Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haft. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 marca 2014

KILOGRAM "WINTYDŻA"

Dostałam kilogram bardzo cennego dobra. Dobro ma bez wątpienia cechy "vintage" i wywołało mój bezgraniczny zachwyt. 

I tutaj jest miejsce na oficjalne podziękowania dla Marka - szyjącego Marka (!!!), który wszedł w posiadanie wyżej wspomnianego tajemniczego dobra i postanowił mnie obdarować, licząc na to, że napadnie mnie dzięki temu potężna inspiracja. 

Marku, jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję! Inspiracja już za mną gania i pokrzykuje. Sprawiłeś mi tym kilogramem "wintydża" wielką radochę!!!

A co to za tajemnicze dobro? To angielskie "przepisy" na wyroby druciane z lat 60, 70 i 80. Genialne źródło inspiracji, a jednocześnie doskonała lekcja historii "ubioru dzierganego" z ubiegłego stulecia.
Co ciekawe, niektóre modele w ogóle nie straciły na atrakcyjności. Gdyby zmienić modelki i sfotografować je bardziej współcześnie, to spokojnie można założyć, że wywołałyby zachwyt dzisiejszych dziergających.

Niektóre sweterki (te z lat 60, drukowane w czarno-białej, a raczej szaro-żółtej wersji :))) mają urok prawdziwego "vintage" i wywołują u mnie potrzebę natychmiastowego zrewidowania charakteru swojej garderoby i powrotu do klimatów z tamtych lat:

Są też takie modele, które nie zachwycają mnie jako całość, ale za to jakiś element wykończenia lub sposób zdobienia powoduje, że mój mózg zaczyna natychmiast kombinować, jak to można wykorzystać w bardzo współczesnych "udziergach":

I do tego jest całe mnóstwo modeli męskich i dziecięcych oraz trochę "ciekawostek". Na przykład mała książeczka o... stempelkach z ziemniaka! Dla nas to jest pomysł na zajęcie dla dziecka w podstawówce, a tymczasem okazuje się, że można na to spojrzeć znacznie bardziej kreatywnie:

A w ramach wisienki na torcie w tym kilogramie cudowności było mnóstwo angielskich wzorów do haftu, gotowych do naprasowania na materiał. Motywy różne, przeróżne - od tradycyjnych kwiatków, przez bałwanki i domki, po znaki zodiaku:

Od trzech dni siedzę, przeglądam, knuję i planuję. I śmieję się trochę sama z siebie - jak wiele radości może sprawić kilogram papieru :))))

piątek, 14 lutego 2014

NORMALNY CZŁOWIEK...

Normalny człowiek, który pała chęcią posiadania wiosennego, błękitnego otulacza w jodełkę, bierze druty, dzierga jodełkę (klnąc w żywe kamienie, bo to "ślimaczy" wzorek), zszywa, łączy, pierze i nosi. 

Taaak, normalny człowiek tak robi. Człowiek "normalny inaczej" zaczyna bardzo podobnie - dzierga jodełkę z bawełnianej nitki.

A potem zaczyna się kombinowanie i kiedy próbuje się własne wizje opisać na blogu, to w komentarzach piszecie, że "ciężko to sobie wyobrazić" : ))))) To może ja pokażę etapami.

Po jodełce odczuwa się nagłą potrzebę haftowania... kółek... na polarze :))) Żeby było ciekawiej cieniowaną muliną.

Jodełkę i haft człowiek "normalny inaczej" zszywa ręcznie i natychmiast stwierdza, że jakoś te brzegi trzeba wykończyć. Lamówka własnej produkcji z bawełny w paski nada się idealnie. 

Ale spód też wymaga dopieszczenia. Podszewka? Naprawdę? Wariactwo! Ale robimy, z czegoś cienkiego, sztucznego, z dziwną fakturą, co pasuje kolorem i jest miłe w dotyku. 
Tu następuje chwila zastanowienia. Mam w planach szycie trzech warstw materii bardzo zróżnicowanej: na górze bardzo luźno tkana bawełna o dziwnym splocie, pod spodem sztuczność cienka i lekko elastyczna, a między nimi robiona na drutach jodełka o gęstości żadnej... Kiedy ja ostatnio pisałam, że kocham swoją maszynę do szycia???!!! Brzydal to wszystko zszył bez jednego jęku i bez jednego przepuszczonego szwu. 

