Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szal. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

ZMRUŻ OCZĘTA, BO CIĘ RÓŻ OŚLEPI

***
Rękawiczki i szal do odblaskowej kurtki już gotowe. Kończyłam wczoraj w okolicach północy, "na wdechu", bo byłam tak śpiąca, że oczy same mi się zamykały, ale się uparłam, że dokończę, wykończę, powciągam nitki i będzie gotowe do prania.
Proszę zmrużyć oczy, żeby kolor nie oślepił.

Ta "baleronikowata" kurtka sprowokowała potrzebę powtórzenia marszczeń na szalu i rękawiczkach. Z szalem było prosto - marszczony ozdobny brzeg:

Ale "baleroniki" na rękawiczkach wymagały sekundy zastanowienia, gdzie je poupychać. Ale najprostsze rozwiązania są najlepsze, więc jest marszczony mankiet:

Efekt mnie bawi, cieszy, raduje - wykończenie jak z epoki (o ile "w epoce" ktoś widział na oczy taki kolor :)))
Oczywiście pod spodem, pod czarnym marszczeniem jest różowy ściągacz, żeby rękawiczka leżała na dłoni jak ulał.
 
***
Kupowanie korkociągu to wielkie źródło natchnienia. Wiem, bom doświadczyła. 
Posiadany dotychczas korkociąg odmówił dalszej współpracy i nagle z narzędzia jednoczęściowego stał się przyrządem dwuczęściowym i stracił właściwości odkorkowujące, a nowego zastosowania jeszcze nie odkryliśmy.
Podreptałam zatem do lokalnego sklepu, w którym jest wszystko teoretycznie "dla domu". Korkociąg oczywiście był, ale szybko straciłam nim jakiekolwiek zainteresowanie i mówiąc: "ten najbardziej masywny poproszę", patrzyłam już na zupełnie inną półkę. Bo "wszystko dla domu", to także cały regał z pasmanterią, a na regale wąziutkie wstążeczki w różnych kolorach. Wśród słoików litrowych, misek plastikowych i zastawy duralexowej spłynęło na mnie rękodzielnicze natchnienie. Sprzedawczyni z lekkim niedowierzaniem patrzyła na szurniętą klientkę, która z błyskiem w oczach zażyczyła sobie po kilka metrów każdego koloru i okazywała werbalne niezadowolenie, że jest ich tylko osiem.
Do domu już nie dreptałam, tylko leciałam jak na skrzydłach, upchnęłam w pośpiechu zakupy w lodówce i pognałam tymi wstążeczkami... haftować.

Od początku miałam w planach dołożenie do Nagrody Głównej w Konkursie Szatańsko Kreatywnym woreczków zapachowych z lawendą, ale za żadne skarby nie mogłam wykombinować, jak te woreczki mają wyglądać. Haftowane wydawały się zbyt oczywiste. I te wąskie wstążeczki mnie natchnęły.
Na razie jest gotowy haft na jeden lawendowy woreczek, bo przecież musiałam od razu sprawdzić, jaki będzie efekt końcowy. W weekendowych planach dalsze.

I jeszcze zdjęcie kompromi... kreatywne :))), czyli jak wygląda w tej chwili moje biurko na antresoli:

Twórczy bałagan w formie dalekiej od szczytowej (szczytową osiągam, gdy szyję :))).

***
A to dostałam wczoraj, zupełnie bez uprzedzenia, zapakowane w kopertę, przyniesione przez panią listonosz, a wysłane przez Inez (z Mojej Szydełkowej Pasji).

Bardzo dziękuję!!! Tym mocniej jestem wdzięczna, że przysłane elementy tak idealnie pasują do siebie, że po pięciu minutach patrzenia na nie i zachwycania się miałam już bardzo szatański plan na ich wykorzystanie. Dołożę jeszcze jedną wrzosową niteczkę i... będę szaleć w bardzo moim, bardzo bizantyjskim stylu. Łapy mnie świerzbią, ale nie teraz, za chwilę, bo plan "na już" jest wypełniony po brzegi, a nawet lekko się poza te brzegi wysypuje :)))

piątek, 6 września 2013

DŁUGI? DŁUGI!!!

