Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sznureczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sznureczek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lipca 2013

ZAPLOTŁAM CZEKOLADĘ

Czekoladowy sweterek skończony! Trochę dzięki temu, że był Wimbledon.

Warkocze zaplecione, sznureczki zamotane, całość wygląda tak:

Gdyby ktoś się przyjrzał oryginałowi, to widać, że zrezygnowałam z warkoczy i sznureczków na rękawach. Ja nie jestem szczupła, drobna i bałam się, że warkocze robione od szczytu rękawów zrobią ze mnie kobietę o posturze wyczynowego pływaka. A takie rozwiązanie jak w oryginale - ściągacz na główce rękawa i warkocz dopiero niżej - nie do końca do mnie przemawiało. Stąd rozwiązanie drastyczne - warkoczom dziękujemy, będzie "na lewo".

Tył też gładki, lewymi, czyli przeżywałam mały, prywatny melodramat - nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale robienie setek lewych oczek tak, żeby były równiutkie, to jest wyzwanie. Prawe, proszę bardzo. Lewe... bywa różnie.

W drobny spór wdałam się także z zamykaniem oczek podwójnego ściągacza. Uparłam się - jako ta oślica - że nie życzę sobie "pofalowanego brzegu", który zazwyczaj pojawia się, kiedy zamyka się sekwencjami poukładane oczka lewe i prawe. Równiutki łańcuszek ma być i nie ma, że się nie da. Na pewno się da. I rzeczywiście - w ostatnim rzędzie przed zamykaniem skrzyżowałam sąsiadujące oczko prawe z lewym (tak, żeby prawe było "na wierzchu"), zrobiłam później okrążenie na grubszych drutach i tradycyjnie zamknęłam szydełkiem. Efekt jest taki (przy okazji na zdjęciu można się dopatrzeć, o co chodzi z tym krzyżowaniem):

I w końcu sznureczki. W pierwszym odruchu chciałam robić je techniką i-cord, żeby było szybko (kto jeszcze nie widział, to może sobie zajrzeć tutaj, film jest po angielsku, ale doskonale widać, o co chodzi). Ale mój perfekcjonizm oczywiście wylazł na wierzch i zaczął marudzić - "Eeeee, nierówno wychodzi jakoś. A to ma być główny element ozdobny. Zrób równo."
Nie zostało mi nic innego, jak wyciągnąć Babeczkę:

I z Babeczką było nieco wolniej, ale równo.

A co wspólnego ma Czekolada i Wimbledon? 
Skoro cała Polska mówiła tylko o tenisie, to zdecydowaliśmy ze Ślubnym, że też popatrzymy. Przy czym dla mnie to było pierwsze patrzenie w życiu. Nigdy wcześniej żadnej rozgrywki tenisowej nie widziałam i nawet czułam się zainteresowana nadrobieniem zaległości.
Zasiadłam oczywiście z robótką w łapie, z Czekoladą właśnie. Zaczęliśmy od półfinału Djokovic - Del Potro. Po dziesięciu minutach Ślubny zobaczył moje wielkie oczy i usłyszał: "Ja mam prośbę. Poczytaj mi coś o zasadach tej gry, bo siedzę, patrzę, nie rozumiem i czuję się jakbym mecz futbolu amerykańskiego oglądała." Ślubny szybko zasypał mnie pożądanymi informacjami i mecz Janowicz-Murray obserwowałam już z większym zrozumieniem tego, co widzę. Siedziałam, oglądałam i dziergałam, bo przecież trzeba czymś ręce zająć. Tym sposobem dwa rękawy powstawały w rytmie piłki uderzającej o rakiety.

***
To jeszcze zwierzę, bo dawno nie było, więc powinnam udowodnić, że Mały miewa się nadal znakomicie i czasami zastanawiamy się, czy on sam zdaje sobie sprawę z tego, ile ma lat. Oby jak najdłużej nie czuł swojego wieku i rozrabiał dalej jak szalone kocię.