przyszyć tyle metrów sznurka "na oko i z ręki", to prawdopodobnie odmówiłabym działań po pierwszych trzydziestu centymetrach. A tutaj - po pierwszych kilkudziesięciu centymetrach, kiedy już przekonałam się, że stopka "sama szyje" i nie muszę pilnować każdego milimetra, bo żadnych skłonności do skręcania nie wykazuje, poczułam się zrelaksowana i leciałam te metry przyszywanego kordonka bez żadnej walki.
Efekty przyszywania widać w zbliżeniu poniżej:

Wszystkie linie proste to przyszywany maszynowo kordonek. Wszystko, co powyginane to haft ręczny tym samym kordonkiem. A nutki powstały z resztek białego filcu, przyciętego i przyszytego ręcznie.

Przy okazji bardzo dziękuję Basi, od której pochodzi tkanina, na której cały projekt powstaje! Basia robiła porządki i zostałam obdarowana całym mnóstwem tkanin i włóczki. Jak widać bardzo przydatnych rzeczy!

W całości efekty wczorajszego szycia, haftowania i przyszywania wyglądają tak:

Od razu się przyznam, że pozwoliłam sobie na drobny, niewinny żart muzyczny - na bank się ktoś z nut doczyta, jaka to melodia :))))

I tak Wam pokazuję tą "samoróbną" pięciolinię o rozmiarach mniej więcej 30 na 140 centymetrów. O filcu i przyszywaniu sznureczków piszę, ale po co toto, do czego toto i z jakiej okazji toto nadal ani słowa.

Cóż, pokrowiec mi potrzebny, żeby przykryć zupełnie szalony prezent świąteczny od Ślubnego...

Ślubny ogłosił rok 2014 rokiem spełniania muzycznych marzeń z dzieciństwa i tak, dostałam pianino...
Tu powinniście sobie wyobrazić mnie z głupawym, ale najszerszym i najszczerszym uśmiechem na świecie :)))) Oznacza to, że rok 2014 będzie bardzo pracowity, bo będę usiłowała pogodzić pracę zawodową, "rozrywki kurzo-domowe", czytanie, robótkowanie, francuski i pianino, a czwartą ręką będę głaskać kota i poprawiać krawat mężowi. :))) Jak ja lubię mieć intensywne plany. Kompletnie szalone, bo na pianinie grałam w swoim życiu przez trzy tygodnie, kiedy miałam naście lat. I będę się uczyć przed czterdziestką... Dobrze chociaż, że nuty czytać umiem, poczucie rytmu mam i szeroki rozstaw zwinnych paluszków w obu dłoniach. Ale to i tak szalone!!! Kompletnie.

Ale!!! Gdyby się komuś wydawało, że Ślubny też będzie łupał w klawisze, to od razu spieszę donieść, że to nie było jego marzenie z dzieciństwa. O nie! Ślubny nie jest grzecznym facetem we fraku...

Na razie nic nie mówi, że chce pokrowiec na swoją nową miłość. Ale za to już uprzedził, że będzie chciał jakiś oryginalny, przez żonę stworzony pasek do niej. 


piątek, 22 listopada 2013

OJ, DA DANA, LUDOWOŚĆ OD RANA

Niektórzy zaczęli się zamartwiać, że milcząca i nieobecna Intensywnie Kreatywna, to znak, że na Rogu Renifera nastąpił jakiś kataklizm, łupiąc chorobowo lub zawodowo. Poniekąd mieliśmy wątpliwą przyjemność doświadczyć jednego i drugiego w stopniu umiarkowanym, ale nie to było powodem mojego blogowego milczenia... "zaprezentowałam się" na amen! Prawie dwa tygodnie szaleństwa, ale pokazać niczego nie mogę, bo obdarowani zaglądają tutaj regularnie i ujawnienie choćby centymetra kwadratowego czegokolwiek nie wchodzi w grę. Będę pokazywać stopniowo, kiedy paczki dotrą już do zainteresowanych i zostaną rozpakowane.
Przy okazji jeszcze raz dziękuję za wszystkie maile z pytaniem, czy wszystko u mnie ok. Były przemiłe! Jak widać powód milczenia nie był związany z żadną tragedią ani nawet z brakiem weny twórczej, o dzięki Ci, Opatrzności! Czego jak czego, ale weny to mi nie brakuje.