Nie, spokojnie! Nie wpędziłam nas w żadne tarapaty finansowe. Na słowo "długi" patrzymy jako na przymiotnik doskonale opisujący to, co mi się ostatnio spod drutów i szydełka wyłania.

***
Długi wyszedł mi Pastelowy Szal, który zgodnie z zapowiedziami trafił jako kolejny element nagrody głównej do Tajemniczego Czarnego Pudła (na stronie konkursowej jest teraz nie tylko link do Regulaminu Konkursu, ale także linki do tych wpisów, w których można sobie pooglądać, co też stanowi dodatki do tajemniczej Nagrody Głównej).

Wczoraj wieczorem mnie w końcu olśniło, z czym mi się cały czas kojarzyły te kolory! Zachód słońca przy lekkim zachmurzeniu niegroźnymi deszczowo barankami na niebie. Dokładnie ta sama paleta barw, którą wczoraj zachwycałam się na wieczornym niebie.
Szal robiony w części głównej prawymi oczkami, a na brzegach wzorek, z chusty Summer Flies.

Wzorek genialny w wyglądzie, ale okazało się, że powoduje lekkie "przekoszenie udziergu". Przy szalu to nie problem, ale powinnam to sobie zapamiętać w razie, gdybym chciała go wykorzystać w jakimś sweterku.

***
Długi będzie też kolejny element, który już powstaje, również jako element nagrody głównej w Konkursie Szatańsko Kreatywnym.
Od lat chciałam zrobić na szydełku całe metry delikatnej koronki. Takiej do przyszycia na dole spódnicy, wykończenia dekoltu bluzki, mankietów. I zawsze kończyło się na chęciach, bo jakoś brakowało mi motywacji. Teraz w końcu mam okazję zrealizować wieloletnie marzenie.
Powstaje koronka, w zamyśle dwukolorowa, jakieś trzy metry mam w planach...
Na razie szydełkuję białą bazę:

Cały czas się zastanawiam nad drugim kolorem - kawa z mlekiem, fiolet, a może czerń, żeby wyszło elegancko? 
Ku memu wielkiemu zdumieniu przybywa tej szydełkowej koronki znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Nawet biorąc pod uwagę kolorowe dodatki, mam nadzieję, że nie zajmie mi to więcej niż dwa tygodnie, uwzględniając inne rozgrzebane robótki i planowane spódnice do szycia.

***
I w końcu coś egoistycznego, dzierganego na potrzeby własne i też długiego, bo mówimy o szaliku.
Dwa tygodnie temu pojechaliśmy kupić ręczniki. Przy czym uparłam się, że mają być czerwone, czarne i grafitowe lub szare. Ślubny od razu wiedział, gdzie mnie trzeba zawieźć, żebym mogła zaspokoić te dzikie potrzeby kolorystyczne. Ale maszerując w kierunku półek z ręcznikami, wpadliśmy na wieszaki z zimowymi kurtkami. O konieczności kupienia nowych okryć zimowych o charakterze sportowym rozmawialiśmy od dawna, przy czym ja miałam święte przekonanie, że nie ma w sklepach nic, ale to kompletnie nic, co może mi się spodobać i będę biegać zimą w eleganckich płaszczykach. A tymczasem na pierwszym wieszaku, przed samym moim nosem wisiała kurtka, wobec której zapałałam natychmiastową, ogromną chęcią posiadania.
Kurtka kolorystycznie... ujmijmy to tak, mogę spokojnie szarym, zimowym popołudniem maszerować poboczem wiejskiej drogi i na bank zobaczy mnie każdy. Nie tylko zobaczy, również przyhamuje i przyjrzy się - mrużąc oczy - co może mieć TAKI kolor. Żeby Was dłużej nie trzymać w kolorystycznej niepewności - kurtka jest generalnie czarna, ale ma różowe elementy... bardzo różowe.
Oczywiście okazało się, że muszę sobie do tej kurtki wydziergać szalik i rękawiczki, bo wszystko, co mam w szafie, pogryzie się z tym różem i nie ma siły - pasować nie będzie.
Dziergam zatem czarny szalik z różowymi akcentami na końcach. Jeden koniec już jest:

I na zdjęciach ten róż nie jest tak różowy, jak w naturze. Kiedy przyjdzie pora na fotografowanie całości, to poproszę Ślubnego, żeby mi ten kolor "dociągnął" komputerowo do realnego poziomu potrzeby mrużenia oczu.
Ponieważ kurtka należy do tych z marszczeniami materiału, to szalik też pomarszczyć się powinien:

W rękawiczkach też jakiś element marszczenia powinien wystąpić, żeby było spójnie, ale gdzie, to jeszcze nie wykombinowałam.

***
A teraz będzie mało robótkowo. Ja oszalałam, Ślubny zaszalał, a to jest efekt...

Od dawna marudziłam, że mi źle, bo się niczego w sposób intensywny nie uczę. Przez chwilę myślałam o przygotowaniu się do jakiegoś wyższego poziomu egzaminu państwowego z języka już znanego, ale mało było we mnie entuzjazmu. Ślubny zasugerował, że może coś nowego. Po krótkim zastanowieniu wyszło, że będzie francuski. 
I tym sposobem na rocznicę ślubu dostałam od męża kurs francuskiego :))) Mam też pozwolenie na zrobienie długiej listy podręczników dodatkowych (jakoś mi głównie ćwiczeń z gramatyki brakuje) i obietnicę, że to się zamówi (niekoniecznie w polskiej księgarni, bo wtedy tytułowe "długi" mogą stać się bardzo finansowe, za granicą takie używane książki są tańsze).
Ale ten francuski daje mi jeszcze jeden powód do zadowolenia... usprawiedliwione są wizyty w papierniczym - zeszyty, długopisy, markery i... korektor w taśmie (dużo korektora w taśmie, bo ja te koszmarne akcenty graficzne we francuskim stawiam - i pewnie jeszcze długo będę - nie w tą stronę, co trzeba :)))

***
I skoro już zrobiło się mało robótkowo, to jeszcze kot. Kot ze swoją ulubioną zabawką - klejące się listki z rolki do czyszczenia ubrań to od lat wielkie uzależnienie.

wtorek, 27 sierpnia 2013

INTENSYWNIE

Zacznę od ponownych intensywnych i gorących podziękowań za wszystkie urodzinowe życzenia, jakimi zasypaliście Ślubnego.  Bez wątpienia przyczyniliście się do tego, że Ślubny oficjalnie uznał tegoroczne urodziny za jedne z najmilej spędzonych w ciągu ostatnich lat. O tym, jak intensywnie świętowaliśmy, niech świadczy fakt, że prawie całkowicie zniknęłam Wam na te dwa weekendowe dni. Ale robótkowo przestojów nie było!

***
Intensywnie i w niezłym tempie dziergam Pastelowy Szal, który znajdzie swoje miejsce w Tajemniczym Czarnym Pudle. Jeden 100 gramowy motek już zamieniony na oczka i zapewne dołączy do niego jeszcze co najmniej połowa drugiego. A kolory... bardzo słodko-pastelowe:

***
Intensywnie zapraszam Was do Szkoły Szydełkowania, gdzie Ania... Aniu, wybacz, nie przechodzi mi przez klawiaturę pisanie o Tobie "Perfidny Obibok". Dla mnie jesteś obecnie największym tytanem pracy z tą ilością energii i czasu, jaką musi pożerać przygotowywany przez Ciebie kurs. To jeszcze raz - gdzie Ania uczy od podstaw szydełkowania i ja się nawet domyślam, co będzie zwieńczeniem tego szydełkowego tutorialu, ale nawet słowa nie pisnę. Zamiast popiskiwania pilnie macham szydełkiem, bo mimo, że to podstawy, to sprawia mi wielką przyjemność "odrabianie kolejnych prac domowych". Wczoraj szydełkowałam nad garnkami ze spaghetti, a dziś... komfortowo przy kawie, zgodnie z zaleceniami odcinka drugiego "lecąc na okrągło z pikotkami":

Jeśli ktoś marzył o nauczeniu się od zera szydełkowania lub o podniesieniu własnych umiejętności, to polecam bardzo intensywnie!!!

***
Ale najbardziej intensywnie było dzisiaj mniej więcej o czwartej nad ranem : ))))) Żeby nie było wątpliwości toto...

... się nudziło. A nudzący się kot natychmiast maszeruje w stronę łóżka i zaczyna występy wokalne tuż nad moim uchem prawym lub lewym, to kotu różnicy nie robi. A jak ja się obudzę nad ranem i nie dajcie bogowie pomyślę o kwestiach rękodzielniczych, to jest po spaniu. Wpadam od razu na najwyższe obroty i kombinuję bardzo intensywnie.
Kilka dni temu przyszło mi do głowy, że pojemnik na krawieckie drobiazgi w eleganckim czarnym kolorze to jest coś, co bym bardzo chętnie uszyła. A jak już do głowy przyszło, to głowa ruszyła do pracy, a kształt, a zdobienia, z kwestie techniczne, a materiał. Okazuje się, że czwarta nad ranem to jest doskonała pora na podejmowanie ostatecznych decyzji i rozstrzyganie rękodzielniczych dylematów, bo po południu pojemnik istniał już w postaci elementów nie do końca  połączonych, a wieczko miało już nawet zdobienia:

Wieczko podoba mi się niewiarygodnie i nawet ma pewne właściwości użytkowe, bo pod czarnym płótnem na środku jest wszyta gruba gąbka, a zatem między różyczkami powstała całkiem spora poduszeczka na szpilki lub igły. I teraz niech ja tylko nie spapram reszty pomysłów i kwestii technicznych!!! Bo szkoda takiego wieczka :)))

czwartek, 22 sierpnia 2013

TAJEMNICZE CZARNE PUDŁO - odsłona pierwsza

Wychodzę z założenia, że zawsze obowiązuje zasada - przede wszystkim wymagaj od siebie. Nawet podwójnie, jeśli wymagasz od kogoś...
A skoro Konkurs Szatańsko Kreatywny ma regulamin, który zmusza Was do wysiłku, to zgodnie z powyższą zasadą... ja powinnam włożyć co najmniej dwa razy tyle wysiłku w skompletowanie Nagrody Głównej. 

I o ile elementów zasadniczych - czyli rzeczy kupowanych, z których Wy sami będziecie mogli coś stworzyć/uszyć/wydziergać/wykombinować* (*właściwe radośnie podkreślić :))), nie mam najmniejszego zamiaru pokazywać. Niech zostaną wielką miłą niespodzianką. O tyle dodatkowe drobiazgi, stworzone moimi górnymi kończynami, stopniowo zostaną ujawnione w ramach zanęcania, zachęcania i motywowania Was do uczestnictwa w Konkursie.

