Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Percy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 stycznia 2012

WAMPIRZA PROWOKACJA

To była czysta prowokacja, ale łaskawie wybaczam, bo miała charakter inspirujący. 
W komentarzach do zliftingowanego Percy'ego kilka osób zadeklarowało, że im się Percy nachalnie wciska do kolejki robótek. Ale Patrycja napisała też, że Percy zacznie powstawać, kiedy tylko z drutów zejdzie jej  Vlad.
No przecież nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak Vlad wygląda. Nastawiona na jakieś krwiste cudo z wielkimi kłami pooglądałam sobie Vlada dokładnie i...
Tak, dobrze się domyślacie, wampirzy urok dopadł i mnie. Przy czym dopadł mnie jakby w poczwórnej dawce - włóczkowo-projektowo-książkowo-filmowej. 
Wyciągnęłam z czeluści szafy ze skarbami adekwatną krwisto czerwoną włóczkę z dużą zawartością wełny (żebym znowu mogła się cieszyć rezultatami blokowania). Znalazłam sobie angielskiego audiobooka Brama Stokera "Dracula" i tak przygotowana ruszyłam do ataku na kolejną chustę. Czyli zwampirzyłam się maksymalnie. Aaa, jak mi się nudzi słuchanie, to w przerwach oglądam kolejne odcinki "True Blood/Prawdziwej krwi".
 

Dziś rano Vlad miał takie oto niepozorne rozmiary. Taki wampirek raczej niż porządny, wielkopowierzchniowy wampir. Przy czym już wiem, że będę musiała główny motyw powtórzyć nieco więcej razy, niż sugeruje to oryginalny opis. Zapewne nie 7 razy a około 14, bo ma być pokaźna chusta.

Przy okazji informacja dla osób znających angielski i lubiących słuchać audiobooków. Istnieje genialny katalog audiobooków czytanych przez wolontariuszy - LIBRIVOX (link jest do strony z "Drakulą" Stokera, ale można sobie z niej wyszukać inne tytuły). Jest tam wszystko, co weszło już do domeny publicznej, czyli nikt nie ma już do tych książek praw autorskich. Fakt, że czytają to wolontariusze powoduje, że niektóre książki są nagrane lepiej, a inne gorzej, ale nie spotkałam jeszcze takiej pozycji, która naprawdę nie nadawałby się do słuchania z powodu bardzo słabej jakości.

Domowo-remontowo jesteśmy nadal na etapie walki o meble. Wszystkie powierzchnie miękkie są już zamówione i pojawią się w dwóch turach: najpierw sofa do salonu zwana lotniskowcem ze względu na jej wielgachne rozmiary, sofa na antresolę i rozkładana do mamy. W drugiej turze, jakieś dwa tygodnie później dojedzie nasze łóżko. I tu od razu uprzedzam - model łóżka został zmieniony w stosunku do projektu. Cytując Ślubnego: takie wielkie meble z falistymi liniami słodko wyglądają na wizualizacjach, a w rzeczywistości mogą stać się wielkimi krążownikami, które utkną w za małej przestrzeni. Dlatego łóżko będzie wielkościowo takie samo, ale nieco niższe i mniej ozdobne w kształcie.
Meblarze od półek i szaf są na etapie naprawiania własnych błędów i wypaczeń. Idzie im powoli, ale miejmy nadzieję, że przynajmniej skutecznie. Nie ukrywam, że ich działania wywołują u mnie potrzebę picia melisy litrami, ale do 20. stycznia (termin zakończenia ich działań wynikający z umowy) będę wykazywać się wielką cnotą cierpliwości i żebym miała pęc, to się nie odezwę, nawet nie pisnę i nie zgrzytnę zębem publicznie. Natomiast 21. może nastąpić wybuch godny tego islandzkiego wulkanu, co to kilka lat temu pylił na trasy lotów aeroplanów i nikt nie był w stanie zapamiętać i wymówić jego nazwy (Eyjafjallajökull ;)) . Mam nadzieję, że nie będę jednak musiała puszczać dymu uszami i zionąć ogniem.

niedziela, 8 stycznia 2012

PERCY PO LIFTINGU

Stanęłam wczoraj przed trudną kwestią - gdzie ja się mam rozkładać z blokowanymi chustami? Biorąc pod uwagę, że dla Małego antresola nadal nie istnieje i kocio nie wykazuje żadnych zapędów do eksplorowania drugiego poziomu mieszkalnego, rozpełzłam się z Percym na pięterku.