***
Dłubiąc prezenty większe i mniejsze, kombinowałam intensywnie nad kolejnym "torbianym klonowaniem". Dokonało się ono wczoraj, nie bez małego potknięcia :))

Rano byłam pewna, że będę szyła Wór Numer Dwa z czarnego sztruksu, resztek mojej ulubionej spódnicy, która była wyzionęła ducha w poprzednim sezonie. A podszewkę będę robiła z resztek innej czarnej spódnicy, która została wygnana z szafy jakieś trzy sezony temu. Nawet wykonałam stosowaną fotkę dokumentującą elementy składowe:

I rozkładając kawałki sztruksu, uświadomiłam sobie, że jakoś go nie za dużo. Może nie wystarczyć. A jak się tak dobrze przyjrzeć, to na bank zabraknie. A ja chcę wór a nie torebeczkę i na żadne kompromisy w kwestii rozmiaru i pojemności nie mam ochoty chadzać. 
Pogoda może nie zachęcała do spacerów po lesie, ale spacer do Pasmanterii Obrzydliwie Dobrze Zaopatrzonej jak najbardziej wchodził w grę. Poszłam, przekonana, że nabędę czarny, gruby sztruks. Hmmmm... przekonania są po to, żeby je rewidować w locie. Sztruks był, czarny, owszem, ale tak mięciutki, że nadawał się na wszystko, ale nie na torbę bez usztywnienia. Wzięłam zatem głęboki oddech i rzuciłam się metodycznie przekopywać półkę po półce. O ja naiwna! Trzeba było od razu do mojego ostatnio ulubionego kąta z lnem lecieć, a nie zostawiać go na koniec. Bo oczywiście kupiłam len, grubaśny, sztywny, wyglądający bardzo siermiężnie, ale kolorystycznie - smoliście i elegancko (patrzymy sobie na zbliżenie na pierwszym zdjęciu).

Jako dodatek oczywista była czarna krajka, ale szybko zdiagnozowałam potrzebę podniesienia poziomu "odcinania się od tła" i dołożyłam jej po bokach krwistą wypustkę. Konstrukcyjnie torba jest bardzo podobna do pierwotnie sklonowanego Wora Spacerowego. Tylko klapka jest większa i już bez rzepowej taśmy pod spodem, bo się sama trzyma tam, gdzie powinna.

Jako element niespodziewany występuje podszewka. Po pierwsze to, że jest, bo w pierwszym Worze jej nie wszywałam. Jednak len ma znacznie większe tendencje do "siejpania się" na brzegach i bałam się, że zabezpieczenie lamówką, wszywane wzdłuż nitek tkaniny, wylezie mi razem z zabezpieczonym brzegiem. A poza tym zrezygnowałam z czerni na rzecz...

... krwistej czerwieni. A co!

Jestem bardzo zadowolona z efektu końcowego. Mam torbę w kolorze pasującym do odzieży zimowej (no... może powinnam sobie jeszcze uszyć róóó-żoo-wąąą, żeby mi pasowała do kurtki-baleronika :)))), pożądany poziom ludowości został osiągnięty, ale mam wrażenie, że nie przesadziłam, a poza tym ta lniana tkanina powinna wiele przetrwać.

***
I w końcu, po miesiącach walki z koncepcjami i antykoncepcjami oraz z brakiem pomysłów w ogóle, narysowałam to, co ma się dokładnie znaleźć w LOVE ramce. I nie ma odwołania, haftuję, wyszywam, przyszywam i tworzę w ciągu tego weekendu. Niech ta ramka w końcu stanie na półce, a nie wala mi się i kurzy na antresoli, rozebrana na części pierwsze i grożąca potłuczeniem szkła przy kolejnym popychaniu jej łokciem, bo przeszkadza na biurku.

