Sama jestem zaskoczona tym, jak szybko udało się uzupełnić czarno-biały komplet o brakujące elementy i te kupowane, i te szyte. A skoro jest wszystko to, co być miało, to czas na prezentację.
Dzień szary-bury i ponury, warunki atmosferyczno-fotograficzne marne, w porywach do katastrofalnych, więc zrezygnowałam z prób zdjęć dziennych i nastawiłam się na zdjęcia wieczorne, robione w łazience, która u nas jest pomieszczeniem obdarzonym łaskawie przez Ślubnego największą liczbą luksów.
Ale spróbujcie zrobić cokolwiek w łazience wieczorem bez obecności... jednym słowem, kocia będzie dziś mnóstwo, w tle i na tle.
Ślubny nie kazał mi czekać przysłowiowych siedmiu lat na sprezentowanie białego zasobnika pieniężnego i dostarczył rzeczony przedmiot już w piątek. Znając rozmiary, mogłam przystąpić do wykonania opakowania, czyli kosmetyczki. Ze względów praktycznych kosmetyczka czarna, z białymi akcentami w postaci fabrycznej koronki z amerykańskiej dostawy i naszytymi przezroczystymi koralikami, żeby było coś.
I tu następuje jedyne zdjęcie, na którym nie widać ni grama kota:

Portfel w docelowym opakowaniu i oczywiście w towarzystwie kota sprawdzającego, czy to coś jadalnego lub potencjalnie rozrywkowego wygląda tak:

Ale, jak słusznie zauważyła w komentarzach ThimbleLady, pieniążki się mnożą lepiej w czerwonych zasobnikach, to postanowiłam tej czerwieni dołożyć chociaż w postaci podszewki. Mały jak widać czerwienią już nie jest zainteresowany, ale posiedzieć może:

I teraz miałam szczery zamiar zabrać się za poukładanie wszystkich części kompletu do zdjęcia grupowego, ale coś mi wsadziło łeb w kadr:

Po sporej dawce perswazji ręcznej i słownej udało się Małego stoczyć na boczny tor, a na pierwszym planie ułożyć kompozycję czarno-białą. I tu niespodzianka, bo Ślubny w ferworze dostarczania mi przedmiotów użytkowych zgodnych ze schematem kolorystycznym, zakupił także czarne ołówki w białe gwiazdki i długopisy również czarne (na białe nadal poluje :)))

Mały na drugim planie wytrzymał jakieś dwadzieścia sekund i postanowił znowu pogwiazdorzyć:

Tym sposobem czuję się w pełni przygotowana użytkowo do roku 2013, chyba najpełniej i najwcześniej w historii.
***
Fioletowa Ekstaza, czyli chusta z Dodgersowej wełenki skończona, schnie napięta jako ta struna. Mój zachwyt jest pełen i z etapu robienia, i z etapu patrzenia na efekt finalny, schnący grzecznie na antresoli.
Aaaaa, to jeszcze jeden koci kadr:

***
I muszę się poskarżyć... trochę... a mogę się poskarżyć, bo Ślubny zniósł całkowite embargo na udostępnianie informacji i mogę trochę chlapnąć. Mamy obecnie na Rogu Renifera pewne problemy krawiecko-logistyczne. Nagle się okazuje, że szpilek mi brakuje. Zabieram się dzisiaj za blokowanie Fioletów i stwierdzam naocznie, że nie mam ani jednej długiej szpilki. Wczorajsze siadanie do maszyny w celu zszycia dwóch szwów w kosmetyczce musiałam uzgadniać, bo... Ślubny szyje, przeklina, fastryguje i głośno mówi, że wykroje z Burdy to złooooo, szpilkuje, posapuje i twierdzi, że mało jest szycia w szyciu, a szycie (to na maszynie) to mu się podoba. Co szyje??? Tego na razie nie mogę ujawniać :))) A od siebie dodam, że efekty nie będą jutro ani pojutrze, bo Ślubny szyje z namaszczeniem i okazuje się, że a przy nim to jestem totalnie nieperfekcyjna. Jego tolerancja na zjechanie z linii szwu wynosi 0 milimetrów :))) Bo, jak mi tłumaczy, on na co dzień pracuje z dokładnością co do piksela, to milimetra tolerował nie będzie...
Ale na pocieszenie, że bariery w pełnym przepływie informacji istnieją nadal, to oczywiście będzie Mały, a raczej czółko Małego:

***
I oczywiście zapomniałam, ale już dopisuję. Jakiś czasem temu Ania w mailu mnie zapytała, czy da się zszyć "żywe oczka" (grafitng), kiedy mamy nie same prawe albo same lewe, ale kiedy jest misz-masz prawych i lewych. Odpisałam, że nigdy tego nie robiłam, ale sie przyjrzę sprawie z bliska i zdam relację.
No to się przyjrzałam. Filmik jest poniżej, da się, bo jakby się miało nie dać. Zasada generalnie jest taka - patrzymy sobie na to, co się dziej z nitkami w poprzednim, jeszcze robionym na drutach rzędzie i staramy się igłą odtworzyć dokładnie to samo przy zszywaniu. Zabawa jest trochę wymagająca, ale po kilku próbach staje się prostsza, a wręcz banalna. Radzę sobie zrobic próbki z mega grubej włóczki, żeby te nitki w oczkach były widoczne i poćwiczyć na sucho :)))