Jak każdy porządny chirurg plastyk-fantastyk zobowiązana jestem zaprezentować stan przed i po liftingu. Stan zmarszczkowy można sobie w stanie wielkiego zniesmaczenia estetycznego obejrzeć tutaj. Natomiast cudo po naciągnięciu prezentuje się tak (proszę zwrócić uwagę na fotogeniczność balustrady i jej wielkie możliwości prezentacyjne):
 

Zrobiony z włóczki ze sporą zawartością wełny, Percy zblokował się doskonale. Sprawdził się sposób zamykania oczek zaproponowany przez Patrycję (pisałam o tym w szczegółach w poprzedniej notce) -  jak widać Percy stał się chustą zębatą i zęby mu wyrosły bez walki o zachowanie linii prostej na górze chusty.

Jeszcze zbliżenie na piekielne szyszunie.
 

Powstaje już sweterek inspirowany zdjęciem na blogu Tanit-Isis, o którym pisałam również w poprzedniej notce. Powstaje powoli, bo wzorek sobie wybrałam może nie piekielny, ale czyśćcowy na pewno - częste krzyżowanie oczek na szybkość dziergania najlepiej nie wpływa. Ale za to osiągam dokładnie taki efekt, o jaki mi biegało, więc nie marudzę i krzyżuję.
 

I jeszcze akcent humorystyczny, do którego niechcący zupełnie sprowokowała mnie Brahdelt, skarżąc się, że dopadła ją złośliwość Wodnego Smoka.  To może moje nadwrażliwe przeciekające okno też zostało łupnięte ogonem Wodnego Smoka? Poradziłam Brahdelt, żeby zawiązała czerwoną kokardkę na rurze stanowiącej główny dopływ wody do mieszkania. Ale żeby nie było, że radami sieję na prawo i lewo, a sama z nich nie korzystam, oto dowód zdjęciowy, że Jej Okienna Nadwrażliwość na antresoli została zaopatrzona w czerwoną włóczkową kokardkę (plucie przez lewe ramię w czasie wiązania sobie darowałam).


Małe PS kompletnie nie na temat - piłyście kiedykolwiek kawę z piankami Marshmallow (wrzuconymi do środka)? Ja już piłam :)))

piątek, 6 stycznia 2012

TAJEMNICA MAŁYCH STÓPEK

Budzisz się rano, wchodzisz do łazienki i widzisz na białych płytkach ślady małych, kocich stópek... Gdzie to znowu wlazło? Przecież cała łazienkowa powierzchnia płaska wymyta i wysprzątana. Cieknie gdzieś? Brudno w jakimś kącie?
Jeden taki poranek, drugi taki poranek. Kocio na wszelkie zadawane pytania odmawia odpowiedzi, powołując się na przysługujące mu prawa, co to je kocio zawsze "miauuu".
Aż pewnego popołudnia poprawiam swoją ekstraordynaryjną urodę przed lustrem w łazience, a tu Mały jednym sprawnym susem skoczył na blat umywalkowy po stronie prawej, bez zastanowienia przedefilował w poprzek umywalki, z wdziękiem wylazł po stronie lewej, zeskoczył i... oddalił się w siną dal przedpokoju, zostawiając za sobą ślady małych stópek zamoczonych na wilgotnej powierzchni umywalki. Tajemnica rozwiązana, ale...
Mały dostarczać rozrywki potrafi i na małych niespodziankach nie poprzestaje - jeden z kolejnych wieczorów. Uświadamiamy sobie, że coś dawno Małego nie było widać na horyzoncie. Rozwijamy systematyczną akcję poszukiwawczą i co zastajemy w łazience? TO!!!

 

Jak kupiliśmy nietypową, dużą i relatywnie płytką umywalkę, to zażartowałam nieodpowiedzialnie, że kupiliśmy wanienkę dla kota... Wykrakałam - Mały jak Kyle XY najlepiej sypia w wanience. Dantejskich scen budzenia i przeganiania kota, kiedy chce się umyć łapki lub zęby opisywać nie będę, ale negocjacje bywają długie i zakończone użyciem siły.

