Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gail. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gail. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 sierpnia 2012

WIECZÓR WIEKIEGO FINISZU

Wczorajszy wieczór powinien zostać nazwany Wieczorem Wielkiego Finiszu, ponieważ kończyłam i chustę z koralikami, i trylogię Tolkiena. Kończyłam i, co ważniejsze, skończyłam. Od razu wyjaśnię, że chusta znana powszechnie jako Gail, u mnie została nazwana Koliberkiem, bo waży tyle, co nic.

Zdjęcie pamiątkowe powyżej - Koliberek w towarzystwie mistrza Tolkiena :)))

Całość robiona z prezentowej wełenki na drutach 3.00 i z dodatkiem koralików wszędzie tam, gdzie we wzorze wypadało trzy oczka razem, plus jeszcze trochę przy wykończeniowych ażurach. Całość (razem z koralikami) waży zaledwie 52 gramy.

Poniższe zdjęcie miało być dowodem na istnienie koralików w robótce, ale jakoś mało je widać, bo są przezroczyste, lekko perłowe. Ale jak się ktoś bardzo mocno przyjrzy... Najważniejsze, że w naturze dają dokładnie taki efekt, o jaki mi chodziło, malutkich kropelek rosy. Koraliki oczywiście z odzysku, odprute w ilościach hurtowych z bluzki Teściowej Mojej Niepowtarzalnej, którą to bluzkę doskonale znacie... tak ona miała koraliki, kryształki i inne fajerwerki i wodotryski hojnie przyszyte dokoła dekoltu.

I jeszcze tradycyjne zdjęcie z procesu blokowania - czyli chusta na zielono-różowym tle :) Ale widać, że chusta jest średnich rozmiarów, ponieważ ma służyć raczej do motania na szyi niż do opatulania się nią niczym kokonem.


Ponieważ pojawiły się pytania, jak się przy pomocy takiej cudowności wrabia koraliki, to proszę bardzo jest filmik. Przy okazji pokazałam też, jak sobie poradzić, kiedy się nie ma bardzo, bardzo cieniutkiego szydełka lub przyrządu do podciągania oczek - można wtedy posłużyć się... nitką dentystyczną :))) Na filmiku niechcący jest to pokazane dwa razy, bo przy pierwszej próbie koralik ożył i usiłował się oddalić w siną dal kuchennej podłogi :) Uprzedzam, że jest to metoda up... upiornie czasochłonna, ale jeśli ktoś ma potrzebę wykorzystania niewielkiej ilości koralików jako ozdoby, to sprawdzi się doskonale.

A skoro wczoraj był Wieczór Wielkiego Finiszu to informuję, że zakończyłam Wielkie Olimpijskie Wyzwanie Czytelnicze. Pięć książek o umiarkowanej objętości plus cała trylogia Tolkiena za mną! Okazało się, że nie było tak strasznie i nie musiałam czytać po nocach, żeby się uwinąć przed końcem Olimpiady.

To tak na zakończenie - jeszcze raz wykończony :) Koliberek z zaliczonym :) Tolkienem.

Kota dziś na do widzenia nie będzie, ale za to będzie... Chmurne Coś. W pierwszej chwili przypominało mokrego mamuta, ale wiatr szybko przekonfigurował "skupisko kondensatów pary wodnej" (cytuję za Wikipedią, sama bym w życiu na to nie wpadła :) i na niebie mieliśmy takie COŚ:

A teraz plan jest taki: wyżyję się zawodowo-zarobkowo (szybko i intensywnie), a wieczorem... "Podróż do wnętrza ziemi" pana Verne'a w formie audio, żeby ręce były wolne i idę szyć, a raczej kroić, fastrygować, prasować i łączyć szmatki w całość.

