Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sukienka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sukienka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2012

"GENERALNIE JESTEM ZADOWOLONY"

Na pytanie, jakie są wrażenia po pierwszym w życiu szyciu, Ślubny powiedział dokładnie to: "Generalnie jestem zadowolony."
Ślubny w akcji.
Ja też jestem zadowolona. W końcu mogę zdradzić, co szył... sukienkę dla mnie :))) Ale wybór pierwszego szytego ciuszka nie wynikał bynajmniej z chęci uradowania żony (no może trochę też), ale przede wszystkim z faktu, że sukienka wydała się dobrym początkiem, nie takim banalnym, ale też nie przekraczającym możliwości osoby pierwszy raz siadającej do maszyny.
Dziuniowate zdjęcie przodu.

Ale po drodze z prostej sukienki zrobiła się sukienka trochę bardziej wymagająca, bo zdecydowaliśmy, że dobrze by było dołożyć króciutką podszewkę. I nagle Ślubny stanął przed koniecznością opanowania wielu nowych umiejętności. Ale dał radę. I nie tknęłam w tej sukience ani jednego szwu, nie obcięłam ani jednej nitki, nie uprasowałam ani milimetra. Robiłam tylko za Denatkę przy przymiarkach :)))
Zdjęcie na Superwoman.

To dzisiaj zamiast mojego pisania będą pytania i wyczerpujące odpowiedzi Ślubnego.

Żyjesz po pierwszym w życiu szyciu? - Żyję. Szycie było tak mocno rozłożone w czasie, że miałem czas na regenerację sił pomiędzy kolejnymi "posiedzeniami".

Najtrudniejsze było... - Na początku wszystko wydawało mi się równie trudne i stresujące. Ale okazało się, że szycie nie jest tak strasznie skomplikowane, szczególnie, gdy ma się kogoś, kto podpowie, w jakiej kolejności, co gdzie chwycić i jak zrobić. Nawet wszywanie zamka nie było złe, ale może dlatego, że zapomniałaś mi powiedzieć, że to trudne i nie zdążyłem się zestresować.
Zwracam uwagę na spasowanie wzoru!!!

I nie żal Ci, że to sukienka dla mnie, a nie na przykład spodnie dla Ciebie? - Nie, wprost przeciwnie. Jak każdy facet jestem straszenie wymagający, jeśli chodzi o jakość szytych ciuchów, więc przy pierwszym nie chciałbym marudzić, że to nie wygląda "jak sklepowe" i mieć świadomość, że nie będę tego nosić z radością.

 W szyciu najfajniejsze jest... - Szycie... na maszynie. Ale szycia w szyciu jest zaskakująco mało.
Podszewka przy zamku (wykończona nieortodoksyjnie przyszytą lamówką :))

A jak Ci się szyło pod moim czujnym okiem. - Bez problemu. Na początku trochę mi się ręce trzęsły, ale nawet nie dlatego, że patrzyłaś, tylko było trochę stresu. Ale szybko przeszło.
Spasowanie wzoru na łukach przodu.

Twoim zdaniem dla osoby uczącej się szyć najważniejsze jest... - Brak pośpiechu i dokładność co do piksela :))) I na pewno kwestia pomocy i podpowiedzi. Albo trzeba sobie poczytać, ale lepiej mieć obok kogoś, kto na bieżąco będzie radził.

A skąd Ci się wzięła ta nagła potrzeba szycia? - Zawsze jest fajnie nauczyć się czegoś nowego. A jeżeli to jest pożyteczne na co dzień, to tym bardziej super. A drugi i główny powód jest taki, że w przyszłości chcę się pobawić projektowaniem odzieży, a żeby projektować, to trzeba znać proces szycia od podstaw.
Z tyłu na środku dodatkowa zaszewka, żeby leżało jak na miarę szyte.

Jakaś złota myśl dla tych, którzy chcą szyć, ale się boją i nawet nie próbują. - To naprawdę jest prostsze, niż by się wydawało. To była pierwsza rzecz, jaką w życiu szyłem i wcześniej nie siadłem nawet do maszyny, żeby podłożyć spodnie. Więc skoro ja dałem radę, to można.

W tej sukience najbardziej dumny jestem z... - Z elementów przyszywanych ręcznie, bo wyszło estetycznie, a szycia ręcznego nie cierpię.
Widok na zamek w bocznym szwie.

Plany... - Plan jest taki, żeby szyć kolejne rzeczy. Część z wykrojów, część według własnej konstrukcji. W międzyczasie chcę się pobawić łączeniem materiałów i tym zmieniać gotowe projekty, dodać coś od siebie. A z czasem właśnie... "pójść na całość". 
Lewa strona... mucha nie siada!!!