Żeby wyczerpać koci wątek jeszcze zdjęcie salonu zamienionego w koci plac zabaw.

Czas na robótki - Percy wykończony, na razie w formie pomarszczonego staruszka, oczekującego na intensywny lifting.

Sam projekt polecam, ale wielbicielkom chust z pewnym doświadczeniem robótkowym. Dlaczego? Ponieważ sekcję B wzoru, czyli Frost Leaves robi się na prawej i lewej stronie (zazwyczaj w chustach lewą stronę lecimy samymi lewymi lub jak nam tam schodzi z drutu, ale nie ma na nim oczek wzoru). 
Szyszunie oczywiście dają w kość. Tym bardziej, że tym razem robiłam je na drutach. Błąd! Zawsze szyszkowe bąble robię na szydełku - jakoś mi tak szybciej, poręczniej i mam wrażenie, że wychodzą równiejsze i ładniejsze. Jeśli kiedyś mnie jeszcze rzuci na Percy'ego (a jest to prawdopodobieństwo graniczące z pewnością), to jednak szyszunie będą szydełkowe.

I ostatni rząd chusty, czyli zamykanie oczek. O tym, co się może stać, kiedy oczka zamkniemy zbyt ścisło, pisała Iza, słusznie chwaląc się swoim pierwszym, chuścianym razem.
Mój sposób na luźne zamykanie oczek jest następujący - po zrobieniu ostatniego rzędu na drutach, na których robiony jest cały projekt, łapię największy rozmiar drutów, jakie mam pod ręką i robię jeszcze jeden, dodatkowy rząd prawych oczek, które później zamykam szydełkiem. Wychodzi idealnie, jeśli chodzi o napięcie tego ostatniego rzędu i przede wszystkim idealnie równiutko.
Tym razem posłużyłam się sposobem zaproponowanym przez Patrycję w komentarzach do wpisu u Izy, czyli między każdą kolejną parę zamykanych oczek wstawiłam jedno oczko łańcuszka. Wydaje mi się, że w przypadku chust, które później dość mocno się naciąga przy blokowaniu, to sposób jest idealny. (Przy bluzkach i sweterkach, brzeg robiony w ten sposób, wychodzi zbyt luźny, jak na moje potrzeby.)

Percy skończony, czas na rozgrzebanie kolejnego dziergadła. I tu obiecuję, że o szyciu będzie w lutym, kiedy już wykopię za próg wszystkich specjalistów od mebli, listew podłogowych i innych brudnych robót. I przede wszystkim, kiedy zasiedlę własny kąt robótkowy i w końcu wyjmę Denatkę z, nomen omen, czarnego foliowego worka.

A teraz plan jest taki: przede wszystkim będzie bluzeczka z resztek pozostałych po Turkusie, Który Się Skrystalizował. A pomysł na bluzeczkę podsunęło mi zdjęcie na szyciowym blogu Tanit-Isis (drugie zdjęcie we wpisie).

A poza tym zajrzałam na Knitting Club, gdzie pojawiło się zestawienie najbardziej popularnych projektów planowanych do zrobienia w 2012 roku na Ravelry.  I jako pierwsza rzuciła się na mnie Cytrynka. Na razie siedzę i kombinuję, co by tu Cytrynce zrobić, żeby ją bizantyjsko-barokowo ozdobić. Jedno jest pewne... moja Cytrynka będzie różowa, w różnych odcieniach, w tym w kolorze Vanishowego różu.

wtorek, 3 stycznia 2012

CZEKAJĄC NA... DEKARZA

Siedzę sobie grzecznie i cierpliwie... no dobrze, cnota cierpliwości nie jest moją mocną stroną w sytuacji czekania na cokolwiek. Zatem siedzę sobie z lekkim ADHD i czekam na dekarza. Dekarz jest to magik-specjalista, który ma przybyć dzisiaj, dokonać sztuk ekwilibrystycznych włażąc na dach i naprawić okno przeciekające w czasie topnienia śniegów (Jej Uroczą Zafoliowaną Okienność pokazywałam przed świętami). Przy czym przełożony magika - czyli nad-dekarz - był, obejrzał od środka i stwierdził, że na pierwszy rzut oka on nie ma pojęcia, o co oknu może chodzić... czyli co? Nie tylko mam kuchenkę neurotyczkę, to jeszcze i okno o nadmiernej drażliwości, a może i z kompleksami.