I tym sposobem produkcja zwykłego otulacza w jodełkę zostaje zakończona. Efekt końcowy wygląda tak:

Oczywiście docelowo otulacz powinien być noszony zamotany i wtedy widać wszystkie odcienie niebieskości powciskane w jeden prawie półtorametrowy otulacz.

Całość wzięta w łapę jest cudownie lejąca się i ciężka. Układa się w wersji "zwisającej" i miło się mota dokoła szyi. 

I zdążyłam przed wiosną, tą kalendarzową przynajmniej! Druga pozytywna wiadomość to ta, że to był ostatni rozgrzebany projekt, czekający od miesięcy na zmiłowanie i wykończenie.

Małego macie na Walentynkowy deser. Śpiącego. Oburzonego lekko, że mu głupi ludź przeszkadza odsypiać bardzo intensywny program rozrywkowy, jaki zafundował sobie i ludziom nad ranem... kochany kotek. Zdrowy, skoro rozrabia :)))

wtorek, 4 lutego 2014

NA MELANŻU

Na początku był Perfidny Obibok, czyli Ania mamiąca wizją posiadania szydełkowych szortów. Klasyczna, wyszczuplająca czerń w formie kształtnych kółeczek powstawała... i powstawała... i w tym powstawaniu coraz ciężej mi było wyobrazić sobie własny odwłok obleczony w te kuszące koronki. Przy czym same koronki podobały mi się z każdym metrem przerobionej bawełny coraz bardziej.

A jeszcze wcześniej był prezent od Joli, a w nim dwa motki cudownego czarno-białego melanżu, z którego miała powstać chusta.

A co się otrzymuje mieszając koronkowe szorty z chuścianym melanżem... Szorty na melanżu? Nie! To nie na Rogu Renifera. 
Na Rogu Renifera z niedoszłych szortów robi się ozdobną koronkową wstawkę w talii:


Z melanżu dzierga się korpusik sweterka, bo na rękawy nie starczy. 

Z rękawami trzeba się trochę pomęczyć, żeby je w końcu zrobić jak najbardziej klasyczne i bez fajerwerków. 

Czyli powstaje to:

Przy okazji bluzeczka stała się poligonem doświadczalnym dla następujących szaleństw:

- Bluzka ma zrobione zaszewki na poziomie biustu przy wykorzystaniu rzędów skróconych. Przez to leży jak ulał i koronkowa wstawka w talii nie ignoruje praw grawitacji i nie podjeżdża mi pod brodę, bo się nie opina na wypukłościach.

- Cięłam dzianinę, tworząc w korpusie dziurę na rękawy. Uparłam się, że tył i przód mają mieć paski melanżu ułożone identycznie, co do milimetra i tak, że nawet najbardziej zmęczona mucha nie siada. Przy obfitości włóczki bym sobie z tym poradziła tnąc nitkę, ale obfitości nie było. Było na styk. No to zrobiłam górę korpusu jako tubę, na okrągło i cięłam... 
Cięcie, a raczej przygotowanie do cięcia okazało się wykonane poprawnie, bo bluzeczka przetrwała przymiarki, nabieranie oczek na rękawy i pranie w pralce. Nic się nie usiłuje pruć.

- I na koniec, jako ta wisienka na torcie spłynęło na mnie natchnienie w kwestii wykończenia całości szydełkowymi plisami.
Zawsze mnie z lekka trafiało, że miejsce przejścia między dzianiną drucianą a szydełkową nie jest perfekcyjne. A to nierówno, a to jakaś dziurka niekontrolowana, a to widać nitki pierwszego szydełkowego rzędu. 
Kombinowałam, jak ładnie i równo przymarszczyć rękawy, wrabiając je jednocześnie w szydełkową plisę i mnie olśniło. Z tym szydełkiem w ręku, przy kawie z mlekiem czekoladowym, ze Ślubnym opowiadającym o plakatach teatralnych i z muzyką mało poważną w tle, spłynęło na mnie natchnienie miesiąca.
Efekt olśnienia na rękawach jest taki:

Efekt na przejściu od jasnej włóczki do czarnej plisy przy dekolcie jest taki:

I mogę napisać - W końcu! Od października dziergałam ten melanż i to ja go wykończyłam, a nie on mnie :)))


***
Teraz będzie jeszcze ciekawiej - kolejny projekt tworzony długo i namiętnie. Błękitny otulacz w jodełkę dziergany. Otulacz, który ma być docelowo pomieszaniem wielu elementów dzierganych, haftowanych i szytych...
Nie pytajcie! Nawet Ślubny nie jest sobie w stanie wyobrazić, co ja chcę zrobić, choć macham mu wszystkimi kawałkami przed oczami. 
W każdym razie jodełkowy panel gotowy i haftowany panel gotowy:

Teraz będę to dopełniać całymi metrami innych tkanin i łączyć. O ile coś z tego szaleństwa wyjdzie, to oczywiście dam znać.

***
I jeszcze dowód na to, że mnie czasami dopada pomroczność jasna i zapominam o ciekawych "pomocach naukowych", które mogą Was zauroczyć albo wodzić na "żakardowe" pokuszenie.
Ewa już dawno temu podesłała mi linka do strony, gdzie można sobie zaprojektować własny sweter z kolorowym żakardowym karczkiem, czyli klasykę gatunku w najczystszym wydaniu.

wtorek, 14 stycznia 2014

SZALEŃSTWO MIERZONE W "MONTYPAJTONACH"

1. "Po pierwsze szalone primo"
Haftowanie działa na mnie jak: medytacja, mantrowanie, mruczenie Małego... Nie spieszę się zupełnie. Dziubię kawałeczek, oddalam się o metr, patrzę. Dochodzę do wniosku, że poziom precyzji mam na razie na poziomie Łysicy, a marzy mi się K2. Obiecuję sobie, że będzie lepiej i następnego dnia haftuję następny drobiażdżek. 

Konsultacje kolorystyczne ze Ślubnym skończyły się jego stwierdzeniem: "Ale to przecież okładka jest!!!" Wprawdzie nie "jest", ale "może być", ale nie w tym rzecz. Ja się nastawiłam na jakąś spójność kolorystyczną na zasadzie - wzorek szalony, to kolory stonowane. A Ślubny, wychodząc z tego samego punktu - "wzorek szalony, to..." - jest przekonany, że kolorystyka powinna mu dorównywać szaleństwem. Cyrkowo ma być, karnawałowo i bez ograniczeń. Kolory mam dobierać - znowu cytat ze Ślubnego - "losując kolor z pudła z nitkami". Mogę, oczywiście, zwiększa to poziom szaleństwa o jakieś dwa "montypajtony"*.
* "Montypajton" - domowa, rogowo-reniferowa 10-stopniowa miara szaleństw wszelakich. Głupotę mierzyliśmy już w "niesiołach" i "kardaszjanach", ostatnio jednostka miary głupoty się zmieniła... bo pewna posłanka nam podpadła :))))

Stan na dziś - dwie plamy koloru i trochę czarnych krzywych:

2. "Po drugie szalone secundo"
Co najmniej dwa miesiące temu zaczęłam "jodłować" Projekt Bliżej Niezidentyfikowany. Widziałam z tego otulacz. Później wizja straciła spójność, odkręciła się i oczyma wyobraźni widziałam szalik. Ale ostatecznie wizja znowu stała się spójna i "w kółeczko" - otulacz, ale taki dłuższy. Żeby się omotać dokoła szyi dwa razy  - raz "dusicielsko" i drugi raz "zwisająco". 

Powyższe zdjęcie jest najlepszym przykładem, że fotografia jest kłamstwem w żywe, zdrowe i niekrótkowzroczne oczy! Wygląda jakbym miała jakieś metr czterdzieści jodełki gotowe... Chciałabym!!! Mam na razie... te czterdzieści, a metra i trochę mi brakuje :))))

Plan na wykończenie otulacza jest szalony - na jakieś cztery "montypajtony". 
Wymyśliła mi się do tego - "podszewka" z cieniusieńkiej dzianiny w kolorze zbliżonym. Do tego lamówka na brzegach z nieco grubszej dzianiny w kolorze zbliżonym, ale ciemniejszym. I do tego... tak, bo to nie koniec szalonych pomysłów - panel haftowany wszyty między "jodłowane" brzegi, żeby był elementem ozdobnym gdzieś na boku części zwisającej. 
Czy ja nie mogę tak po prostu zrobić zwykłego otulacza, nawet długiego, do zawijania się w niego oburącz, ale nie kombinować? Nie mogę!

