Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stebnowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stebnowanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 września 2012

MOROWE CZACHY

Ślubny był dostał w prezencie od Teściowej Swojej Jak Dotąd Jedynej morową materię na spodzień w stylu militarnym. Materiał sobie trochę poleżał, bo Ślubny zmieniał rozmiar. Kawał morowej materii uszczknęliśmy na wdzianko dla ipada, a reszta czekała. I w końcu się doczekała. Ślubny zarządził szyjemy, a mnie dwa razy nie trzeba powtarzać.
Postawiłam tylko jeden warunek - będę Morowe Spodnie ozdabiać taśmą w czaszeczki. Przyszły nosiciel spodni nie oponował zbyt intensywnie, więc oto prezentuję początkowe etapy prac nad ubiorem męskim, średnio eleganckim.

Zacznę od zrobienia niewąskiej burdy Burdzie... Szyję według wykroju na spodnie męskie lekko sportowe. 

Oczywiście zmian w konstrukcji jest całe mnóstwo: szersze nogawki, bez wywinięcia na dole, inne kieszenie i tysiąc dwieście innych drobnych zmian. Ale! Podstawa jest z prezentowanego modelu. 
To są moje pierwsze spodnie męskie, więc mam zerowe doświadczenie w dostosowaniu wykroju do potrzeb cielesnych Ślubnego. Przed rozpoczęciem szaleństw z robieniem wykroju obmierzyłam męża wzdłuż i wszerz, powstrzymując się tylko przed zmierzeniem mu obwodu bicepsu, bo to jednak spodnie. Nie zadowoliłam się pomiarami z natury, zażądałam dostarczenia mi do łap spodni idealnie pasujących i z czeluści szafy zostały wywleczone dwie pary, które mogłam sobie mierzyć do woli. Uzbrojona w perfekcyjną centymetrową wiedzę wybrałam rozmiar. Zrobiłam formę i... ja zawsze, ale to zawsze zrobiony wykrój mierzę, czy się obwody zgadzają... i się kurka wodno-ziemna nie zgadzały!!! Było o 10 centymetrów mniej niż wmawiali mi w tabelce z rozmiarami. Trafiło mnie niebotycznie, bo za rysowaniem wykrojów spodni nie przepadam, bo to wielkie płachty papieru, nieporęczne, szeleści i generalnie nie zachowuje się grzecznie. A że Ślubny mi schudnie 10 centymetrów w tydzień, to ja nie liczę.
Zrobiłam wykrój drugi raz - o dwa rozmiary większy, własnym oczom nie wierząc, bo według tabelki oznacza to, że mój mąż ma w pasie ponad 100 centymetrów!!! Ale co ciekawe, obwody mierzone z natury (czyli na wykroju) dają dokładnie tyle, ile mi potrzeba i na pewno jest to dalekie od jednego metra. 
Dochodzę do wniosku, że Burda powinna dodać jeszcze jedną tabelkę, umieszczając ją tuż obok rozmiarówki - tabelkę przeliczającą "centymetry burdowe" na centymetry ogólnie przyjęte. By ich papier pokaleczył, zawodowców!

No to sobie ponarzekałam i mogę pokazywać dalej. Ślubny stanął przed dylematem (to znaczy ja go postawiłam przed wyborem), jaką nitką szyć stebnówki. Do wyboru miał czarny, szary i biały. Trwał w dziwnym zawieszeniu przez kilka minut, aż mnie zgniewało nieco i rzuciłam lekko złośliwie: "Jeszcze czerwone Ci mogę te szwy zrobić." I tu mi się Ślubny rozpromienił i zażyczył sobie czerwieni... 

Wcale źle to nie wygląda, będzie awangardowo. Jak widać, czaszki pojawiają się na klapkach kieszeni, ale wrzucę je też jako ozdobę szlufek. I wystarczy, bo co za dużo, to niezbyt zdrowo.

I tym sposobem od dwóch dni szyję kieszenie i klapki do kieszeni! Stebnówki, kieszenie przyszywane nie na płasko, tylko tak, żeby odstawały od nogawek (z dodatkowymi paskami materiału, między kieszenią, a materiałem spodni), czaszeczki, kieszonki na kieszeniach... Ślubny to wymagający klient z wielką fantazją i wiarą, że ja wszystko dam radę uszyć :)))

Ale radocha z szycia jest gigantyczna, szczególnie, kiedy po pokazaniu pierwszej skończonej i dopieszczonej klapki Ślubny zaczął klaskać uszami i wydawać z siebie radosne pomruki.

I jeszcze fotki kieszeni "udowej" w fazie przygotowań do przyszycia, żeby było widać, że kieszeń według wyobrażeń Ślubnego, to nie jest ładnie przyszyty kwadracik, ewentualnie prostokąt. A skąd! Z fajerwerkami i wodotryskami ma być!

I na wszelki wypadek machnęłam Wam fotkę mojego miejsca krawieckiej pracy :))) Perfekcyjna Pani Domu leciałaby tam sprzątać o drugiej w nocy, bo jak tu spać, wiedząc, że ma się taki bałagan na stole... ja tam śpię spokojnie.