I szycie nie umniejsza męskiej dumy, czy jak tam nazwać te poziomy testosteronu? -  Nie, nie umniejsza. Z szyciem jest jak z każdym zajęciem, jeśli coś wyjdzie i jeszcze można to sprezentować bliskiej osobie, to daje satysfakcję. I na pewno po szyciu nie czuję się mniej męski. To tak jak wczoraj, skończyłem szyć i ze śrubokrętem w łapie poszedłem naprawiać lampę :)))
Zdjęcie z kotem... kot jest poza kadrem, oooo tam :)))

To ja od siebie dodam tylko, że skoro sukienka jest w wykonaniu Ślubnego, to on dzisiaj odpowiada na komentarze. A ja pełna dumy posiedzę sobie i poczytam :)))) Wykorzystujcie okazję, bo po raz kolejny może mi się nie udać go namówić na tak aktywne uczestnictwo w życiu blogowym.

sobota, 11 sierpnia 2012

SUKIENKA TYSIĄCA PLISSSSS

***
Miała być sukienka? Jest sukienka! Dwa wieczory oraz część popołudnia i kolejny kawałek Czerwonej Płachty na Byka został wykorzystany, do Spodni Treningowych dołączyła odzież bardziej kobieca (i Płachty nadal jeszcze trochę zostało, więc na pewno coś jeszcze się z niej wykroi).

Żeby nie było jednolicie czerwono, w ramach dodatków pojawiła się czerń i oto mamy czerwono-czarną Sukienkę Tysiąca Plisssss:
Bez Małego nic się w domu nie dzieje, szczególnie nic, co ma związek z aparatem.

A przepraszam! Na tym zdjęciu niewiele widać sukienki, ale za to widać Tego, Którego Imienia Nie Należy Wymawiać, Bo Od Razu Przyleci Galopem :))

No to jeszcze raz - i oto mamy czerwono-czarną Sukienkę Tysiąca Plisssss:
Cuda! - Widać tył i przód jednocześnie :))))

Wobec Burdowego oryginału zaszły pewne zmiany (Burda 12/11, model 106B): bez żalu pożegnałam rękawki (motylkowate, dwuwarstwowe), pojawiły się czarne akcenty, w tym wykończenie dekoltu lamówką (zamiast sugerowanych odszyć), spódnica z przodu miała zakładkę na środku i bałaganiarskie marszczenia po jej obu stronach - marszczenia zostały wywalone po pierwszej przymiarce, na rzecz głębszej zakładki. O skróceniu sukienki nie wspomnę - według wykroju miałabym ją do pół łydki, brrrrrr... nie lubię!

Głównym elementem ozdobnym modelu są pozaszywane pliski na plecach i wzdłuż dekoltu oraz marszczenia tu i ówdzie. Troszkę roboty przy nich było, bo ja perfekcjonista jestem i milimetr mnie robił różnicę. Dla porządku kronikarskiego zrobiłam zdjęcie tyłu z przyszpilkowanymi pliskami koło podkroju szyi:
Sztuka nowoczesna - Atak Szpilek II

Ozdobne elementy dekoltu chyba najlepiej widać na zdjęciu poniżej:
Mina - na przestraszonego zająca :) Ślubnego zobaczyłam :)))))

Bardzo jestem zadowolona z decyzji o dorzuceniu czerni, szczególnie zyskała na tym listwa pod biustem, a dzięki listwie, zyskałam ja, bo mnie optycznie wyszczupliło, gdzie należy.

Ślubny ma znowu zasługi, bo w czasie pierwszej przymiarki współzniesmaczył się ze mną tymi marszczeniami spódnicy pod listwą, z przodu i kazał mi to "uporządkować", mamrocząc coś o ukrywaniu brzuszków ciążowych.

No to jeszcze raz całość, w wersji przodo-tylnej jednocześnie i znowu widać ozdobne plisy wzdłuż dekoltu:
A, postoję sobie na paluszkach, bo 177 cm wzrostu to za mało :)

***
To ja teraz będę koncepcyjnie rozpracowywać formę na spódnicę z tkaniny ozdobnej. Mam ideę, ale muszę sprawdzić, czy moja idea da właściwy efekt. Jeśli tak, to nastąpi Atak Spódnic, bo będę szyła trzy :))) A co! Może nawet cztery! Wszystkie już takie raczej jesienne. I jedna z nich może mieć bardzo ciekawy i wieloosobowy proces twórczo-produkcyjny :))))

***
I jeszcze niezbędne dla dobrego samopoczucia co najmniej jednej osoby tu zaglądającej (macham w kierunku Warszawy :))), zdjęcie Małego wypełniającego cały kadr :)
Pluchosław się utajnia :)

czwartek, 14 czerwca 2012

JAK SIĘ TURKUS POSZERZAŁ

POSZERZANIE DOŁU SPÓDNIC LUB SUKIENEK - MATEMATYKA
Zapotrzebowanie zostało objawione po obejrzeniu Turkusowej Sukienki. Górę robimy jak sweterek - według własnego widzimisię. Pytanie dotyczyło natomiast, jak sobie poradzić z poszerzaniem dołu. Turkusowa sukienka była robiona samymi prawymi, na żyłce oczywiście i od góry i taki wariant będziemy tutaj rozpracowywać.
  