3. "Po trzecie szalone tertio"
Policzyłam - w ciągu tego roku, który trwa zaledwie od 14 dób, osiem osób, pojedynczo i w tandemach wyraziło opinię, że powinnam napisać książkę... Może być o robótkach na drutach : ))))))) Jeden "tandem" zapowiedział nawet zorganizowanie akcji społeczno-naciskowej... 
Czy Wy wiecie, że to by było jedno z największych szaleństw mego radosnego życia???!!! Na jakieś sto "montypajtonów" w skali dziesięciostopniowej!!!
Czy Wy wiecie, że Ślubny dzisiaj wrócił ze sklepu z wieeeeelkim pudłem ozdobnym i w odpowiedzi na moje wielkie oczy ze znakami zapytania zamiast źrenic, oświadczył: "Prezent Ci kupiłem. O pudło takie, proszzzzz cię bardzo. Będziesz miała na notatki do tej nowej książki, co to ją powinnaś napisać."
Taaaaaaaaak...

czwartek, 9 stycznia 2014

ZAKRĘCIŁO MNIE KOMPLETNIE

O zakręceniu za chwilę. Najpierw dzieło skończone, czyli kolejny kocyk. 
Tym razem bardziej "dziewczyński", bo z różowymi akcentami, ale za to prostszy w formie i jakby bardziej... sportowy w charakterze.

Jeśli się przyjrzycie na zdjęciu powyżej, to widać, że całość robiona wyłącznie prawymi - jakieś "trzebanaście" milinów tych prawych zrobiłam. A kolorowe akcenty to plisy odstające od powierzchni kocyka. Plisy w zbliżeniu poniżej:

Na brzegu króciutka i bardzo delikatna falbanka robiona szydełkiem, bo bez niej całość była naprawdę mega sportowa.

I teraz będzie akcent humorystyczny. Kiedy całość leżała sobie grzecznie w okolicach choinki, ponaciągana drutami do blokowania i intensywnie schnąca, to się w pobliżu kocyka pojawił Ślubny. Popatrzył na udzierg, popatrzył na mnie, ponownie na udzierg i usłyszałam: "Super to zrobiłaś, z tymi plisami, jak tory do wyścigów chomików!" Bez komentarza... 
Zdjęcie z blokowania poniżej:

Wymiary bardzo zbliżone do Pledzika (około metr na metr) i robione dokładnie z tej samej nitki, ale na nieco cieńszych drutach, żeby to było bardziej zwarte.

I ja jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa w kwestii dziecięcych kocyków, bo dwa kolejne pomysły snują mi się po głowie, ale to za jakiś czas, bo teraz... zakręciło mnie kompletnie. Wpadłam po uszy. Śni mi się po nocach, że... haftuję.

Jakoś tak zupełnie przez przypadek, bez świadomości, jakie mogą być konsekwencje zajrzałam na stronę Mary Corbet, która jest bezsprzeczną mistrzynią igły i nitki i hafty, które tworzy są zjawiskowe. Ale ona nie tylko pokazuje, co sama robi, ale także uczy krok po kroku sekretów haftu wszelakiego. Dla osób haftujących lub chcących się nauczyć od zera - skarbnica wiedzy i inspiracji. Ale zaglądacie na własną odpowiedzialność!!!
Przekopałam się przez bloga "Needle 'N Thread" w zasadzie od deski do deski. Uświadomiłam sobie, że muszę, bo się uduszę. 
Na kwiatki i listki nie patrzyłam szczególnie przychylnym okiem jako na potencjalny wzór do wyszywania, więc zaczęłam szukać czegoś bardziej abstrakcyjnego i okazało się, że to wcale nie takie trudne - kolorowanki :)))) Wzór to fragment kolorowanki dla dorosłych ze strony Adult Coloring Pages
Przenoszenie wzoru na materiał można sobie było pooglądać prawie na żywo wczoraj na Twitterze:))) Bo jak sobie człowiek wymyśli haftowanie na niebieskim... to później musi kombinować. Dobrze, że mam szklane deski do krojenia :))))

Później od razu pogoniłam Ślubnego do roboty, bo naciąganie materiału na ramę do haftu wymaga nie tylko dwóch par rąk. Wymaga też, żeby jedna z tych par miała niezłą "parę w rękach" do dokręcania śrubek. 
I tym sposobem mam gotowe pole do działania, do szaleństwa, do nauki... do wariactwa kompletnego!

