Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zeszyt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zeszyt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 grudnia 2013

JAPOŃSKIE KLIMATY

***
Po pierwsze i najważniejsze - bardzo dziękujemy za wszystkie życzenia, jakimi nas zasypaliście. Dziękujemy za te zostawione w komentarzach. Za te dłuuuuuugie i gorące życzenia przysyłane mailem. I szczególnie za kartki, jakie przyszły pocztą!!! Dzięki Wam to były jeszcze bardziej radosne Święta.

***
Dzisiaj nastąpi małe ujawnienie prezentu niespodzianki.
Kto pamięta jeszcze, że pod koniec października powstawał Piórnik W Jodełkę Ciosany? Powstawał jako część prezentu-niespodzianki dla BabyRudej. Drugą częścią był... była... Gejsza:

Gejsza tym razem solo, a nie w grupie, ponieważ haftowałam jedną z postaci z mojej Japońskiej Torby. 
Kolory znacznie bardziej stonowane niż w poprzedniej wersji, ale wynikało to z wyboru materiału do haftu. Zaszalałam zupełnie, wybierając bardzo nietypowe tło - len o dość równym układzie nitek wątku i osnowy w oliwkowej tonacji. Haftowało się na nim bajecznie i tak w listopadzie, po kryjomu szalałam w japońskich klimatach.

Jak zwykle zrobiłam zdjęcia dokumentujące dwie fazy haftu krzyżykowego - kiedy jest sam haft i kiedy uzupełnimy go tak zwanymi "backstitchami", czyli zrobimy obrysy nitką, najlepiej w kontrastowym kolorze. Robota jak dla Kopciuszka, ale efekt wart każdego dziabnięcia igłą.
Poniżej fragment haftu w wersji "mdłej":

I spójrzcie jeszcze raz na pierwsze zdjęcie, jak ten sam fragment haftu wygląda po dodaniu obrysów i kontrastowych nitek na samym hafcie - od razu nabiera ostrości.

Gejsza w całości tuż po postawieniu ostatniego krzyżyka, ale bez obrysów wyglądała tak:

A do czego ta Gejsza Niedzisiejsza?
Skoro był piórnik, czyli BabaRuda ma czym pisać, to koniecznie powinna mieć jeszcze w czym pisać - Gejsza wylądowała na okładce zeszytu i tuż przed Wigilią trafiła do rąk obdarowanej:

I mam przeczucie, że to nie ostatni raz, kiedy mnie te gejsze dopadły. Pałam do nich szczególną sympatią i okazują się doskonałą ozdobą przedmiotów użytkowych.

środa, 28 marca 2012

FENIKS Z POPIOŁÓW

Feniks, czy inne smoki będą na końcu, ale najpierw ogłoszenie parafialne oraz kwestie papiernicze.

***
Przypomina się uprzejmie, że jutro o północy mija czas przeznaczony na pozostawianie komentarzy w Konkursie IKEA 2012!!! Kto czekał na ostatnią chwilę... to ona właśnie nadeszła i czas się brać do roboty i pisać.

Blogowa komisja Konkursowa już powolutku podczytuje Wasze komentarze. Stan na dziś jest taki: mamy 19 kandydatów do wygranej, wszystkie komentarze mają w sumie 2078 słów, 13 272 znaków liczonych ze spacjami.  

***
Ślubny spędził ostatnie dwa dni snując się po targach poligraficznych, oczywiście snuł się w celach czysto zawodowych, ale... czy ja nie pisałam całkiem niedawno, że Ślubny z każdych targów wiele wynosi (wieloznaczność czasownika "wynosi" zamierzona). Co wyniósł zawodowo, to ja mniej więcej wiem, ale nie to jest interesujące. Znacznie lepsze jest to, co wyniósł materialnie. Otóż jego jedyna jak do tej pory żona dostała dzisiaj targowy gadżecik - zeszyt, ale jaki!!! Z malinami!!!