Zaczynamy od odrobiny matematyki.
1. Robimy próbkę prawymi z naszej docelowej włóczki, na docelowych drutach. Próbkę mierzymy w dwie strony: szerokość (oczka/centymetry) i wysokość (rzędy/centymetry).

A następnie z rozpędu dokładamy do tego trzy kolejne dane:
- obwód w talii w centymetrach, jaki chcemy uzyskać,
- obwód sukienki na samym dole, też w centymetrach (moja ma na dole 250 cm, ale proszę się nie ograniczać :),
- długość sukienki od talii do dołu.

U mnie z próbki robionej prawymi wyszło, że:
20 oczek = 9 cm (szerokość próbki)
7 rzędów = 2 cm (wysokość)

I do tego w talii 85 cm (nieco więcej niż w rzeczywistości, bo okolice talii były robione ściągaczem). Dół sukienki 250 cm w obwodzie. Długość spódnicy od talii - 60cm.

Teraz to wszystko przeliczamy wykorzystując informacje z próbki wzoru (osoby, które mają z tym kłopoty, zapraszam tutaj, gdzie jest wszystko wyłożone jak na talerzu).

Po przeliczeniu mam takie informacje, że:
- talia (85cm) to 188 oczek,
- dół sukienki (250cm) to 550 oczek,
czyli muszę na całej długości spódnicy dodać 362 oczka (550-188).
I te 362 oczka mam dodać w 210 rzędach (bo tyle jest rzędów w 60cm).

No to dzielę sobie oczka do dodania przez liczbę rzędów, w których mogę to zrobić: 362oczka/210 rzędów, czyli w każdym rzędzie powinnam dodać 1,72 oczka. Dodanie nieco ponad półtora oczka w każdym rzędzie jest nie do zrobienia, więc będziemy dodawać w co 10. rzędzie 17 oczek (1,72x10 i zaokrąglamy).

I teraz nabieramy oczka w talii i lecimy z kiecką: robimy 9 rzędów i liczymy:
ile mam oczek na drucie dzielone przez ile oczek mam dodać (188 oczek/17 oczek), czyli dodaję w dziesiątym rzędzie po jednym oczku co 11 oczek. (Zaokrąglamy sobie wyniki, raczej w dół, bo będzie wpływać na poszerzanie kiecki.)
Robimy kolejne 9 rzędów i znowu liczymy oczka na drucie:
na drucie mam 205 (188 plus dodane w 9. rzędzie 17 oczek) dzielę przez 17 oczek, które mam dodać, czyli dodaję w 20. rzędzie jedno oczko co 12 oczek.
Kolejne dziewięć rzędów i znowu liczbę oczek na drucie dzielimy przez 17...
I tak dalej, aż uzyskamy pożądaną długość kiecki i szerokość na dole.

Oczywiście powyższe wyliczenia pasowały do mojej włóczki i drutów i trzeba sobie wszystko przeliczyć zgodnie z tym, co wyjdzie z Waszej!!!

To już wiadomo, ile i gdzie dodać, ale ważne jest też - jak technicznie dodawać.

DODAWANIE OCZEK - SAMOUCZEK
Zazwyczaj oczka dodajemy wykorzystując narzut. Czyli w miejscu, gdzie ma się pojawić dodatkowe oczko nawijamy raz włóczkę na prawy drut:

I kolejne oczko przerabiamy według wzoru, czyli u nas na prawo i mamy na drucie takie coś:

I wszystko pięknie, ale wykorzystanie zwykłego narzutu daje nam piękne dziury:

Zatem do poszerzania spódnic i sukienek narzut się nie nadaje.

To skoro nie narzut, to może oczko prawe zrobione na nitce z poprzedniego rzędu? Czyli dochodzimy do miejsca dodania oczka:


i interesujemy się nitką z poprzedniego rzędu, tą tuż przed oczkiem na drucie:

 Wbijamy się pod nią tak jak do robienia prawego i... robimy na niej prawe:

Uzyskujemy taki wynik (pokazany drutem, bo dla porównania wszystkie sposoby dodawania są pokazane na jednej próbce):


Czyli jest lepiej, bo dziura znacznie mniejsza w stosunku do zwykłego narzutu, ale nadal nie jest to ideał.