Siedzę, czekam i "w międzyczasie" (uwielbiam "międzyczas") będzie twórczość blogowa.

Najpierw odpowiedź publiczna na pytanie zadane w jednym z komentarzy - kiedy mam zamiar urządzić swój Kącik Szalonej Rękodzielniczki? Ha! w pierwszym możliwym terminie, którego to terminu nie znam. Stan na dzień dzisiejszy jest jak następuje:
- szafa na froncie antresoli została chwilowo bezczelnie zaanektowana przeze mnie

- w części prawicowej zostały wrzucone materiały (przy czym słowo wrzucone doskonale oddaje stan lekkiego bałaganu na pólkach)

- w centrum rozpanoszyły się włóczki, nitki i niteczki
 

- w części lewicowej leżą sobie grzecznie torby i torebki, ale nie zasłużyły na załapanie się na sesję fotograficzną
- a mój kącik został dziś rano napadnięty i ogołocony z drzwiczek, które to drzwiczki wymagają poprawek:
 

Czekam zatem - jak już wiecie, kompletnie nie wykazując się cnotą cierpliwości - kiedy też meblarze wrócą z drzwiczkami w objęciach, zamontują i powiedzą mi oficjalnie, że zakończyli roboty w Kąciku i mogę się zadomawiać, kokosić i bałaganić według własnych potrzeb.

A teraz będzie o sylwestrowych cudach. Cudowna przemiana dotknęła Percy'ego - w ostatni poranek roku 2011 wyglądał tak:

a w pierwsze popołudnie nowego roku 2012 wyglądał tak:

Robienie z szarej cieniutkiej niteczki przerosło możliwości moich wymoczonych w chemii nieorganicznej rączek. Równie dobrze mogłabym próbować dziergać ubrana w rękawiczki z papieru ściernego drobnoziarnistego. Ale chęć zrobienia Percy'ego zakiełkowała i zapuściła we mnie korzenie tak silnie, że nie ma przebacz - Percy ma być, tylko z innej, mniej delikatuśnej materii. Wyciągnęłam mało subtelną włóczkę z dużą zawartością wełny i z dziką radością dziergam. 
W tej chwili została mi tylko część C wzoru, czyli szerokie ozdobne zakończenie chusty... z szyszuniami... kocham szyszszszszunie... Bardzo podoba mi się efekt pojawiających się na robótce bąbelków, ale robienie ich podnosi mi poziom niepokoju wewnętrznego do stanu bliskiego bulgotaniu lawy i od czasów tysiąca szyszuń we Włoskiej Robocie podejście mi się nie zmieniło. 

I jeszcze Percy wdzięcznie udrapowany (he he, żeby znowu nie pisać o smętnych meduzach) na oparciu naszych krzeseł kuchennych. A krzesełko prezentuję, bo ma genialny kształt - proste, eleganckie, o lekko kobiecych inklinacjach :)


Małe uaktualnienie - magik od okien był. Wysunął się na dach otworem okiennym - widok bezcenny. Hojnie polał wszelkie podejrzane miejsca (gdzie może nawiewać śniegu) klejem do dachów i rynien. Wsunął się do wnętrza. Jak na moje złamał przy okazji jakieś dziesięć przepisów BHP pracy na wysokościach. Pomamrotał pod nosem - podejrzewam, że odczyniał Zło Dokołaokienne - i ma nadzieję, że pomoże. Ale nie obiecuje. I ogólnie, to drażliwe okno nie ma prawa przeciekać, szczególnie w kontakcie z topniejącym śniegiem. Jakby co, to mam lewą ręką podstawiać wiaderko, a prawą wybierać numer do nad-dekarza, żeby przybyli jako ci ułani pod okienko w momencie wycieku i złapali okno na cieknącym uczynku.
A tak ogólnie to chyba czerwoną kokardkę zawiążę Jej Nadwrażliwej Okienności, może to jednak uroki. Opluć też mogę przez lewe ramię i nie przechodząc pod drabiną :)))