Wracamy to tytułowego Tajemniczego Czarnego Pudła. Ślubny został wczoraj grzecznie poproszony o szybki wypad do schowka i sprawdzenie, czy mamy tam jakoweś tymczasowe pudełko na gromadzące się elementy Nagrody Głównej. Po minucie dostarczył mi coś w bardzo adekwatnym smolistym kolorze:

A w pudle na zwycięzcę konkursu czeka już:
1. Element haftowany. Na razie w formie półproduktu, który zostanie wkomponowany w okładkę kalendarza na rok 2014 lub zeszytu ("lub" wynika tylko z chwilowego deficytu porządnych kalendarzy na przyszły rok; jednak mam nadzieję, że uda mi się coś odpowiedniego kupić, zanim nadejdzie moment wysyłki).
Przypominam, że pomysł na element haftowany rzucił się na mnie w czasie szycia Spodzianków, kiedy okazało się, że mam kawałek materiału z całym motywem wzoru:

Po "obróbce zdobniczej" - zwykła maszynowa nitka w dwóch kolorach, 12 koralików, dwa dni wielkiej radości wyszywania - Element wygląda dziś tak:

2. Chusta Summer Flies w estońskich zieleniach:

Raczej do ozdoby niż otulania się, bo po pierwsze to estońska wełna... zgryźliwa nieco :))), a po drugie wielkościowo należy do tych mniejszych. Ale za to nitka była na tyle "dobrze ułożona", że chusta zyskała piękną ciemnozieloną plisę wykończenia.

3. A skoro chusta jest mała i raczej ozdobna, to nie może zabraknąć czegoś do otulenia się w jesienne i zimowe wieczory - powstaje zatem Pastelowy Szal:

Szal robiony z niteczki ze sporą zawartością moheru i wełenki - grzeje w cudownie miękki sposób. Schemat z głowy, bo tak mi się spodobał jeden z wzorów z chusty, że nie mogłam się oprzeć, żeby nie zacząć kombinować, jak go wykorzystać i w szalu.

4. i 5. "Rzeczy Kupne" do kreatywnego wykorzystania, które już udało się nabyć, więc o nich cicho sza! 

A ja siedzę i kombinuję, co dalej, bo przygotowywanie elementów nagrody i planowanie zakupów jest niewiarygodną frajdą.
I żeby nie było wątpliwości - Konkurs wygrywa jedna osoba... i całe pudło z zawartością wędruje do niej. Tylko zaczynam się obawiać, że to może być bardzo duże pudło :)))

Kto już działa, za tego trzymam kciuki. Kto jeszcze kombinuje, temu życzę, żeby go natchnienie dorwało jak najszybciej. A jeśli ktoś się jeszcze zastanawia, czy brać udział... bardzo zachęcam :)))

***
I jeszcze z innej beczki - rok temu męczyłam mailowo Ulę, że ja chcę, domagam się, bardzo sobie życzę raportów zdjęciowych z jej "udziergów" (część z nich można pooglądać w Galerii Rzeczy Razem Robionych - szukamy zdjęć Uli). A w ogóle to może niech założy bloga, to wtedy przestanę ją dręczyć o maile...
I dzisiaj mogę z wielką radością zaprosić do Uli, na "jej własny kawałek blogowej podłogi" - blog Prawo Lewo. Ula, trzymam kciuki i niech Ci blogowa aktywność sprawia jak najwięcej radości!

wtorek, 18 czerwca 2013

TO SIĘ TROCHĘ WYMKNĘŁO SPOD KONTROLI

Pineapple Delight, czyli Nieobrane Ananasy okazały się projektem z wieloma niespodziankami. 

Pierwsza niespodzianka to fakt, że nie tylko są już skończone, ale nawet uprane, zblokowane i obfotografowane. Wczoraj wieczorem była gotowa część dolna i wyszłam na taras zdewastować prowizoryczny szydełkowy łańcuszek i nabrać na nowo oczka na część górną. Z rozpędu zrobiłam tak zwany rządek "transformacyjny". A później samo się jakoś tak robiło i robiło, a to rzędy skrócone, wiec szybko... I dziś rano, zamiast robić Ślubnemu śniadanie, zamykałam oczka. (Spokojnie, ze śniadaniem też zdążyłam :))))

Koraliki są! Po Tybetańskich nie nabrałam wielkiego wstrętu do koralikowania i Ananasom też się dostało. W dwóch kolorach: na zmianę ciemne i jasne w kolejnych półkolach. I szczerze pisząc, to te kilkadziesiąt koralików dało mi bardziej w kość niż te setki w Tybetańskich. Nierówna niteczka przy ich wrabianiu to złoooooooooo.