No to przechodzimy do trzeciego sposobu - moim zdaniem najlepszego, bo pozostawiającego najmniejszy ślad - dodania oczka na "tylnym żeberku kolejnego prawego oczka".
Znowu dochodzimy do miejsca dodania oczka i tym razem zwracamy swoją uwagę na tył robótki, a dokładnie na tylne "żeberko" następnego oczka na drucie:
 Wbijamy prawy drut w to żeberko (czyli nie w samo oczko, ale jakby w jego niższy poziom)

 i przerabiamy na prawo:

Mamy zatem na prawym drucie prawe oczko przerobione "na tylnym żeberku", a później wbijamy się w oryginalne oczko prawe i też je przerabiamy na prawo:

Tym sposobem z jednego oczka robimy dwa, a w robótce wygląda to tak:

Na powyższym zdjęciu widać od dołu trzy sposoby dodawania: zwykły narzut (największa dziura), oczko prawe zrobione na nitce między oczkami poprzedniego rzędu i najwyżej oczko prawe zrobione na "tylnym żeberku" prawego oczka.
Ten ostatni sposób jest moim zdaniem najlepszy, bo nie zostawia dziur i relatywnie najmniej rzuca się w oczy w całości robótki.

Aktualizacja - sposoby dodawania oczek "filmowo"

niedziela, 3 czerwca 2012

POMARAŃCZOWA SUKIENKA

Skończona wczoraj, planowo, choć z dylematami, więc nie czekam do poniedziałku, zdjęcia są, to prezentuję publicznie Pomarańczową Sukienkę.

Ogólny poziom radochy z procesu szycia - wielki. Poziom zadowolenia z efektu - równie duży. W życiu bym nie przypuszczała, że z prześcieradła z sh można uzyskać tak wysoce "noszalną" sukienkę. 

Zdjęcia oczywiście robione przez Ślubnego (i tu zbiorowo mu współczujemy, bo co przeżył to jego - ja jestem obiekt do fotografowania makabrycznie trudny).
Tak Ślubny widzi sukienkę w wersji siedzącej.
Dylematy były dwa: pierwszy znacznie mniejszy - czy upiększać sukienkę falbaną na dole, sugerowaną w wykroju? Falbaną naszywaną na wierzch, jakieś dwa centymetry powyżej podłożenia. Według mnie, co za dużo, to niezdrowo. Według Ślubnego - im mniej, tym lepiej. Czyli falbanek nie ma, kropka. I bardzo dobrze, bo miałam w planach nie zwykłą falbankę, tylko ozdobne riuszki, czyli jakieś trzy godziny układania śliskiego materiału na śliskim materiale... Ufff...
Drugi dylemat pojawił się po wszyciu rękawów - że zbyt latająco-frywolno-nieokiełznane. Jak wcześniej mierzyłam toto bez wszytych rękawów, to było godnie, elegancko i spokojnie, a tu nagle takie frywolności. Na ten moment decyzja jest taka, że rękawki zostają, ale jeśli po schudnięciu (jest w planach), będę sukienkę zwężać, to rękawy ewentualnie pójdą precz i podkrój pach zostanie po prostu obszyty pomarańczowym materiałem (zostawię sobie od razu skrojone paski, żeby leżały i czekały na wykorzystanie).

Tak Ślubny widzi skromną dzieweczkę.
Sukienka szyta według modelu 123 z Burdy 5/09. Zmian trochę było, bo ta falbanka wyleciała z dołu, zamek został przeniesiony z tyłu na boczny szew (nie lubię sukienek, do założenia których potrzebna jest dodatkowa para rąk, sama się lubię ubierać :), tym samym góra i dół tyłu zostały skrojone z całości, bez szwu na tyłku i wzdłuż kręgosłupa, falbanka wykańczając dekolt nie jest zmarszczona na nitce, tylko porządnie pozakładana co dwa i pół centymetra :) i dodatkowo dekolt jest z lamówką, a nie ma sugerowanego w wykroju spodniego odszycia.

Oto zbliżenie na wykończenie dekoltu :)))
Przypominam, że zdjęcia robił Ślubny, tak mu się aparat "zawiesił" na detalach przodu :)))
I jeszcze dwa zdjęcia sukienki "w użytkowaniu".
Ślubny uwiecznił ofukanego Małego - "Puszczaj, babo! Mam lepsze zajęcia!"
Patrzenie na rosnący czosnek przyspiesza wegetację... mam nadzieję.
Materiału prześcieradłowego zostało jeszcze sporo i już znalazłam bardzo obiecujący wykrój na bluzkę. I chyba tak z rozpędu ta bluzeczka wciśnie się do kolejki zaplanowanych działań krawieckich. A powód jest bardzo prozaiczny - materiał przy szyciu zostawia prześliczne pomarańczowe kłaczki oblepiające mechanizm maszyny (jest tym gorzej, że niedawno Zośka była oliwiona i to wszystko pięknie przylepia się do metalu). To już wykończę to prześcieradło na amen, uszyję bluzkę, a później rozkręcę maszynę i porządnie wyczyszczę, bo i tak nie będzie innego wyjścia (wysysanie odkurzaczem niewiele da w tym przypadku).

