Co by tu zrobić ze sobą??? Mam wolne pięć dób. To znaczy od Ślubnego mam wolne i od obowiązków małżeńskich (i proszę tu nie chichotać, bo akurat gotowanie miałam na myśli), bo niestety zawodowo, to mam "niewolne". Ale i tak bilans godzin, które mogę przeznaczyć na rozrywki własne, wychodzi na plus.
A Ślubny oddalił się w kierunku stolicy, by jutro bladym świtem odlecieć do Mediolanu w celu nawiedzenia międzynarodowych targów dizajnu, czyli wykorzystania tej nagrody, którą sponsoruje IKEA. O kwestii sponsorowania (i pewnych paradoksach) napiszę podsumowując cały wyjazd, czyli w okolicach weekendu.
Oczywiście przedwyjazdowe poszukiwania bilonu spełzły na niczym, ale szczerze mówiąc, wczoraj nie przykładałam się już zbytnio do przedzierania się przez mienie ruchome. Nie za bardzo byłam w stanie, bo mnie gięło, coś jakby przeziębieniowo - najwidoczniej wyłazi mi bokiem i nosem wieszanie prania na tarasie w stroju niezbyt adekwatnym do temperatury (jak bardzo był on nieadekwatny nie będę opisywać, bo mi się od Mamy oberwie telefonicznie, że o siebie nie dbam).
Z ciekawostek przedwyjazdowych należy jednak wspomnieć o skoku ciśnienia tętniczego krwi, jakiego doświadczył dziś rano Ślubny (a dwadzieścia minut później ja), kiedy to udał się przezornie wykupić ubezpieczenie na czas podróży i w przytomności agenta ubezpieczeniowego stwierdził, że zgubił dowód osobisty... Wywróciliśmy na lewą stronę jego torbę i torbę na laptopa, Ślubny postawił na nogi całą firmę, bo może ten dowód gdzieś w biurze posiał i... nagle go olśniło, że nosi dokument tożsamości od kilku dni w kieszeni kurtki, bo szedł na zebranie i miał w planach podpisywanie petycji, wezwań i manifestów i zabrał na wszelki wypadek dowód i zapomniał włożyć z powrotem do portfela. Czyli przez jakieś pół godziny cały wyjazd zawisł na włosku (nomen omen).
Uprzedzam także, że Ślubny odjechał z aparatem fotograficznym, czyli dzisiaj zdjęcia będą (zrobiłam sobie na zapas), ale kolejny wpis może być bezzdjęciowy, ale za to jak już Ślubny wróci, to będzie cała relacja fotograficzna z pobytu w Mediolanie.
Zanim do robótek, to może jeszcze pokażę Wam niedzielny poranek, a raczej to, co nas w niedzielny poranek powitało na parkingu przed domem.

Rowerzyści nas najechali zbiorowo, bo tradycyjnie, jak co kwiecień, odbywał się wyścig. Jak się dobrze przyjrzycie, to widać na szybie krople deszczu - nie mieli kolarze najlepszej pogody. Nie udało mi się uchwycić momentu, kiedy jakiś rowerzysta-ekshibicjonista zmieniał gatki..., ale widok był bezcenny :))
Ślubny, idąc po zakupy, machnął zdjęcia ze startu całej tej imprezy (gdzie wszyscy byli już ubrani od stóp do głów, ku memu rozczarowaniu).

I jeszcze jedno zdjęcie, gdzie w perspektywie widać nasz ekstraordynaryjny ratusz na osiedlowym rynku, czyli placu głównym i reprezentacyjnym.

To tyle o kulturze fizycznej. Teraz o robótkach. Obrus Cioci Maryli rośnie. Jestem obecnie w 182. okrążeniu (z 206), czyli mam na drutach... nie mam pojęcia, ile oczek, bo się boję policzyć, ale powinnam jutro skończyć. I jak skończę, to stanę przed wyzwaniem blokowania okrągłego obrusa... Mam w planach wykorzystać moje wieeeeeeeeelkie hula-hop, ale to się uda tylko, jeśli średnica obrusa wyjdzie mniejsza niż moje kółeczko do kręcenia, bo jeśli wyjdzie większa, to pójdę sobie kupić trzy tysiące szpilek i poświęcę jedno przedpołudnie na mozolnie upinanie tego giganta.
Brak aparatu fotograficznego może uniemożliwić dokumentowanie tego zajęcia, ale jeśli okaże się, że będę szaleć z blokowaniem na hula-hop, to zostawię całość do soboty i machnę zdjęcia po powrocie Ślubnego, bo widok może być niezapomniany.
W wersji "zewłokowej" Ciociny Obrus tradycyjnie wygląda smętnie:

I tak, jak pisałam cała biała część, to wariacja na temat pawich oczek:

I jeszcze na deser Mały w towarzystwie ulubionej zabawki:

Gdyby ktoś nie skojarzył, to wyjaśniam, że ulubioną zabawką są firanki. Idealnie jest, gdy do firanki dołączona jest w pakiecie piłeczka ping-pongowa (na zdjęciu widoczna po lewej, zaplątana w tkaninę, kolor zielony). Gdybym ja miała te firanki przypięte żabkami... codziennie rano zbierałabym materiał z podłogi i wieszała na nowo. Dobrze, że nie lubię tradycyjnych karniszy i wykorzystaliśmy metalowe żyłki do wieszania - prosto z IKEI.
To ja się oddalę do kuchni, zrobię sobie gorącą czekoladę (jako lekarstwo na przeziębieniowe gięcie), włączę sobie "Uciekaj, Króliku" (tak, jeszcze nie przebrnęłam przez całość, bo mogę słuchać tylko w małych dawkach, inaczej zaczynam szukać w otoczeniu obiektu do wyładowania irytacji, frustracji i innych -acji) i będę dalej robić obrus.
PS. Ślubny porównał kiedyś robienie na okrągło na drutach z żyłką do wpadnięcia na rondo i kręcenia się w kółko bez możliwości lub umiejętności zjechania :)))))))))) - czyli idę wpaść na rondo, okrążenie 182.