No i niespodzianka druga... szpilek mi zabrakło. W samym środku blokowania. Chusta ma taki kształt, jaki ma (w moim wszechświecie to jest kształt "sierpa bez młota"). I ząbki ma na końcu. I w połowie blokowania okazało się, że osprzęt upinający mi się kończy. Wstałam z kolan, sprawdziłam, czy wyglądam "wyjściowo" i poleciałam galopem do pobliskiej pasmanterii po 33 gramy metalowego szczęścia. Po dziesięciu minutach z powrotem klęczałam i upinałam :)))

I jeszcze fotka dokumentująca ilość zużytych szpilek. W gładkiej górze:

I w ząbkowanym dole:

Trzecia niespodzianka - to jest wieeeeeeeeeeeeelkie. Już w trakcie robienia wydawało mi się, że to się zaczyna robić potężne, ale przy blokowaniu okazało się, że mi dwóch karimat brakuje, żeby to pomieścić.

I jeszcze Ananasy w całej ich "wymykającej się spod kontroli" okazałości.

***
A jakby tego było mało, to jeszcze będzie mnóstwo zdjęć tarasowej zieleniny. W zeszłym roku, na początku naszej tarasowej, szalonej działalności miałam ziemię we włosach. W tym roku było spokojniej, odkręciłam całe metry bieżące ekowłókniny, rękami Ślubnego wywlokłam donice z korytarza na taras i w końcu dosadziłam kilka róż i ziół. Szybko, sprawnie, bez Armagedonu i okopów z worów z ziemią :)))

Z tego, jak nam się zielenina przechowała (i ta poowijana na tarasie, i ta poustawiana na korytarzu) jestem bardzo zadowolona. Kto chce sobie pooglądać dla porównania zdjęcia z poprzedniego roku, to zapraszam do wpisu o faunie i florze Rogu Renifera.
Trollorząb ma się wyśmienicie.

Metroseksualny Klonik też.

Róża Wariatka, ta, która nam zakwitła w środku zimy, stojąc w półmroku korytarza, teraz zaczyna się zbierać do kwitnienia w odpowiedniejszych warunkach.

Roślina rodem z książek Sandersona (bo brązowa) też żyje.

Lawenda już zaczyna kwitnąć. A obok niej nowy nabytek - róża, która nie chciała odchorować przesadzania, a zamiast tego zakwitła mi następnego dnia po kupieniu.

I wieloletnie kwitnące stające na wysokości zadania :)))

Ślubny dokupił nam też miniaturowe goździki, "żeby było ładnie" :)))

Z największymi problemami przeżył zimę zwykły bluszcz. Nawet nie chciał pół listka puścić, paskudnik jeden. Poczekałam, dałam jedną szansę. Zlekceważył. Dałam drugą. Nawet nie usiłował się zielenić. No to został potraktowany jak na Rogu Renifera wszystkie niechętne do rośnięcia zieleniny - obcięłam przy samej... ziemi. I nagle go olśniło, że jednak rośnięcie ma sens. Ale tym sposobem zamiast buszu bluszczu mam Bluszczyk.