Co z tego będzie? Jeśli wyjdzie tak, jak mi się wyśniło, to będę miała kolejny półprodukt do stworzenia okładki na zeszyt. Niech wyjdzie, niech wyjdzie, niech...

czwartek, 26 grudnia 2013

JAPOŃSKIE KLIMATY

***
Po pierwsze i najważniejsze - bardzo dziękujemy za wszystkie życzenia, jakimi nas zasypaliście. Dziękujemy za te zostawione w komentarzach. Za te dłuuuuuugie i gorące życzenia przysyłane mailem. I szczególnie za kartki, jakie przyszły pocztą!!! Dzięki Wam to były jeszcze bardziej radosne Święta.

***
Dzisiaj nastąpi małe ujawnienie prezentu niespodzianki.
Kto pamięta jeszcze, że pod koniec października powstawał Piórnik W Jodełkę Ciosany? Powstawał jako część prezentu-niespodzianki dla BabyRudej. Drugą częścią był... była... Gejsza:

Gejsza tym razem solo, a nie w grupie, ponieważ haftowałam jedną z postaci z mojej Japońskiej Torby. 
Kolory znacznie bardziej stonowane niż w poprzedniej wersji, ale wynikało to z wyboru materiału do haftu. Zaszalałam zupełnie, wybierając bardzo nietypowe tło - len o dość równym układzie nitek wątku i osnowy w oliwkowej tonacji. Haftowało się na nim bajecznie i tak w listopadzie, po kryjomu szalałam w japońskich klimatach.

Jak zwykle zrobiłam zdjęcia dokumentujące dwie fazy haftu krzyżykowego - kiedy jest sam haft i kiedy uzupełnimy go tak zwanymi "backstitchami", czyli zrobimy obrysy nitką, najlepiej w kontrastowym kolorze. Robota jak dla Kopciuszka, ale efekt wart każdego dziabnięcia igłą.
Poniżej fragment haftu w wersji "mdłej":

I spójrzcie jeszcze raz na pierwsze zdjęcie, jak ten sam fragment haftu wygląda po dodaniu obrysów i kontrastowych nitek na samym hafcie - od razu nabiera ostrości.

Gejsza w całości tuż po postawieniu ostatniego krzyżyka, ale bez obrysów wyglądała tak:

A do czego ta Gejsza Niedzisiejsza?
Skoro był piórnik, czyli BabaRuda ma czym pisać, to koniecznie powinna mieć jeszcze w czym pisać - Gejsza wylądowała na okładce zeszytu i tuż przed Wigilią trafiła do rąk obdarowanej:

I mam przeczucie, że to nie ostatni raz, kiedy mnie te gejsze dopadły. Pałam do nich szczególną sympatią i okazują się doskonałą ozdobą przedmiotów użytkowych.

piątek, 20 grudnia 2013

INTENSYWNI STAJĄ SIĘ JESZCZE BARDZIEJ KREATYWNI...

Wpis powinien mieć podtytuł i to pisany wcale nie najmniejszą czcionką: "Intensywni stają się jeszcze bardziej kreatywni albo... zwariowali". Powody i objawy szaleństwa będę tłumaczyć w części trzeciej. 

***
Część pierwsza - Paczka zupełnie niespodziewana
Zziajany świątecznie pan listonosz wdrapał się wczoraj na nasze trzecie piętro i w tempie jamajskiego sprintera: "dzieńdobrnął", pomachał przesyłką, wcisnął mi w lewą dłoń papierek do podpisania, w prawą długopis firmowy, odebrał rzeczone przedmioty, obdarzył paczuszką i "wesołoświętując" już ze schodów, zniknął. A ja zostałam, nieco oszołomiona tempem, z paczką zupełnie niespodziewaną.
To może ja pokażę zawartość:

Pisk zachwytu, jaki się ze mnie wydobył, Gardenia powinna bez problemu usłyszeć u siebie, bo piszczałam długo, z uczuciem i bez opamiętania.

