Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2012

REPLAY BĘDZIE, HURRRRA

Nieco ponad rok temu, w ramach prezentu gwiazdkowego dostałam najmilszą włóczkę, jaką kiedykolwiek miałam w łapach i powstała z niej przytulaśna , wielgachna chusta - oooo, ta:

Uwaga - wspomnienie sentymentalne - chustę robiłam, jednocześnie oglądając Top Gear i próbę odtworzenia drogi, którą przebyli Trzej Królowie (samochód Hamstera w czasie tamtej wyprawy... to trzeba zobaczyć).

Chusta, za pośrednictwem cudu telefonii, została opisana Rodzicielce (czyli włóczko-dawcy), a nieco później zawleczona nawet do domu rodzinnego i pozwoliłam trochę pomiziać, ale bez przyzwyczajania się.
Rodzicielka Moja Jedyna doszła do wniosku, że popełniła błąd strategiczny i od razu nie nabyła większej ilości przytulaśnej włóczki. Zaczęła polowanie na włóczkę na replay. Udało się w poniedziałek. Kolor jest inny - podobno bardziej zwariowany. Włóczka wędruje już Pocztą Polską Powolną na Róg Renifera i w weekend zapowiadam Wielkie Robienie Replaya (dla niecierpliwych - zdjęcia włóczki postaram się zaprezentować jeszcze w piątek).
Przy czym nastąpi Tradycyjna Międzypokoleniowa Wymiana Mienia - już istniejąca chusta w kolorach jesieni powędruje do Rodzicielki, a szaleństwo kolorystyczne zostanie u mnie.

***
Uwaga zmiana beczki! O tym, że pościel miewa u mnie drugie życie, to już wiecie. Przerabiam ją na fartuszki (czyli niezbędny dodatek odzieżowy każdej porządnej pani domu) lub robię z niej bizantyjskie falbanki do spódnicy
Po przeprowadzce i zupełnej zmianie kolorystyki sypialni wymieniona została też pościel. A poprzednie komplety częściowo odłożyłam jako komplety gościnne, ale... powstał mały dylemat, co zrobić z moją ulubioną, jedyną w swoim rodzaju, spraną, "muszę-ją-zostawić" pościelą z motywem... a z resztą sami zobaczcie:

Ten domniemany autoportret pędzla Leonarda jest na obu stronach poszewki na kołdrę, a poszewka na poduszkę wygląda tak:

Nie wyrzucę, bo to moje ulubione. Poza tym materiał to porządna bawełna i jest w niezłym stanie, tylko kolory się zrobiły bardziej pastelowe po wielokrotnym praniu.
Coś należy z tego uszyć. Wyzwaniem jest uszycie czegoś, co z jednej strony to popiersie nadal będzie eksponować i pozwoli rozpoznać, a z drugiej, żeby ten wielki łeb jednak nie straszył... mam pewien pomysł, ale może Wam też coś przyjdzie do głowy.

***
Oczywiście poszewka rozłożona na podłodze zadziałała bez pudła i Mały musiał...

... przynajmniej spróbować wleźć pod spód.

I skoro już o kociu mowa, to jeszcze zdjęcie w standardowej pozie - zmęczyłem się, posiedzę sobie.

Jak widać Lotniskowiec w salonie to jedno z ulubionych miejsc leżakowania (teraz też się czworonóg wyleguje obok... w sumie teraz to cała rodzina, plus kot zalega na jednej sofie :).

***
Uwaga zmiana beczki! Kawę pijemy... ziarnistą... o smaku czekolady z chili... Ślubny zaparzył w kawiarce, czyli szatan wyszedł nie do opisania. Po pierwszym łyku zionięcie ogniem z pyska stało się nagle bardzo realne. Po dolaniu mleka i posłodzeniu nadal mam wrażenie, że wypala mi to cały przewód pokarmowy. Dobre, mniam... Kupiliśmy też kawę o smaku czekolady z pomarańczą, ale to już na pewno nie będzie trunek pożarniczy.