środa, 1 sierpnia 2012

MELDUNEK W PRZELOCIE

W przelocie, bo się miotam troszkę między jednym zajęciem a drugim, między obowiązkiem A a obowiązkiem B, ale melduję, że:

***Czytam***
Tradycyjny raport ze stanu czytelnictwa:
- G. Bataille - "Blue of Noon"
- A. Huxley - "Crome Yellow"
- J.C. Oates - "Black Water"
- E. O'Brien - Girl with Green Eyes
- D. Hammett - Red Harvest - zaczęłam
i... - Tolkien i jego trylogia "Władca pierścieni" - jedna trzecia za mną, czyli pierwszy tom.

***Dziergam***
Gail z podarunkowej wełenki od Doroty robi się powoli, ale skutecznie. Znacznym spowolnieniem tempa roboty są wrabiane koraliki, ale co tam - raz na jakiś czas można poszaleć.
Stan na dziś wygląda tak:

Koraliki są przezroczyste, więc na wszelki wypadek zbliżenie, żeby nie było, że ich nie ma:

I dla zainteresowanych - narzędzie zbrodni koralikowej - instrument do podciągania oczek w pończochach, wydarty własnej Rodzonej Mamusi z rąk. Sprawdza się doskonale. Na zdjęciu dla porównania w towarzystwie nitki i drutów nr 3.0.

 ***Wykańczam***
Spokojnie, nie siebie, a jedynie robótki napoczęte, czyli Bluzeczkę Już Nie Klasycznie Czarną. Dla porządku zdjęcie skończonej bluzeczki na Denatce.

I tak, wiem, że ja mam większy biust :) Ale Denatka ma szerszą klatkę... jakby piersiową i jak jej ustawię moje obwody, to wypełnia mi tam, gdzie trzeba, ale nie do końca tak, jak trzeba :))))

Zbliżenie na wykończenie przy dekolcie:

Oraz na wzór na dole, rozprasowany i w pełni widoczny:

***Patrzę, jak rośnie***
Bo intensywnie rośnie nam nie tylko na tarasie, ale w domowych pieleszach też. Zielenina przywieziona od Mamusi Rodzonej Mojej (450 kilometrów sobie przejechało zielsko w bagażniku, owinięte w mokre ręczniki papierowe) ukorzeniała się dłuuuugo... zachęcana moim mruczeniem, przy każdej wymianie wody w dzbanku: "No, puść się! Nie rób sobie żartów, puść się!" Nie wiem, czy to moje namawianie zadziałało, czy po prostu się roślince znudziło w wodzie i zatęskniła do ziemi, ale w końcu dała za wygraną i puściła korzenie na schwał. Przesadzona trochę pomarudziła, że jej słabo, ale wzięła się w garść i... puszcza się dalej :)

***Kombinuję***
Testuję pomysły na kolejne Razem-Robienie... czyli powstaje Prototyp :)

Widać, że na drutach, widać, że na okrągło i że same prawe (i tu słychać ufffff :)))), ale co to, po co i na co, to na razie tajemnica :))))

***Odkrywam***
Kolejne miejsca noclegowe Małego (to tak w nawiązaniu do poprzedniej notki, że gubimy kota notorycznie). Dzisiaj Mały został przydybany na polegiwaniu w najdalszym kącie antresoli, za głośnikiem, na półeczce, z głową na książce kucharskiej :)

Jak widać problem nie mieszczącej się nózi, jest problemem tylko dla mnie :) Kociowi nie przeszkadza, że mu zwisa.

***Pędzę***
Teraz! Pędzę dalej, bo dzisiaj jeszcze kilka godzin zajęć zarobkowych, coś by trzeba przeczytać, zrobić chociaż ze dwa rzędy, o obiedzie dla męża nie wspomnę :)

poniedziałek, 23 lipca 2012

FUTURYSTYCZNA ZAKONNICA

Skończyłam wczoraj wieczorem szyć ostatni "twór z pomarańczowego prześcieradła", co to się troszeczkę naczekał na wykończenie. A zatem do Pomarańczowej Sukienki i Pomarańczowej Bluzki dołączyła... Futurystyczna Zakonnica.
To może ja najpierw pokażę, a później wytłumaczę, skąd się wzięła nazwa.