Gardenio!!! Z całego serca dziękujemy za przepiękne bombki i za serdeczne życzenia! Dziękujemy, że widząc takie cuda, pomyślałaś o nas. I za przepiękną kartkę również.


W życiu nie miałam takich pięknych bombek. Na razie stoją na widocznym miejscu na półce, ale jutro zawisną na honorowym miejscu na naszej choince. Bardzo, bardzo dziękujemy!!! I proszę, jeśli będziesz miała okazję, to przekaż autorom tych cudowności, że tworzą zachwycające świąteczne ozdoby.

***
Część druga - Odyseja hydrauliczna
Wczoraj w komentarzach pod niedzielnym "awaryjnym wpisem" Martuuha dopytywała się, czy po bliskich spotkaniach z "wodną siłą fachową" będę mogła napisać, że w ich trakcie nie ucierpiał żaden hydraulik... cóż, cudem chyba, ale nie ucierpiał.
Powtórzę tutaj to, co napisałam jej wczoraj - wnioski mam dwa. Po pierwsze grupa zawodowa hydraulików okazuje się towarzystwem, któremu zupełnie brakuje jakiejkolwiek etyki zawodowej. Na dodatek klient, nawet klient machający plikami banknotów emitowanych przez NBP jest dla nich jednostką zbędną, która z ich wszechświata powinna zniknąć i przestać się naprzykrzać. Stres klienta jest tylko i wyłącznie powodem do wydawania dźwięków rechoczących i wygłaszania złośliwości. Chęć niesienia jakiejkolwiek pomocy nie istnieje.
Po drugie - znowu okazuje się, że jak nie masz znajomości, to nie masz wody, ale za to masz wielki problem. Jedynie hydraulik przysłany "po znajomości" w ogóle chciał palcem kiwnąć. Dosłownie! Bo dwóch poprzednich ograniczyło się do stania nad tym nieszczęsnym bidetem, za którym, w pionie wod.-kan. lała się woda i patrzenia z politowaniem na mnie i moje zestresowane oblicze. Zdania "Ja się nie podejmuję." nasłuchałam się za wszystkie czasy, bo okazuje się, że hydraulicy mają je gdzieś tam nagrane i odpowiadają nim na wszystkie zdania zaczynane przeze mnie od: "A czy może pan chociaż..."
Hydraulik "po znajomości" wszedł, zaczął od zdjęcia bidetu, zdiagnozowania, gdzie się leje, wymiany jednej złączki (czy jak się tam to małe takie nazywa), a później założył bidet, zasilikonował na nowo, wytarł mi ścianę i było po problemie. Półtorej godziny i mogłam odetchnąć, odzyskując zadowalający poziom cywilizacji.
Ale jest jeden pozytywny aspekt tego całego zamieszania - teraz już mamy hydraulika "na telefon" i to zgodnie z jego zapewnieniami - telefon całodobowy. "Jak się coś będzie działo, to niech pani od razu dzwoni i się nie zamartwia, bo to zdrowia szkoda."
Ja jednak poproszę, żeby się już długo nic nie działo.

***
Część trzecia - Stajemy się jeszcze bardziej kreatywni... albo ktoś tu zwariował :)))
W poprzednim wpisie pojawił się klucz wiolinowy jako zapowiedź działań twórczych o bardzo tajemniczym charakterze. Wczoraj udało mi się wyprodukować zasadniczą część nowego projektu.

Przy okazji testowałam nową stopkę do wszywania sznureczków. Z sukcesem! Bo gdybym miała przyszyć tyle metrów sznurka "na oko i z ręki", to prawdopodobnie odmówiłabym działań po pierwszych trzydziestu centymetrach. A tutaj - po pierwszych kilkudziesięciu centymetrach, kiedy już przekonałam się, że stopka "sama szyje" i nie muszę pilnować każdego milimetra, bo żadnych skłonności do skręcania nie wykazuje, poczułam się zrelaksowana i leciałam te metry przyszywanego kordonka bez żadnej walki.
Efekty przyszywania widać w zbliżeniu poniżej:

Wszystkie linie proste to przyszywany maszynowo kordonek. Wszystko, co powyginane to haft ręczny tym samym kordonkiem. A nutki powstały z resztek białego filcu, przyciętego i przyszytego ręcznie.