To ja dopiję koktajl truskawkowy zrobiony przez Ślubnego (zmiksowane truskawki w ilości nieumiarkowanej, jogurt migdałowo-kokosowy i łycha miodu, bo truskawki kwaśnawe lekko, paskudy), poudzielam się na Shelfari, bo właśnie skończyłam czytać "Frankensteina" pani Shelley i mam parę przemyśleń, nie do końca zgodnych z opiniami dotychczas prezentowanymi w dyskusji na temat tej powieści. A później... pójdę zrobić wykrój na bluzkę, a co!

sobota, 2 czerwca 2012

TEASER, TWISTER, TWITTER

Unikam nadużywania angielskich zwrotów, nawet w tytułach wpisów, ale tym razem po prostu inaczej nie mogę. Przepraszam obrońców języka - to się zbyt szybko nie powtórzy.

***Teaser***
Teaser [czyt. tizer] - cytując za Wikipedią, potoczne określenie na zwiastun dzieła, nad którym jeszcze trwają prace. Teaser ma podrażnić odbiorcę, wprowadzić go w stan "chcę zobaczyć całość, co mi tu pokazujesz kawałek, wredny twórco?" No to dzisiaj będzie teaser mojej Pomarańczowej Sukienki.

Wczorajszy wieczór spędziłam, grzecznie siedząc w Kąciku Szalonej Rękodzielniczki i szwałam, szpilkowałam, układałam, przycinałam, wzdychałam z ukontentowania i radości.

W tej chwili Pomarańczowa Sukienka jest w formie szlafroczka z rozcięciem z boku, czyli brakuje jej zamka z boku, rękawków i wykończenia dołu.
Za to wczoraj udało się zrobić całe ozdobne "falbankowanie i lamówkowanie" dekoltu, które widać na zdjęciu powyżej. I przebrnęłam przez najbardziej stresujący element szycia - łączenie góry i dołu, gdzie wykombinowałam sobie wszycie lamówki i bardzo, bardzo, bardzo - fanatycznie wręcz - zależało mi na tym, żeby było równiutko i co do milimetra i jakimś cudem się udało.

Po materii spodniowej szycie z pomarańczowego prześcieradła (przypominam i uświadamiam, że pomarańcz został nabyty w sh w formie wielgachnego prześcieradła) jest jak piknik w letni, bezwietrzny dzień - sama przyjemność. I na dodatek zostało tego jeszcze tyle (wielkie było to prześcieradło!), że będzie jeszcze bluzka.

Osoby podrażnione teaserem i nerwowo pytające: "A kiedy to będzie do obejrzenia w całości?" uspokajam, że jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że uda mi się skończyć w weekend, czyli fotki gotowizny najpóźniej w poniedziałek.

***Twister***
Twister [czyt. tłister] - angielskie określenie tornada. No bo ja bardzo przepraszam, ale ja się na życie w takich wietrznych okolicznościach rozszalałej przyrody nie pisałam. Roślinki mi cierpią i gną się nieumiarkowanie. Pomidorki kwitną jak oszalałe, bluszcze zaczynają się wypuszczać i generalnie roślinność miewała się wspaniale, a tu takie wietrzysko. Przywiązałam do barierek to, co się dało przywiązać, za to, co się nie dało, trzymam kciuki i mam nadzieję, że mam wytrzymałe zielsko i jak jutro się ten huragan uspokoi, to nie będę miała jedynie florystycznego wiatrołomu.
O tym, jak wieje, niech świadczy fakt, że przewróciło nam wczoraj dwustukilogramową huśtawkę, z której był zdjęty daszek, czyli była tylko metalowa konstrukcja i ruchome siedzisko... 
Ale nie ma co narzekać, z naturą jeszcze nikt nie wygrał. Za to się pochwalę - dzisiaj dokonaliśmy rytualnej wręcz konsumpcji pierwszych dwóch truskawek z własnej donicy :))) I to nie ważne, że kilogram "kupnych" jest w lodówce, to te dwie własne się liczą!

***Twitter***
I niespodzianka na koniec. Ja mam często tak, że mam ochotę na podzielenie się z Wami tym, co się akurat dzieje, tak na szybko. Ale na blogu wpis z dwoma, trzema zdaniami i bez fotek to profanacja. No to czemu nie Twitter? 
No to będzie od dzisiaj Intensywnie Kreatywna w wersji minimalistycznej. Na bocznym pasku pojawił się link do Twittera, gdzie jest przegląd ostatnich wpisów (jeśli ktoś nie ma konta na Twitterze i posiadać go nie chce, a pała żądzą czytania) i możliwość dodania do obserwowanych (jeśli ktoś konto na Twitterze posiada).
Uprzedzam, że będzie od Sasa do lasa, o wszystkim i pewnie dość często. Mam nadzieję, że to dobry pomysł i Wam się spodoba.
A żeby nie było, że w ostatniej części nie ma fotek, to proszę bardzo już to naprawiam i oto Mały w wersji Zmęczonego Przestępstwem Mordercy Okiennych Dekoracji.


środa, 16 maja 2012

PROSZĘ O USPRAWIEDLIWIENIE

Proszę o usprawiedliwienie ostatniej nieobecności autorki tego bloga. Nieobecność spowodowana była odczuciem nagłych potrzeb krawieckich i literackich. 