***
Uwaga zmiana beczki! - Powinnam zacząć od znanego cytatu, acz z nieco innym zakończeniem: "Nie mam żalu do nikogo, jeno do Ciebie, Agato... Meble". Nie chwaliłam się, bo na samą myśl podnosi mi się poziom tego hormonu, co to odpowiada za zalewającą z wściekłości krew - salon Agata Meble zafundował nam Odyseję Sofową?... Sofianą?... z Sofą!  
Sofy zostały zamówione 27 grudnia. Dojechała sofa do salonu... Dojechało nieco później zamówione łóżko... Sofa do Mamy czeka w magazynie od grudnia (bo transport jest zaplanowany z sofą na antresolę), a sofa na antresolę... postaram się pominąć wyrażenia nieparlamentarne, ale może mnie ponieść. 
Najpierw sklep nas poinformował, że producent owszem sprawnie i szybko wyprodukował sofę dla nas, ale nie popisał się w obszarze porządnego pakowania i sofa w czasie transportu zamokła. Sklep zdecydował o natychmiastowym odesłaniu zmokłej sofy do producenta, słusznie całkiem. Producent po raz drugi wziął się w garść i wyprodukował dla nas sofę, ale tym razem nie popisał się w obszarze rozróżniania strony lewej i prawej i sofa owszem przyjechała, ale w złą stronę (oparcie nie po lewej, a po prawej). Sklep sofę odesłał... producent ma ponownie wziąć się w garść i wyprodukować dla nas sofę, trzecią, w dobrą stronę, zapakować ją porządnie, materiału i koloru nie pomylić, a my czekamy. 
Salon Agata Meble udaje, że oni są średnio odpowiedzialni, bo oni są "tylko pośrednikami". Dodzwonienie się do działu reklamacji graniczy z cudem - Ślubny coś o tym wie. Konkretnej informacji o tym, kiedy sofa dotrze do magazynu sklepu, nie posiada nikt. Co nam zostało? Rąk opadanie. Dialogów na cztery nogi z pracownicą działu reklamacji prowadzenie. Na cud liczenie. Jaki jest święty od cudów?
A najbardziej mnie denerwuje, że ta sofa ma wylądować na antresoli. Trzeba ją tam wtargać na plecach przemiłych panów od transportu i z tego powodu cały czas nie zdjęliśmy folii i zabezpieczeń ze schodów, żeby się stopnie w czasie tego targania ciężkiego mebla na pięterko nie uszkodziły. A ta folia mnie... mierzi, wkurza znaczy się, maksymalnie. Tu następuje zgrzyt zębem przepotworny, kurtyna opada.

***
I jeszcze scenka rodzajowa. Ona i On (czyli Ja i Ślubny) w czasie peregrynacji po urzędach i bankach w związku ze zmianą miejsca zameldowania i wymianą dowodów osobistych (swoją drogą, jak jeszcze jeden urzędnik zacznie chichotać po przeczytaniu nowego miejsca zameldowania, to zacznę im robić zdjęcia w stanie największego rozradowania i "zębówsuszenia"). 
A zatem Ona i On podjeżdżają samochodem pod Urząd Starostwa Powiatowego. Zamiast zwyczajowej tragedii parkingowej zastają niepokojącą pustkę.
   On: Alarm bombowy był, czy co?
   Ona (pozbawiona możliwości sensownego myślenia w obliczu niezwyklej sytuacji): Dziwne to.
On i Ona wysiadają i podążają w kierunku głównego wejścia. Pustki na parkingu szybko stają się "oczywistą oczywistością" - już po godzinach urzędowania i wszyscy oddalili się w swoich pojazdach w zorganizowanym pośpiechu.
Pod wejściem głównym pojawia się przedstawiciel władzy mundurowej, w pełnym rynsztunku, jakby się wybierał pacyfikować kibiców zaprzyjaźnionych drużyn. 
   Przedstawiciel w rynsztunku (z właściwą służbom mundurowym przyganą): A to co? Zamknięte już?
   On i Ona (zgodnie kiwając głowami): Zamknięte.
   Przedstawiciel w rynsztunku: Ale dopiero piętnasta jest!
Morał -  nawet policję, którą z zasady nic nie powinno dziwić, wprawiło w wielkie zadziwienie, że 15:00 oznacza koniec godzin urzędowania. A co mówić o nas. 
Skutek - nadal posiadamy prawa jazdy z poprzednim adresem. Się w końcu załatwi, kiedyś.