piątek, 16 grudnia 2011

CWAŁEM I KURCGALOPEM

Jednak się udało dorwać do laptopa, chociaż operator energetyczny ENEA robi od paru godzin wszystko, żeby nie miała możliwości napisania czegokolwiek. Niech oni się jednak zlitują i ustabilizują zasilanie, bo wynoszenia kolejnych pudeł i worków w kompletnych ciemnościach, to nawet ja nie zdzierżę. Oczywiście w nowym mieszkaniu prąd jest, bo to inna linia i tam nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że może nie być elektryczności.

*** 
Tak dla odmiany najpierw robótki.
Percy powstaje w tempie ślimaka z anemią, ale powstaje. Na razie jest na etapie - "brzydactwo beznadziejne, a wzorek jest, ale jakoby go nie było" - czyli larwa przed przepoczwarzeniem.

***
Mieszkanie spakowałam... Mały bardzo pomagał... od trzech dni kot nie ma czasu się wyspać. Gania jak z pieprzem, a i tak ma kłopoty z zaliczeniem wszystkich dostępnych kartoników i pustych szuflad.
Jak widać kocio próbuje się rozdwoić, przynajmniej w okolicy ogona i egzystować w dwóch kartonach równocześnie.

***
Zrobiłam rano pamiątkowe, nostalgiczne zdjęcia starego mieszkania.
Pusty salon:

Pusta sypialnia:
Pusta biblioteka:
I nawet garderoba pusta:
I tak, jakby się ktoś pytał, to nowi właściciele kupili od nas mieszkanie z wyposażeniem, czyli telewizor, pralka, zmywarka, lodówka i wszystkie meble i lampy zostają. Ale nie ma się co dziwić, przeprowadzają się z Rzymu (tego włoskiego) i nie mieli ochoty ciągnąć przez pół kontynentu lodówki czy stołu (ale ulubione kwiatki jadą właśnie ciężarówką do Polski :) Włosi też jadą, będą jutro wieczorem).

***
Zdjęcia nowego mieszkania będą w przyszłym tygodniu, jak specjalista kabelkolog od dostawcy usług wszelakich przybędzie i podłączy wszystko, jak należy. Problem jest w tym, że Ślubny nie może asystować przy podłączaniu, bo ma urwanie głowy w firmie i o zostaniu w domu i nadzorze nie ma mowy. Czyli zostaję ja... która zielonego pojęcia nie mam, co do czego, i z czym, i po co. Ale opracowałam już strategię - na wszelkie pytania będę odpowiadała uroczym trzepotaniem rzęsami i podsuwaniem specjaliście pod nos komórki z wybranym numerem do Ślubnego, niech sobie panowie konferują na odległość. Ja tam będę jedynie od wyglądania jak perfekcyjna pani domu w kompletnej rozsypce po-przeprowadzkowej.

***
W komentarzach do poprzedniej notki Brahdelt raczyła się podzielić historią przedwczesnego wywiezienia do nowego mieszkania mężowskich spodni... Taaaaaaak... 
Będzie powiastka umoralniająca, tłumacząca na jaskrawym i nieco patologicznym (ach, te nałogi) przykładzie, dlaczego nie należy zbyt wcześnie pakować sprzętów kuchennych.
Ukochana Moja Ekipa Wykończeniowa przywiozła baaaardzo ostrożnie i wkleiła baaaardzo precyzyjnie gigantyczne lustro w łazience. Ślubny poczuł się w obowiązku zakupić wino, zgodnie z głęboką wiarą w to, że nieopite lustro stłucze się przy pierwszej nadarzającej się okazji (małe wyjaśnienie - ilość alkoholu, jaka została spożyta w ramach oblewania montażu, przyklejenia, przywiercenia, położenia itp. oraz podpisania, otrzymania, oddania, zbycia, nabycia itd. podnosi znacznie średnią krajową spożycia napojów alkoholowych na głowę statystycznego Polaka w roku 2011). Zakupił zatem. Późnym wieczorem, po kolejnych wielbłądzich kursach z worami i kartonami, padliśmy bez sił i ducha, ale trzeba było jeszcze wypić za lustro. Ślubny podreptał do kuchni. Usłyszałam otwieranie lodówki, wysuwanie szuflady ze sztućcami, a później usłyszałam już tylko głośne: "hmmmmmmmmm...". I walnęło we mnie jak piorunem - korkociąg wyjechał na Róg, a wino z korkiem. A tu lustro czeka. Ślubny, jak mówi młodzież, ogarnął się błyskawicznie i otworzył szufladę obok - z narzędziami. 
Do otwierania wina w trudnych czasach przeprowadzki służy - śruba nie wiadomo do czego, ale mająca haczyk na końcu:
oraz smycz reklamowa, reklamująca nie wiadomo co, ale na oko porządna. Przy czym sugerowane jest zastosowanie środków ostrożności prezentowanych na zdjęciu poniżej, czyli dokonywanie otwarcia na podłodze, przytrzymując butelkę zadnią nogą, a nawet dwiema:

*** 
To ja znikam co najmniej do środy (jak specjalista kabelkolog przybędzie i dostarczy cywilizację w walizeczce). Ale za to jak się pojawię, to będzie:
- całe mnóstwo zdjęć z nowego mieszkania wraz z opisem sytuacyjnym,
- dramatyczne historie próby ogarnięcia 160 metrów kwadratowych w jeden weekend,
- iiiiiiiiiiiii... UWAGA!!! UWAGA!!! z okazji przeprowadzki na Róg Renifera blog nieco zmieni nazwę i wystrój graficzny, ale... będzie też konkurs z nagrodami, a w konkursowej roli głównej wystąpi kuchenna tapeta :) 

I zostawiając Was w stanie zaintrygowania, idę - dosłownie - opuszczać stare domowe pielesze i zagnieżdżać się na nowym. 

środa, 14 grudnia 2011

W WIELKIM ZDERZACZU HADRONÓW

Czuję się jak proton porządnie trzepnięty przyspieszeniem w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Ale wcale nie mam ochoty krzyczeć, żeby się ta karuzela zatrzymała. Wręcz przeciwnie, niech się kręci jak najszybciej, to wtedy jest szansa, że ta cała kołomyja i kociokwik skończy się w mgnieniu oka.

Lista najważniejszych nowości w telegraficznym skrócie:
- Tapeciarze się poprawili, stosując wczoraj klejenie na ciepło. Dzisiaj rano nadal się wszystko trzymało. W przyszłości, jak coś odpadnie, kazali dmuchać suszarką i głaskać namiętnie gąbką. Antyreklamy nie będzie, ale było blisko.
- Obudowano metalowe kolumny na antresoli i zamieniły się w kolumny świecące. Ślubny nie wykazał zachwytu kolorem światła i zażyczył sobie dodatkowe cuda-wianki w postaci ozdób z folii witrażowej, które mają światło ocieplić... nie komentuję, niech przygotują, wykleimy sami.
- Meblarze zwieźli kuchnię - w tej chwili mam wrażenie, że te wszystkie klocki za żadne skarby nie zmieszczą się we wskazanych kątach i na ścianach. Ale już raz to przerabiałam i wiem, że jestem w "mylnym błędzie".
- Półka pod umywalką w łazience skalała sumienie i zawodową dumę Głównego Meblarza, bo jest cała lakierowana i lakier raczył "pęc" w jednym miejscu, na łączeniu. Ślubny usiłował przekonywać, że niech sobie ta półka popracuje jeszcze, poukłada sobie stosunki ze stojącą na niej umywalką, a dopiero później się to zdemontuje, machnie ponownie lakier i wypoleruje. Zawodowe sumienie Głównego Meblarza żachnęło się na taką propozycję i półka zostanie wykonana od nowa, wzmocniona niczym beton zbrojony i przemontowana po Nowym Roku. To się nazywa właściwy stosunek do prac zleconych.
- Szafy powstają, lustro dojechało, karnisze się montują, wariactwo na całego.
- Wyszło na jaw, że w bloku pracował Elektryk-Szaleniec. U nas po zamontowaniu lamp okazało się, że nie wszystkie włączniki i wyłączniki działają jak należy, a niewłaściwa kolejność odpalenia świateł na antresoli skutkuje wywaleniem korków z iskrzeniem i bonusowymi fajerwerkami. Oczywiście wszystko na gwarancji, więc Elektryk-Szaleniec pojawia się i poprawia te urocze niedoróbki. Ale u sąsiada piętro niżej wykonał manewr Strusia Pędziwiatra i tak wymerdał kabelki, że próba opuszczenia elektrycznej rolety w salonie odbywa się synchronicznie z gaśnięciem światła w łazience... to się nazywa elektryczna fantazja fachowca.
- Pakowanie i stopniowa ewakuacja przebiega sprawnie i w zasadzie to więcej rzeczy mam na Rogu Renifera niż w starym mieszkaniu... i o to chodzi.
- Pierwszy nocleg nadal planowany z piątku na sobotę i to się na razie nie zmienia.