Z poważaniem
AJM

No właśnie, przepraszam, że mnie nie było, ale najpierw wessały mnie książki, a później poczułam nagły pociąg do maszyny.

***
W ciągu ostatnich czterech dni przeczytałam:
- "Bóg rzeczy małych" - Arundathi Roy - mam mieszane uczucia, ze wskazaniem w kierunku tych pozytywnych.
- "Tricked" - Kevin Hearne - czwarty tom sagi o druidzie... słabiutko, oj, słabiutko...
- "Więzień nieba" - Carlos Ruiz Zafon - przyjemne zaskoczenie, ale mam zastrzeżenie - to jest za krótkie!!! Proszę nie pisywać takich króciutkich powieści, panie Zafon.
- I zaczęłam "Opowieść o Blanche i Marie" - Per Olov Enquist - i po przeczytaniu pierwszej części czuję się jakaś taka... brudna.
- Iiiiiiii - dzięki gorącym namowom zaczęłam czytać "Sto lat samotności" Garcii Marqueza - ojej! bajka... Bardzo mi się podoba.

***
Między jedną linijką tekstu a drugą dziergałam sobie grzecznie Tarasową Tunikę - zbliżam się do dekoltu. I wyszywałam prezent niespodziankę - jestem mniej więcej w jednej trzeciej haftu, ale nauczyłam się już wzoru na pamięć, więc idzie szybciej.

***
A krawiecko - hmmm, to może ja pokażę, jak wygląda w tej chwili Kącik Szalonej Rękodzielniczki, w którym to magicznym kąciku dzieją się dwa ciuszki na raz:

Pisałam ostatnio, że w przytomności Ślubnego, zaciągniętego podstępem do second handu, zostały nabyte materiały dwa. I to materiały, które ewidentnie miały wylądować u mnie, bo jakoś tak od razu było wiadomo, co z nich, z czym, po co, na co i dlaczego.

Z miękkiej, bardzo lejącej błękitnej materii w granatowe paski skrojone są już spodnie.

Materia oryginalnie była chyba jakąś zasłonką, lambrekinem, pasmem zasłaniającym widoki lub inną wielką zazdrostką, bo miało toto ponad trzy metry długości, ale szerokości 90 centymetrów. Okazało się, jednak, że starczyło na dokładnie takie spodnie, jakie za mną łaziły od dłuższego czasu. Spodnie Bez Niczego - bez kieszeni, bez szlufek, ozdóbek, bez paska nawet. W tym modelu nawet zamek nie chce się narzucać i jest wszywany z boku. A do tego "niczego" są mega szerokie nogawki. Materiał jest idealny na takie letnie spodnie - bardzo miękki, lejący się, leciutko elastyczny i relatywnie cienki, ale nie prześwitujący - jak na moje niezbyt wprawne oko, to jest bawełna z jakąś domieszką.
Chcę, żeby były luźne, więc skroiłam rozmiar większe i pogłębiłam tylko zaszewki, żeby nie mieć w pasie smętnie wiszących nadmiarów materiału. Oczywiście wiązanie jest przewidziane, więc dwa centymetry luzu będą maskowane pod kokardką :)
Spodnie już skrojone i przygotowane do szycia. Powinny powstać jutro - prezentacja najpóźniej w piątek.

A to jest, drodzy moi, zestaw, z którego powstanie letnia sukienka.

Pastelowa pomarańczowa sztuczność materiałowa, która została zakupiona w formie prześcieradła z gumką na łoże wielkości boiska piłkarskiego. Po pozbyciu się gumki okazało się, że jest tego nieco ponad dwa na dwa metry. Pomęczył mnie przez jeden dzień dylemat kolorystyczny - co dodać do wielkiej pomarańczowej plamy, żeby przestała mieć mdlące oddziaływanie i olśniło mnie, że fiolet będzie idealny. A zatem moja siateczka, z której powstała tunika Feniks z Popiołów będzie tutaj robiła za dodatek. Do tego lamówka z identycznym fioletowym odcieniu, do zaznaczenia cięcia pod biustem i powinno być ślicznie.
Wykrój już zrobiony, zamek kupiony, zostało kroić i szyć. Tutaj planuję trochę przeróbek i działań "w stylu dowolnym", między innymi przeniesienie zamka z tyłu na bok.

***
A tak poza tym, to muszę bardzo szybko pomyśleć nad Robótką Podróżną, bo zapowiada nam się weekend wędrowny. To, co robię w tej chwili nie nadaje się do samochodu. Tunika ze względu na to, że ciągnę nitkę z wielkich szpul i to jeszcze dwóch.
Wyszywać na polskich drogach się nie da, bo nawierzchnia nie taka idealna. Tym bardziej, że tam się liczy niteczki milimetrowej szerokości, więc nie ma szans, żebym trafiała igłą tak precyzyjnie.
Pewnie jakiś szal albo chusta się zadzieje, ale muszę zdecydować, co, z czego i jaki wzór.
Oczywiście raport z przyrostu robótki w czasie podróży będzie, żeby tradycji stało się zadość.