 
Bluzka szyta na podstawie wykroju tuniki (model 103 z Burdy z najlepszego rocznika 3/2009). W stosunku do oryginału bluzka została oczywiście mocno skrócona, ma pogłębiony i poszerzony dekolt z przodu oraz wydłużoną linię ramienia, żeby karczek w tym miejscu choć trochę przypominał krótki rękawek. No i oczywiście moja wrodzona niechęć do marszczeń kazała mi z przodu zrobić dwie schludne zakładeczki, a nie marszczeniowy bałagan.

Pomarańczowe prześcieradło po skrojeniu z niego sukienki i bluzki dało mi jednak do zrozumienia, że było z gumką, ale nie z gumy i przykro mi Winnetou, ale na całą bluzeczkę nie starczy. Dlatego karczek został skrojony z mięsistej lekko elastycznej bawełny (z której uszyta jest Spódnica Pod Wezwaniem Destrukcyjnych Falbanek). 

UWAGA!!! Zauważamy kota czajnikującego się na schodach :)

I teraz gwóźdź programu - od momentu, kiedy okazało się, że karczek z przymusu będzie biały, to planowałam zrobienie delikatnych, pastelowo pomarańczowych frywolitkowych koronek i doszycie ich na dole karczka w celu "zbizancjonowania" modelu do poziomu mnie zadowalającego... Planowałam, ale...
Wczoraj po obcięciu ostatniej nitki poleciałam toto mierzyć. Przymierzyłam i wróciłam odstrojona na antresolę, żeby pokazać Ślubnemu, co wyszło. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, dowiedziałam się, że uszyłam za... zadziwiająco futurystyczną bluzkę, o intrygującym połączeniu kolorów i tkanin i generalnie, w opinii Ślubnego, to jest najciekawszy ciuch, jaki wyszedł spod stopki mojej maszyny. A w ogóle to jemu się kojarzy z "Piątym elementem" (???) i niech mnie ręka boska broni dodać do tego choć pół milimetra jakiejkolwiek koronki...
Spytałam trzy razy, czy na pewno, czy może jednak lepiej będzie z tymi pomarańczowymi dodatkami na bieli, żeby przejście między kolorami było łagodniejsze... Ale Ślubny szybko i dosadnie mi uświadomił, że ja mam tendencję do zabijania prostoty w zarodku i niech ja się posłucham bez dyskutowania... Posłuchałam :)))

To skąd się wzięła "Futurystyczna", to już wiecie - od skojarzeń Ślubnego. A "Zakonnica"? Od moich dzikich skojarzeń bieli i kształtu tego karczka z... wariacjami na temat zakonnych habitów (można zajrzeć tutaj, ale uprzedzam, że na własną odpowiedzialność :)))).

***
W ramach przerywnika, dla cichych i głośnych wielbicielek Mały jako samiec alfa jaskini na Rogu Renifera:

Oraz rozmruczany (trochę wyobraźni potrzeba, ale na pewno dacie radę :)) orientalny, skośnooki kotek miziany:

***
I po przerywniku! Teraz do rzeczy, czyli do chusty. Z prezentu od Dodgers i przy wykorzystaniu miliona przezroczystych koralików powstaje pierwsza zapowiadana w poprzednim wpisie chusta - Gail będzie z koralikiem wszędzie tam, gdzie się pojawiają trzy oczka razem... czyli się troszkę tych koralików ponadziewam na oczka.
Stan na dziś mało oszałamiający, ale początek jest:

***
A wykorzystując słońce za oknem, machnęłam w końcu zdjęcia czerwonych wazonów. Tak na co dzień upychamy je w kącie tuż obok asa i drzwi tarasowych, ale w celu uwiecznienia dla potomności postawiłam je na stoliku kawowym. Zakup patriotyczny, bo to polskie szkło, ręczna robota.

Mają po około 70/80 cm wysokości i Ślubny kombinuje teraz, co do nich wetknąć, żeby było dobrze - jakieś ozdobne gałęzie zapewne, ale jeszcze żadne się na niego nie rzuciły nie zaszumiały, że to one będą odpowiednie.