Przy okazji bardzo dziękuję Basi, od której pochodzi tkanina, na której cały projekt powstaje! Basia robiła porządki i zostałam obdarowana całym mnóstwem tkanin i włóczki. Jak widać bardzo przydatnych rzeczy!

W całości efekty wczorajszego szycia, haftowania i przyszywania wyglądają tak:

Od razu się przyznam, że pozwoliłam sobie na drobny, niewinny żart muzyczny - na bank się ktoś z nut doczyta, jaka to melodia :))))

I tak Wam pokazuję tą "samoróbną" pięciolinię o rozmiarach mniej więcej 30 na 140 centymetrów. O filcu i przyszywaniu sznureczków piszę, ale po co toto, do czego toto i z jakiej okazji toto nadal ani słowa.

Cóż, pokrowiec mi potrzebny, żeby przykryć zupełnie szalony prezent świąteczny od Ślubnego...

Ślubny ogłosił rok 2014 rokiem spełniania muzycznych marzeń z dzieciństwa i tak, dostałam pianino...
Tu powinniście sobie wyobrazić mnie z głupawym, ale najszerszym i najszczerszym uśmiechem na świecie :)))) Oznacza to, że rok 2014 będzie bardzo pracowity, bo będę usiłowała pogodzić pracę zawodową, "rozrywki kurzo-domowe", czytanie, robótkowanie, francuski i pianino, a czwartą ręką będę głaskać kota i poprawiać krawat mężowi. :))) Jak ja lubię mieć intensywne plany. Kompletnie szalone, bo na pianinie grałam w swoim życiu przez trzy tygodnie, kiedy miałam naście lat. I będę się uczyć przed czterdziestką... Dobrze chociaż, że nuty czytać umiem, poczucie rytmu mam i szeroki rozstaw zwinnych paluszków w obu dłoniach. Ale to i tak szalone!!! Kompletnie.

Ale!!! Gdyby się komuś wydawało, że Ślubny też będzie łupał w klawisze, to od razu spieszę donieść, że to nie było jego marzenie z dzieciństwa. O nie! Ślubny nie jest grzecznym facetem we fraku...

Na razie nic nie mówi, że chce pokrowiec na swoją nową miłość. Ale za to już uprzedził, że będzie chciał jakiś oryginalny, przez żonę stworzony pasek do niej. 


niedziela, 15 grudnia 2013

NIEDZIELA PEŁNA WRAŻEŃ

***
O niedzielnej szóstej rano Mały stawia cały dom na nogi. Jedna, zapomniana piłeczka ping-pongowa w łapach naszego przesłodkiego czworonoga bywa lepsza niż wystrzał armatni.

O niedzielnej dziesiątej rano usiłuję zamienić mój zwykły, najzwyklejszy odkurzacz na "odkurzacz wodny". Strzygę Ślubnego nad umywalką i w czasie zbierania "postrzyżonego upierzenia" odkurzaczem zasysam wodę z kolanka... 
Tak, ja wiem, że to trzeba być zdolną niesłychanie, żeby sobie cały odkurzacz od środka w taki niezwykły sposób zamoczyć. Że zajęcie w postaci mycia wszystkich pojemników i filtrów oraz wytrząsania wody z rury odkurzaczowej to jest niewielka pokuta za takie sieroce zdolności. 

O niedzielnej dwunastej nadal jesteśmy w łazience, przyklejeni uchem do WC i bidetu... Krany pozakręcane, a nam woda szumi i kapie. Ślubny wykonuje sztukę cyrkową, dla uatrakcyjnienia nazwaną "Gumowa kończyna hydraulika amatora" i leżąc, zaklinowany między ścianą, kuwetą Małego a kibelkiem, przez niewielki otwór za bidetem udaje mu się wymacać w pionie wod.-kan., że rozszczelniła się/pękła/odmówiła posłuszeństwa rura doprowadzająca zimną wodę i dosłownie się z niej leje. Dobrze, że skutkuje zakręcenie głównego zaworu zimnej wody dla mieszkania.
Znajomy specjalista od wszystkiego może zostać zaproszony na gościnne występy dopiero w poniedziałek wieczorem (w wersji optymistycznej). Dobrze, że chociaż ciepła woda jest i cywilizacja domowa cierpi, ale w znośny sposób.