***
A na koniec krótki dramat w jednym akcie - byłam dzisiaj w pasmanterii. Takiej, co to mam najbliżej do niej. Wcześniej wizytowałam przybytek raz i oprócz wrażenia, że jest to najubożej zaopatrzona pasmanteria w okolicy (ale i tak nie najgorzej), nie odniosłam żadnych szkód emocjonalnych i estetycznych. Ale dzisiaj... W drzwiach rzucił się na mnie manekin krawiecki w stanie rozkładu (aż żałuję, że fotek z ukrycia nie zrobiłam, bo to się opisać nie da). Przy czym to jest siostra mojej Denatki, więc mi się żal zrobiło tym bardziej. Pod ladą, ale doskonale widoczne dla klientów upchnięte zakurzone, zepsute maszyny do szycia. Na półkach i dokoła ogólny obraz nędzy i rozpaczy. A do tego wyszła do mnie z zaplecza pani, która... przykro pisać, ale na pewno cierpi na deficyt mydła w domu, a była dziesiąta rano, początek pracy, czyli ona taka "higieniczna" przybyła z domowych pieleszy. Nabyłam galopem, co miałam nabyć i uciekłam na świeże powietrze. A żeby było zabawniej, to to jest nie tylko pasmanteria, ale także salon szyjący suknie ślubne... Tłumu klientek to oni raczej nie mają.

niedziela, 4 grudnia 2011

TYPOWY WEEKENDOWY MISZ-MASZ

Część 1. FIOLETOWY FINISZ
Wrzosowisko zostało uprane, obcieknięte, poukładane na plaskacza. Przy okazji prania wyszło, że to jednak nie jest sam akryl. Węchowo na mokro pachniało niezłym dodatkiem wełny. Etykieta jest po chińsku, więc nie zweryfikuję składu, ale co tam.
I oto sukienka w całej rozciągłości :)
Zdjęć z żywą wkładką chwilowo nie będzie, bo wkładka czuje się wyjątkowo przeprowadzkowo zmięta i nie ma nawet siły wyprostować się do zdjęcia. A jeszcze jak na widok zdjęcia żywa wkładka dojdzie do wniosku, że źle wygląda, jest za gruba, za wysoka, za niska lub inne "za", to może odmówić dalszej aktywnej egzystencji i działań wszelakich.

Ale wracając do Wrzosowiska, to oto zbliżenie na dół z koronką. Jak pamiętacie koronka była do prania przyszywana do wierzchniej warstwy dzianiny, żeby jej nie przyszło do głowy zaszaleć i się zwichrzyć. Metoda się sprawdza w stu procentach, oto koronka po praniu i bez żadnych dodatkowych zabiegów.

CZĘŚĆ 2. FIOLETOWY OTULACZ PORANNO-KAWOWY, czyli OPK
Robi się w niezłym tempie. Oto stan OPK na dzisiejszy poranek. Jak widać brakuje około 10 centymetrów drugiego rękawa. Przy czym rękawy robię nieco przydługie, żebym sobie mogła podwinąć mankiety.
Wychodzi na to, że na dół pozostanie ponad trzy motki, czyli będę miała swetrzysko hen hen za tyłek. 
Pomysł na drugi otulacz tarasowy też już jest. Przecież nie można mieć tylko jednego :)