Ale za to reputację bluszczowatych ratuje czerwona odmiana - przezimowała doskonale i wygląda "puszyście" :)))

Największe zmiany jakościowe są w Warzywniku. Same zioła, cebula na szczypior i wieeeelka donica koperku. Żadnych warzyw, truskawek itp., bo przy naszym spożyciu potrzebna jest plantacja i to o wielkim areale :))))

Ufff... Mam nadzieję że osoby tęskniące za raportem z tarasu czują się usatysfakcjonowane.

czwartek, 13 czerwca 2013

700 KORALIKÓW W TYBETAŃSKICH CHMURACH

Tak, dobrze widzicie w tytule - w szalu, prawie zgodnie z zaleceniami autorki wzoru, upchnęłam ponad 700 koralików. Przy czym moment załamania nerwowego przeżyłam, będąc już pod koniec dziergania pierwszego boku szala, kiedy zaczęłam dokładniej wczytywać się w opis tejże końcówki. Okazało się, że te setki koralików, co to je już wplątałam, to jest "małe miki" i czeka mnie jeszcze rozrywka na sam koniec. W ostatnim rzędzie mam sobie zaszaleć, nie ograniczać się i nawlec koralik na każde (słownie: każde) oczko! Chichot, jaki się ze mnie wydobył, był szatański, ale słabiutki. Szybko przeliczyłam, że mi tych drobiazgów do nawlekania zabraknie i z bólem serca nawlokłam nie na każde, tylko na co drugie oczko...

Z każdym kolejnym nizanym koralikiem coraz bardziej błogosławiłam swoją Teściową Jedyną Niepowtarzalną. Bo gdyby nie jej wielka miłość do bluzeczek wyszywanych koralikami, które ja później dostaję do "rozszabrowania", to bez kupowania tej drobnicy by się nie obyło. I na pewno bym nie znalazła tak idealnie pasujących kolorystycznie.

Wzór Tibetan Clouds plus wełenka prezentowa od Godlesi plus wspomniane koraliki Teściowej i wyszło dwa metry szala.

Robi się go bardzo egzotycznie. Najpierw powstaje środkowa mandala - jak kwadratowa serwetka, robiona na okrągło. A następnie dorabia się na dwóch bokach tego kwadratu "skrzydełka".
Gdyby nie te obłąkane ilości koralików, mam wrażenie, że byłaby to robótka ekspresowa. Z koralikami... tempo spada znacznie.

Wzorem jestem zachwycona do tego stopnia, że na pewno jeszcze co najmniej raz mnie w te Tybetańskie Chmury poniesie. Tym bardziej, że tym razem zabrakło mi wełenki na pełną ilość powtórzeń wzoru na bokach szala (zamiast 8, jeden ze schematów robiłam 7 razy) i nie było tych koralików na każdym oczku na końcówkach, to mam niedosyt :))))

Szal wychodzi dość szeroki, więc gdyby ktoś chciał go robić i później się nim omotywać, to sugeruję wybranie cienkiej, miękkiej wełenki. Z grubszej nitki wyjdzie dość szeroka i długa narzutka na ramiona, ale otulić w to szyję będzie trudno.

I dla spragnionych jeszcze kocio w bliskim kontakcie z tybetańskimi klimatami, a w jeszcze bliższym z doniczką :)))


czwartek, 6 czerwca 2013

MUSZTARDA PO... CZEKOLADZIE

Szyję, znowu. Ale ja tak mam, jak już maszyna wychynie z szuflady, to wpadam w ciąg i szyję hurtowo.
Tym razem Musztardowa Spódnica. Model 106 z Burdy 5/2012 - styl oryginału sportowy, lekko safari. A u mnie... nie do końca, bo przecież trzeba namieszać w oryginalnych burdowych założeniach.

Od razu uprzedzę, że aparat fotograficzny nijak nie chce zobaczyć w tym materiale musztardowego koloru. Wszystko widzi: kawę z mlekiem, beżowy, szary, ale musztardy ni widu, ni słychu.