O niedzielnej drugiej po południu dochodzę do wniosku, że ja się lepiej położę spać, bo biorąc pod uwagę narastanie "wodnego" napięcia, to w następnej kolejności spod prysznica wydobędą się wodotryski godne islandzkich gejzerów
Spanie okazuje się bezpieczne, bo ani łóżka nie zamieniam magicznie na "wodne", ani kaloryfer w sypialni nie zaczyna przeciekać.

O niedzielnej szóstej po południu postanawiam napisać Wam, co się dobrego dzieje na Rogu Renifera :)))

***
Po pierwsze - dobrze się dzieje karcianie:

Się wzięłam zawzięłam i haftowana karta została nie tylko wyszyta do końca, ale udało mi się od razu wywrzeć delikatny nacisk emocjonalny na Ślubnego, że to leżeć i nabierać mocy urzędowej nie może. Że trzeba to od razu i bez zwłoki naciągnąć. Piętnaście minut machania pistoletem tapicerskim i było gotowe.

Poniżej szeroka... a raczej wysoka perspektywa z elementem kudłatym w roli pierwszoplanowej:

***
Po drugie - dobrze się dzieje "planowo":
Gdyby się ktoś zastawiał, czy jest w planach jakieś Razem-Robienie, to spieszę donieść, że jest... 

Generalnie będziemy się uczyć, jak "dać się wrobić", czyli stworzyć na drutach dwu- i wielokolorowe cuda. Na przykład takie:
Na zdjęciu jest sweterek, który w szafie mam od kilku lat,
ale jakoś się blogowo nigdy nie objawił :)))

Zaczniemy od nauczenia się, jak się bawić kolorami tak, żeby nam się nic nie marszczyło, nie ściągało ani nie miało wywietrzników w postaci dziurek w miejscach zmiany nitki. Zapewne zrobimy to na jakimś prostym otulaczu.
A później, wykorzystamy nowo nabytą wiedzę do zrobienia spódnicy... nie jakiejś zwykłej spódnicy! Spódnicy pięknej i cudownej. Osoby o mocnych nerwach mogą sobie podejrzeć, po cichutku i dyskretnie tutaj.

Moja spódnica będzie czarna z wrabianym melanżem w rudej tonacji, a wszystko to dzięki świątecznemu prezentowi od Mamy Mej:

I od razu odpowiadam na oczywiste pytanie - Kiedy!!!???
Zaczniemy tuż po Nowym Roku, jako doskonały projekt na początek AD 2014. Jeśli usłyszę entuzjastyczne "TAAAAAAAAAAAAAAAAAAK, damy się razem-wrobić!!!", to Prolog, czyli spis narzędzi i materiałów będzie w świątecznym tygodniu, żeby tuż po wolnych dniach można było napaść na pobliskie pasmanterie lub przekopać się przez własne szuflady, szafy i komódki z zapasami.

***
Po trzecie - dobrze się dzieje "tajemniczo":
Miałam szyć dzisiaj, ale "atrakcje wodne" nieco mnie wytrąciły z równowagi i odechciało mi się krojenia i szycia całkowicie. 
Jednak pojawiła się potrzeba nagła i intensywna, której trzeba będzie sprostać. Na razie wiele tej "potrzeby" pokazać nie mogę, żeby nie psuć niespodzianki, ale mogę... zanęcić - będę szyć w takich niezwykłych dla mnie klimatach:

Jak tylko "potrzeba" zostanie zrealizowana, to natychmiast pokażę, co mi się uszyło i po co :)))

***
Po czwarte - dobrze się działo "w kadrze":
Przy okazji robienia dzisiejszych zdjęć Mały poczuł parcie na szkło. Dosłownie! Bo nagle aparat, a raczej sznureczek przy aparacie okazał się bardzo atrakcyjną zabawką zastępczą.
Mały przyjrzał się sznureczkowi dokładniej:

A później przystąpił do działań zaczepnych:

Informuję, że w trakcie sesji zdjęciowej żaden aparat fotograficzny nie ucierpiał :)))

***
To ja pójdę pozmywać po obiedzie, bo brak zimnej wody oznacza, że zmywarka stała się nagle niedostępnym dla mnie luksusem :)))))