A jak ktoś nie zauważył, to ja maliny bardzo, bardzo... co nawet na blogu widać. Jeść lubię - w każdej postaci, od surowej do przetworzonej. A poza tym ja jestem Malinowska z domu, więc jak mogę nie mieć sentymentu.
W ramach przedziwnych gadżetów na targach rozdawano także (kolejność wymieniania przypadkowa): zakładki do książek z magnetyczną zapinką, żeby się dało przytwierdzić do strony, nici dentystyczne do szurania po zębach, zapałki, jabłka (jak najbardziej jadalne), nasiona rzeżuchy... coś jakbyśmy reklamowo w ekologię szli, patrząc na te dwie ostatnie pozycje rozdawnicze.

*** 
No i teraz będzie gwóźdź programu, Feniks z Popiołów, Projekt Pokutujący, Czkawka Krawiecka (jeszcze nie zdecydowałam, która z trzech nazw najbardziej pasuje :).
Kto pamięta jeszcze, jak to tuż przed przeprowadzką na Róg Renifera miałam Syndrom Odstawienia od Maszyny i w ramach terapii dorwałam fioletową cieniutką siateczkę w chińskie smoki i inne ornamenty wschodnie i nawet zrobiłam wykrój? Chyba tylko najstarsi czytelnicy pamiętają.
I znowu się powtórzę, że ja na drutach mogę robić w dowolnym momencie, nawet w samym środku remontowego tajfunu i bankowej katastrofy, ale do szycia muszę mieć zupełnie spokojną głowę i żadnego mętliku i kociokwiku dokoła. Dlatego Projekt Pokutujący zatrzymał się na etapie zrobionego wykroju i leżał, i leżał, i przeprowadził się na Róg Renifera i dalej leżał w jednej szafie, w drugiej szafie, aż w końcu  mnie odblokowało.
Metry materii zostały wywleczone, Burdy i inne pomoce naukowe przejrzane, model zmieniony, wykrój zrobiony na nowo, wszystko, co potrzeba skrojone i... czuję się szczęśliwa. Bo to znaczy, że moje życie wróciło do stuprocentowej normy, okres błędów i wypaczeń (błędów mało, wypaczeń sporo) za mną. Wiosna przyszła (śnieg w weekend zignoruję). Żyć, nie umierać. A poza tym Kącik Szalonej Rękodzielniczki sprawdza się idealnie - powierzchnie płaskie w nadmiarze, wszystko pod ręką, bałagan można porzucić w dowolnej chwili i nawet się za siebie nie obejrzeć, oddalając się do innych zajęć.

Ale do rzeczy, czyli do Feniksa. Koncepcja, że ma być bluzeczka, się nie zmieniła, ale model będzie nieco prostszy niż poprzednio kombinowałam - materiał jest tak ozdobny, że co za dużo, to nieelegancko (Diana 4/2011).

Jak widać lekko folkowe klimaty pozostały. Marszczenia na tak miękkim i cienkim materiale powinny wyjść genialnie, a w ramach dodatków wystąpi fioletowa wstążeczka (zostało mi jakieś cztery kilometry z szalonych zakupów w celu upiększenia Lampeduzy - teraz będzie jak znalazł).

Oczywiście prace krawieckie nie mogą się odbywać bez udziału Naczelnego Pomagiera. Najpierw się kocio wpakowało na stół i zaprezentowało lekkie ofukanie, że miejsca mało, nie ma gdzie się rozkładać i polegiwać.

A w sekundę później Mały już się zadomowił, rozsiadł i czekał na rozrywki.

***
Do piątku... w piątek będą wyniki... popołudniowym-wieczorem będą... I w piątek pewnie będę szyć, więc może nawet uda się pokazać jakieś fragmentaryczne sukcesy na Denatce.