Spódnica w oryginale ma zapięcie z przodu i kieszenie. A moja... ma plisę zapięcia i pliski kieszeni, ale fałszywe to wszystko, bo ani guziczków, ani kieszeni nie lubię i szyć nie mam zamiaru. Zamek będzie w szwie środkowym tyłu, bo boczne szwy chcę zostawić łatwo dostępne w razie jakiś zwężeń (dajcie, Bogowie :)))

Jak widać postanowiłam odkryć w Brzydalu romantyczną duszę zdobniczo-hafciarską. Niby nic, ale ładnie wygląda i zmienia charakter tej spódnicy ze sportowego na bardziej kobiecy.

Materiał to dokładnie ten sam gatunek co Falbaniasta, czyli uszlachetniony len. Jest mały kłopot z zaprasowaniem go na blachę przy zaszewkach i na szwach, więc żeby później nie przeklinać przy każdym prasowaniu po praniu, robię całe metry stębnówek pojedynczych i podwójnych.

Na dziś stan Musztardy jest bardzo "do przodu" :))) - czyli gotowy jest cały przód. A do szycia został tył i zrobienie z tego zgrabnej całości. I znowu dłuuugo będzie, nie aż tak długo jak przy Falbaniastej, ale na pewno hen za kolana.

***
I Czekolada też się dzieje, Warkoczowa Czekolada. 

Od miesięcy marzy mi się sweterek w warkocze i nie tylko w warkocze... :))))
Czas najwyższy zamienić marzenia na rzeczywistość, a ciepły czekoladowy kolor będzie idealny do takiego "mięsistego" sweterka.

***
Z powodu Czekolady trochę cierpi tempo przyrostu Tybetańskich, ale dzielnie plączę cieniznę i nawlekam koraliki.

***
I jeszcze dwie kwestie.
Załamałam się wczoraj i poddałam na całej linii. Spamowe komentarze pojawiały się na blogu od miesięcy, ale udawało mi się jakoś nad tym zapanować i usuwać je dość skutecznie. Tym samym pozostawiając osobom bez rejestracji na Bloggerze i innych portalach możliwość pozostawiania komentarzy anonimowych. Takich uroczych reklam środków na poprawę sprawności wszelkiej, sytuacji finansowej i uśmierzenia boleści w okolicach odwłoka bywało około 20 dziennie, ale dwa dni temu nagle było ich ponad 20 w ciągu godziny... Poddałam się, wyłączyłam możliwość pozostawiania komentarzy anonimowych
Przepraszam te wszystkie osoby, które ceniły sobie możliwość pozostawiania komentarzy bez żadnej rejestracji gdziekolwiek, ale nie da się inaczej. Pozostaje nam kontakt mailowy i do niego zachęcam! Nie chcę stracić kontaktu z tymi wszystkimi "anonimowymi", do których zdążyłam się przywiązać. Piszcie, a jak ktoś będzie chciał coś "upublicznić", to wystarczy dać znać w mailu i osobiście zrobię Ctrl+C i Ctrl+V i wrzucę pożądane treści do komentarzy. Mniej z tym będzie roboty i znacznie więcej przyjemności niż walka ze spamem.

***
I jeszcze wielkie podziękowania dla Was wszystkich za zakończoną akcję naciskową na Burdę w kwestii wykrojów męskich.

Wynik akcji jest... A co ja będę owijać w bawełnę, len i inne tkaniny - Burda ma potrzeby swoich nabywców w głębokim poważaniu i swojej dyskryminacyjnej polityki umieszczania wykrojów nie ma zamiaru zmieniać. Ale za to Papavero (nie do końca konkurencja, bo nie jest to czasopismo, ale jednak źródło wykrojów i nie tylko!) doszło do wniosku, że oni staną na wysokości zadania i zaczną dbać o poszerzanie oferty wykrojów męskich, eleganckich. Dobre i to!
Ale Wam dziękuję bardzo, za aktywność, udział i zaangażowanie. Szczególnie tym, którzy sami nie szyją, ale chcąc nam dopomóc i tak podpisali, "zlajkowali", kliknęli.