Będzie trochę bardziej kwiatowo i ludowo, niż planowałam, ale jakoś mi tak spod ołówka samo wyszło. Ślubny zaakceptował. A czerń i biel z czerwonymi dodatkami powinny nadać temu elegancji i nieco stonować tą ludowość.

środa, 13 listopada 2013

OTULONA BAWEŁNĄ... BĘDĘ

Po tym, jak Ślubny pokazał, co dobrze wychowany mąż przywozi żonie z wypraw turystycznych, zadałyście prawie chóralnie pytanie: "A co z tego będzie???!!!"
Rozmyślam nad tym dość intensywnie, bo przecież szkoda takiego "cennego" materiału na "beleco". W ramach rozmyślania przede wszystkim uprałam wszystkie trzy płachty i ku memu wielkiemu, pozytywnemu zaskoczeniu farby nie puściła żadna. Pranie i wirowanie nie zaszkodziło także "fabrycznym" brzegom. Na dodatek po praniu zrobiło się toto bardzo miłe w dotyku.
Rozmyślam zatem, kombinuję, upinam całe metry na Denatce, z dziwnym naciskiem na płachtę w kolorze niebieskim:

I tutaj decyzja zapadła - będzie spódnica do ziemi. Materia upięta na Denatce "na szybko" po prostu mnie zachwyciła.

Nawet się zastanawiam, czy nie zabezpieczyć ręcznie oryginalnego brzegu, żeby mu się krzywda nie działa i nie zostawić tak, jak jest, z frędzelkami na dole.

***
Przy okazji - jeśli ktoś ma niedosyt marokańskich zdjęć z poprzedniego wpisu, ponieważ Ślubny skoncentrował się tylko na fotkach "kreatywnych i inspirujących", to mam dobrą wiadomość. Ślubny wybrał ponad 400 zdjęć z wyprawy do Maroka i zgrabnie poskładał je w prezentację. Jest czym oko (i ucho :)) nacieszyć.

***
Ale to nie koniec otulania się w bawełnę. Znowu "jodłuję", tym razem docelowo w nieco większym formacie niż piórnik - powstaje Jodełkowy Otulacz Wiosenny. Wiosenny, bo nie mam złudzeń, że skończę go przed wiosennymi roztopami.

Pomysł jest taki, żeby zrobić główną część "jodłującą", ale w miejscu łączenia wszyć materiałową, haftowaną wstawkę... Co mi z tego wyjdzie, zobaczymy, kiedy już "dodziubię" do końca to, co na drutach.

***
Bluzeczka z koronkową wstawką ma już gotowy korpusik. Wykończenia są nadal wstępne, bo o ich ostatecznym kształcie będę decydować, kiedy już będą rękawy.
Wersja bez prania i blokowania, więc nieco "siermiężna" w formie i gdzieniegdzie jeszcze nie do końca ułożona. I na dodatek ten melanż się przy jesiennej szarzyźnie za oknem fatalnie fotografuje. Ale formę widać. Nad pokazaniem prawdziwej kolorystyki popracuję, kiedy będzie już do pokazania całość.

Rękawy będą smoliście czarne, lekkie, ażurowe, ale nie bardzo ozdobne. Prawdopodobnie trzy czwarte lub długie. Szerokie? Wąskie? Z mankietem? Tego jeszcze nie wiem. Nie przyśniło mi się :)))

***
I na deser kocio. Kocio, które się obraziło na swojego pana niesamowicie za to, że ten śmiał wrócić do domu. Okazuje się, że Mały jest najszczęśliwszy, kiedy ma sofę dla siebie, łóżko dla siebie, panią dla siebie... Raj na ziemi dla kociego egoisty.

Ale skończyło się eldorado, Ślubny wrócił i Mały zaprezentował niezadowolenie z zaistniałej sytuacji, ignorując człowieka całkowicie. Ślubny woła, Mały głuchy. Ślubny chce pogłaskać, Mały się oddala... Dziś sytuacja już wróciła do normy, ale pierwsze trzy dni były komiczne.

niedziela, 3 listopada 2013

PRAWIE JAK U JANE AUSTEN

Będzie prawie jak u Jane Austen, bo u niej była "Duma i uprzedzenie", "Rozważna i romantyczna", a u mnie będzie...