CZĘŚĆ 3. BLOKOWANIE ROBÓTEK
Ana Yo w komentarzach do poprzedniej notki zapytała, o co biega z blokowaniem robótek. 
Blokowanie robótki to takie jej suszenie, żeby po wyschnięciu miała ona pożądany kształt. Tym się różni od zwykłego suszenia dzianin na płasko, że nie tylko je rozkładamy i pozwalamy wyschnąć, ale je naciągamy i kształtujemy wedle własnej woli, przypinamy do podłoża samymi szpilkami lub wzmacniamy brzegi specjalnymi drutami do blokowania i dopiero przypinamy.
Zacznijmy od chust, szali i szaliczków. Do nich właśnie najbardziej przydają się długie metalowe druty. Przewleka się je przez boki wilgotnej po upraniu robótki i naciąga, nadając odpowiedni kształt, po czym przypina się te druty do podłoża (gruby ręcznik, styropian, specjalne maty) długimi szpilkami, żeby nawet nie drgnęły i nie zepsuły efektu. Niby to samo można zrobić bez zestawu metalowych drutów, po prostu przypinając gęsto szal czy chustę szpilkami do podłoża, ale... ja nie mam cierpliwości, w okolicach dwudziestej szpilki przestaje mi się chcieć. Poza tym przy użyciu szpilek trudno utrzymać symetrię i naciągnąć mocno, ale równiutko.
Ja sama chusty i szale traktuję troszkę inaczej niż mówi ogólna szkoła. Piorę je, delikatnie pozbywam się nadmiaru wody (zawijam porządnie w ręcznik i miętoszę przez parę minut, można po takim zawiniątku nawet pochodzić bosą stopą), a później rozkładam mniej więcej w pożądanym kształcie i pozwalam wyschnąć. Dopiero taką czystą i suchą chustę uzbrajam w druty (łatwiej się to jednak robi na sucho), naciągam i przypinam na sztywno. Dopiero tak zblokowaną chustę zraszam spryskiwaczem i pozwalam jej samej znowu wyschnąć.
W przypadku swetrów i innych bardziej skomplikowanych robótek można blokować całość po zszyciu i skończeniu. A można także prać poszczególne części przed zszyciem. I ten drugi sposób polecam. Pierze się i rozkłada mokre części. Trzeba pilnować, żeby tak je rozciągnąć i poukładać, żeby miały odpowiednie wymiary (konieczny jest centymetr!), żeby rękawy miały tą samą długość itp. Przypina się gęsto szpileczkami do ręcznika czy maty. Dopiero po  wyschnięciu poszczególne części zszywa się ze sobą. I tu czeka miła niespodzianka - zszywanie ładnie zblokowanych części jest samą przyjemnością. Nic się nie zwija, oczka są już równiutkie. 
W przypadku sweterków i innych "kształtnych" robótek blokowanie pozwala na uzyskanie ładnych krzywizn na przykład w talii i na biodrach, jeżeli mokrą robótkę odpowiednio naciągniemy, przypniemy szpilkami na sztywno i pozwolimy wyschnąć. 
Obiecuję, że przy najbliższej okazji blokowania czegoś w kawałkach zrobię fotoreportaż :), a tymczasem możecie zajrzeć tutaj, gdzie pokazują blokowanie całych sweterków i kawałków sweterków, na sucho i na mokro i przy użyciu... pary :)

CZĘŚĆ 4. LAMPY, OBRAZKI I INNE KATASTROFY
Najpierw mała zmiana planów - lampy do kuchni i salonu zostały obejrzane na żywca, negatywnie zweryfikowane i porzucone w sklepowych odmętach. Zamiast nich pojawią się takie oto odjechane lampy w stylu kiczowatego mrocznego baroku, które to na żywca zostały zweryfikowane bardziej niż pozytywnie i Ślubny widzi w  nich potencjał nadania salonowi i kuchni klimatu.

Przyjechały wydrukowane obrazki wszelakie... miodzio, proszę państwa, miodzio!!!
W przedpokoju, zgodnie z założeniami zawiśnie trzech radosnych grubasków. 

Natomiast sypialnia okazała się potencjalnym zarzewiem dramatu rodzinnego. Pierwotny pomysł na grafikę nad łóżkiem okazał się bardzo drogi i skomplikowany w produkcji (tak to jest, jak się nawymyśla machające się na drucikach motylki i inne takie fajerwerki i wodotryski). Ale coś tam wisieć musi. Trzy godziny przeglądania Fotolii i kłótni o to, czy gałązka kwitnącej wiśni ma za długi zielony badylek czy w sam raz? Czy karnawałowa maska wenecka jest zbyt creepy, czyli straszna i czy nie będzie będzie straszyć wracających po ciemku z łazienki? Czy fioletowo-różowe akwarelowe rysunki są mdłe czy nie? I czy zbliżenie japońskiego kimona w ogóle wchodzi w grę? W końcu moja desperacja była tak wielka, że przyparta do graficznego muru warknęłam tylko: "Afremov". I oto stał się cud!!! Ślubny wpadł w zachwyt i stan estetycznego uniesienia.
W sypialni zawiśnie o to:
Gdyby ktoś chciał sobie pooglądać inne prace tego wyjątkowo płodnego artysty, to można się nim zachłystywać w tej internetowej galerii.

I jeszcze jedno zdjęcie z Rogu Renifera...
To są, o szanowni czytelnicy i oglądacze, nasze drzwi prysznicowe... a raczej drobny szklany mak, jaki po nich pozostał. Ze stoickim spokojem doszliśmy do wniosku, że szkło tłucze się na szczęście, a takie wielkie powierzchnie to całe góry szczęścia, więc zamówiliśmy nowe drzwi i po krzyku. Ot, taka piękna katastrofa.

CZĘŚĆ 5. OBOWIĄZKOWA - KOCIO
Obrazki będą bez komentarza, ale za to będzie pouczająca powiastka.
Ślubny zdjął dziś rano i wywiózł na Róg Renifera wiszący dotąd na ścianie w bibliotece obraz. Pusta ściana zestresowała Małego, który usiadł pod nią i zaczął wydawać zaniepokojone dźwięki. Stanowił żywą ilustrację do przekręconego: wyje kot do obrazu, a obraz... wyjechał :)
 

Wieczorna aktualizacja - Mały nadal siada na półce pod pustą ścianą i gapi się na niepokojące pustki poobrazowe.