środa, 5 października 2011

O UZALEŻNIENIACH I DYLEMATACH

Dziś będzie znacznie mniej rękodzielniczo, ale za to miło dla oka. Jestem kompletnie zakręcona i uzależniona od wielu rzeczy. Przede wszystkim od książek, po drugie od robótek, po trzecie (i doceńcie, że staram się jakoś to uszeregować) od ćwiczeń, a poza tym, od wszystkiego co włoskie, od winogron i serów przedziwnych, od czerwonego wina mszalnego, od swojego laptopa i Internetu (tak, przyznaję się bez bicia), od prowadzenia samochodu (koniecznie z ręczną skrzynią biegów, bo inaczej nie ma frajdy) i od... ładnych wyrobów papierniczych! (Lista oczywiście jest znacznie dłuższa.)
I właśnie o zeszytach dzisiaj będzie, a sprowokował mnie niezawodny Ślubny, który wczoraj sprezentował mi dwie nowe zdobycze.
W liceum nie, ale na studiach miałam zawsze nietypowe zeszyty, żeby nie było nudno. Miłość do ładnych notatników została do dziś i mimo, że potrzeba ich użytkowania nieco spadła, to i tak nie potrafię się oprzeć nietypowej okładce.
Najpierw rzut oka na wybrane elementy obecnego stanu posiadania.
Dwa zeszyty stojące od frontu (ekscentryczna dama i tłoczone wzory roślinne) to właśnie wczorajsze prezenty. Ten drugi, tłoczony zapewne zostanie przerobiony na kalendarz na rok 2012.
Poniżej dama w całej swojej brokatowej krasie :)
Jako trzeci stał zeszyt przerobiony na kalendarz na ten rok - okładka jest z materiału, a wzór rzucił się na nas z półki. Poniżej w zbliżeniu.
Moja ciężka fiksacja na tle Leonarda da Vinci nie mogła nie objawić się w obszarze papierniczym.
I jeszcze jeden zeszyt, a raczej kolumbryna zeszytowa - mój "mini zeszycik" do włoskiego. Waży tyle, że noszenie go zakrawa na wykonywanie ćwiczeń na biceps. Ma wzmocnione metalem brzegi, co nieraz sprawdzało się w tramwajach, kiedy trzeba było przesunąć współpasażera. A walnięcie nim w czółko bez pudła spowodowałoby wstrząśnienie mózgu - czyli funkcja obronna też jest. 
Chciałam pokazać wielkość w porównaniu ze zwykłym zeszytem A5, ale okazało się, że w tym domu nic się nie może odbyć bez obecności Małego.

A teraz zmiana tematu - miało być o uzależnieniach, ale również o dylematach. A dylemat jest, jak stąd do... włoskich bioder. Pisałam już, że w najnowszym numerze Burdy są spodnie, które mnie intrygują i chętnie bym je uszyła. Co ważniejsze jest nawet odpowiedni materiał, ale mam dylemat rozmiarowy.
(Materiał ma odcień bardziej zielonej niż brązowej oliwki, ale aparat fotograficzny odmawiał uwiecznienia właściwej tonacji.  W dotyku i fakturze jest jak delikatny jeans.)
I teraz... jak sobie zrobię rozmiar 88, to będę miała w biodrach 106 cm (materiał nierozciągliwy, jakieś gacie pod spodnie zakładać należy) - może być, ale! W pasie to jest 82 centymetry - około 10 cm luzu! Nie nadaje się! Druga możliwość - rozmiar 84 - w biodrach 102 cm... na styk i możliwe, że będę się wciskać w nie na leżąco i bez ciepłej bielizny, a w pasie 78 cm, czyli nadal za dużo! Rozmiar 80 ma idealny dla mnie rozmiar talii, ale biodra musiałabym sobie obciosać siekierą. 
Wniosek - kobiety o włoskich kształtach mają przechlapane.
Rozwiązanie - zrobię rozmiar 84 i dostosuję go do własnych gabarytów, dodając (ewentualnie) jakiś centymetr na obwodzie bioder i walcząc z dopasowaniem talii na szwach i przy zapięciu. 
A na potwierdzenie, że dylemat jest poważny - zmarszczone czółko Małego, pochylającego się z namysłem nad problemem... "To moje nowe zabawki, czy tylko chwilowy bałagan na podłodze? "