Prosta i skomplikowana.

***
Prosta...
Od dłuższego czasu marzyła mi się spódnica z dzianiny, taka do ziemi, miękka, ciepła, na jesienne chłody. Nawet materiał leżał i "dojrzewał", darowany przez Mamę Moją Rodzoną Jedyną. Ale jakoś mi było z kiecką nie po drodze. Do wczoraj. 
Konstrukcyjnie to jest... prostokąt 140 na 120 cm (trzy minuty prasowania i dwie minuty krojenia), zszyty wzdłuż brzegu fabrycznego (minuta roboty). Wszyty w czarną gumkę, żeby mi się ładnie i równo zmarszczyło (10 minut razem ze zszywaniem gumki i upinaniem mniej więcej, żeby było równo). Podszyty na dole ręcznie... ponad godzina :)))))))
I nawet uwzględniając "kopciuszkowanie" przy ręcznym podszywaniu dołu całość była gotowa w mniej niż dwie godziny. 
Proszę bez skrępowania pukać się po głowie z powodu ręcznego szycia, ale miałam nitkę niby pasującą kolorem, ale nie tonacją do materiału i nie było mowy, żeby zrobić szew widoczny po prawej stronie. No to sobie podziubałam prawie półtora metra drobnych krzyżyków, żeby nie tylko podłożyć, ale i zabezpieczyć dzianinę.

Szeroka czarna gumka wszyta zygzakiem do tkanin elastycznych, żeby miała jak największe możliwości swobodnego naciągania się przy zakładaniu:

No i zdjęcie poglądowe, "lustrzane", robione "ajpapadem", bo przecież wszystkie sprzęty bardziej godne miana aparatu fotograficznego wojażują ze Ślubnym. Ale to, co ma być widać, to widać - mam spódnicę do samiuśkiej podłogi :))) 
A w tle macie kocia, oddalającego się godnie do sypialni, w celu odespania bardzo emocjonującego i aktywnego poranka.

***
... i Skomplikowana
Bez wątpienia powstająca bluzeczka z koronkową wstawką zasługuje na miano udziergu o skomplikowanym sposobie tworzenia.
Koronkowa wstawka została trwale połączona z drucianą częścią górną. Przy czym, żeby przejście było łagodniejsze kolorystycznie dołożyłam trzy rzędy robione czarną wełenką:

W tej chwili całość, od strony rufy patrząc, wygląda tak:

I teraz będzie "numer sezonu"... 
Robię z melanżu, mam go niewiele, więc wszelkie manewry z cięciem nitki i dopasowywaniem koloru odpadają. Z drugiej strony bardzo mi zależy, żeby przejścia kolorystyczne (tak cudowne w tej włóczce) układały się naturalnie i były symetryczne na tyle i przodzie, pomimo dekoltu, pomimo podkrojów pach...
Trzy dni siedziałam, szydełkowałam tą wstawkę i kombinowałam, jak to zrobić, żeby było po mojemu. No i wykombinowałam...

Bluzeczka w części "biuścianej" była robiona na okrągło, w ramach podkroju pach zamknęłam po 10 oczek po lewej i po prawej stronie i... dalej robię na okrągło! Tym sposobem ani razu nie przecięłam nitki, kolory wszędzie układają się zgodnie z farbowaniem producenta. A dziura na rękawy??? Będę ciąć! Zgodnie z tutorialem Elki. Pomysł jest karkołomny, ale jedyny, który bezkompromisowo spełnia moje potrzeby "dziergania na melanżu".

Na zdjęciu powyżej wyraźnie widać też, że na przodzie były robione zaszewki na biust - wysokość przodu jest większa niż tyłu (białego mam więcej z frontu :))), a dzięki temu bluzeczka idealnie leży na kobiecych krągłościach.

Pomysł na kształt dekoltu już mam i nawet został zrealizowany, wykończenie go - mgliście, ale też coś się pojawia w głowie. Całość będzie zapewne powstawała powoli, szczególnie jeśli nadal będę miała tak karkołomne pomysły jak ten z cięciem dzianiny :))) Ale obiecuję raporty na bieżąco.