Robótkowo też zgodnie z planem - powstała  już czerwona Panache Na Letnie Chłodne Wieczory Na Tarasie (PaNa LeCh Wie NaTa). I wiem, że się powtarzam, ale nadal pozostaję w zachwycie i to jest naprawdę prosty w robocie, szybki w przybywaniu i bardzo efektowny model.
Blokowałam go wczoraj w okolicach 22:00 i Ślubny uwiecznił cały proces, w tym moje klęczące poświęcenie w czasie wpinania dziesiątek szpilek.
W kolejności całkowicie niechronologicznej:
- efekt końcowy wzmocniony żelazem (hartowanie ogniem łaskawie pominęłam :)

- mozolne upinanie giganta

- stan początkowy, czyli smętna meduza przed blokowaniem
A teraz uwaga, uwaga! Ogłoszenie parafialne! Nie powstanie z marszu następna Panache... Ale zanim wyjawię, za co mam zamiar się zabrać, cytat z wczorajszego późno wieczornego dialogu małżeńskiego:

ONA (z wypiekami na twarzy przeglądająca możliwe do zrobienia chusty) - TO zrobię!!! Kiedyś mi diabelstwo wyjść nie chciało, to spróbujemy jeszcze raz.
ON (prawa brew uniesiona, wyraz pełnego niedowierzania) - To Tobie kiedyś coś nie wyszło?

Ano, nie wyszło, nie wyszło. Coś mi się nie wzór źle odszyfrowało, poziom cierpliwości miałam akurat na poziomie depresji żuławiano-wiślanej i trzepnęłam całość do kosza, wyciągając w locie druty i nie dbając nawet o prucie. Zatem będzie ponownie Percy. Jak ktoś Percy'ego robił, to niech się ujawni, żebym miała poczucie, że jakby co, to mam kogo mordować, co ja źle kombinuję. 

I jeszcze drobiazg o charakterze świątecznym. Odkąd się wprowadziliśmy do naszego starego mieszkania (osiem lat, co to zleciały jak jeden dzień... no dobra nie przesadzajmy :), co roku przed Bożym Narodzeniem szalałam zdobniczo na korytarzu: okno, drzwi wejściowe do mieszkania naszego i sąsiadów. W tym roku, na pożegnanie machnęłam tylko szybkie ozdóbki na oknie.
 Ptaszki gotowe, serduszka wycięte z papieru do pakowania i dorzucone pokręcone wstążeczki też z ozdobnego papieru. Jak się sąsiadce zapomni zdjąć w odpowiednim czasie, to na Walentynki też będzie miała bardzo adekwatny wystrój klatki schodowej :))).

Mam zamiar odezwać się na szybko w piątek..., ale to tylko plan, a plany są bardzo podatne na rewizje i wpływ siły wyższej. Gdybym się piątkowo nie objawiła, to znaczy, żem na nowym, ganiam ze ścierką, wiaderkiem, odkurzaczem i obłędem w oczach, a ponadto... nie będę miała swobodnego dostępu do Internetu do około 22 grudnia. Pozaglądam sobie do Was z ipada Ślubnego, ale pisanie na tym własnego bloga, to ja dziękuję, ja poczekam na normalnie pojętą cywilizację.