Dzisiaj mam zamiar skończyć drogę przez kieszeniową mękę i może zszyć choć jeden szew dłuższy niż 25 centymetrów :) 
A jak skończę... wiecie, co oznacza fakt, że szyłam dla Ślubnego... będzie bardzo nietypowa sesja modowa :)))))

czwartek, 20 września 2012

PŁETWA REKINA

Postanowiłam przetestować Brzydala w sposób ekstremalny, czyli szyjąc Spódnicę Wielo-kieszeniową i Mnóstwo-odszyciową. Szukając wykroju w Burdzie, porzuciłam ocenę modeli na zasadzie "podoba mi się - nie podoba mi się", a oceniałam jedynie pod kątem ilości naszytych na siebie warstw materiału, długości stebnówek w metrach i zagęszczenia kieszeni na metrze kwadratowym. Szybko się okazało, że zwycięzcą jest... Płetwa Rekina :))))
To może ja pokażę "zajawkę", by zaostrzyć apetyt na oglądanie całości i od razu przejdę do wyjaśnienia, czemu, ach czemu spódnica od pierwszego rzutu oka zyskała wdzięczne miano Płetwy Rekina.

Jako materiał poglądowy do analizy nazwy projektu posłuży rysunek modelu przefotografowany z Burdy.
Patrzymy na obrazek i...

... na schemacie tyłu od razu rzuca się na nas ten godet wszyty w tylny szew, w celu poszerzenia dołu. Moja pierwsza myśl: "ja cię kręcę, będę miała kieckę z płetwą rekina!!!". Moja druga myśl: "za żadne skarby tej płetwy nie chcę!!!". Moja trzecia myśl: "płetwa won, będzie pęknięcie!!!". Ale nazwa już została.

Jak widać spódnica to model 129 z Burdy 08/2001. Oprócz skasowania płetwy w rozcięciu tyłu, dokonałam oczywiście machlojek przy zaszewkach (działanie u mnie standardowe), a w ramach stawiania Brzydalowi wyzwań dołożyłam od siebie wypustki jako wykończenia odszyć kieszeni. I oczywiście zignorowałam sugestię, że mam to szyć z materii elastycznej.

Zapięcie na zamek jest sprytnie schowane w szwie środkowym przodu, ukryte pod ozdobnym jęzorem do zapinania (poniżej w wersji rozchełstanej, wszystko-ujawniającej :))).

Z tyłu oczywiście także kieszenie, które razem z podwójnymi przeszyciami wszystkiego, co się da, z zaszewkami włącznie(!!!), jeszcze bardziej upodabniają Płetwę do jeansów (oczywiście i te kieszenie wykończone wypustką, a co!):
To zdjęcie najwierniej oddaje rzeczywisty kolor materiału.

Krótko i węzłowato podsumowując ten projekt, jako test Singera 4423 Heavy Duty - to naprawdę jest maszyna, która radzi sobie ze wszystkim. Po raz pierwszy w swoim krawieckim życiu nie zastanawiałam się, czy maszyna da radę. Nawet mi do głowy nie przyszło, że sześć warstw materiału może stanowić jakikolwiek problem. Nie mrugnęłam okiem, kiedy przyszło do stebnowania góry spódnicy, czego do tej pory nie lubiłam strasznie, bo przejechanie przez szew to zawsze była loteria - zerwana nitka, złamana igła, czy krzywy szew.

Jedyny wniosek, a raczej nauczka na przyszłość, jaką mam - Brzydal jest czuły na nici, jakie mu się nawinie. Bardzo mi zależało, żeby tutaj nici były jak najbardziej zbliżone do koloru tkaniny i nie mając w pasmanterii żadnego wyboru, kupiłam szpulkę firmy bliżej mi nie znanej, ale nici niby poliestrowe, a wyglądały jak kłacząca bawełna. Co ciekawe maszyna nie zrywała nitki, tylko kilka razy (dokładnie sześć) zdarzyło jej się "przepuścić ścieg" (co na całe te metry, jakie machnęłam przy Płetwie, to i tak nikły problem). Oczywiście inna nitka, plus te same ustawienia maszyny, plus ten sam materiał i tak samo poskładany - wszystko pięknie i bezproblemowo. Ale się spostrzeżeniem dzielę, może się komuś przyda.

No to chyba czas na pokazanie, jak Płetwa Rekina wygląda na żywym organizmie - przepraszam za marną jakość zdjęć, ale miałam czas na zrobienie ich, akurat w czasie podwójnego "zaćmienia": chmury "zaćmiewały" słońce na niebie (ciemna atmosfera) i coś "zaćmiło" mnie, że przecież mogę sobie włączyć te niezliczone lampy w łazience (ciemna masa... ze mnie :))). A na poprawki już nie było czasu. Ale co ma być widać, to jest:

I na wszelki wypadek z przodu, a przy okazji widać, że machnęłam sobie - jak na moje standardy - mini!!!


I jeszcze wspomnienie po płetwie, czyli pęknięcie z tyłu:

I szyciowo to nie koniec mojego szaleństwa... bo już się wykluł następny projekt... bardziej niż nietypowy... i jak już powstanie, to będzie go prezentować wyjątkowo urocza modelka :)))

***
To teraz będzie smutna historia... z happy-endem :)))
Robię sobie moją Błękitną Krew, robię spokojnie, od góry, centymetra używam, rąsie zacieram, że skończyłam poszerzanie kiecki na biodrach, czyli mam tak:

I tknęło mnie, żeby toto przymierzyć na własnych krągłościach... przymierzyłam... dałam się ponieść emocjom... ogarnęło mnie niedowierzanie... obmierzyłam się i... sprułam, czyli znowu mam tak:

Bo się okazało, że schudłam :))) i standardowe wymiary powinnam skorygować. A że nie nosiłam ostatnio nic bardzo obcisłego, to nie zauważyłam ubytków, ale przy dopasowanej Błękitnej Krwi było widać. Dobrze, że to wszystko się działo przed Płetwą Rekina, dzięki temu już na etapie robienia papierowego wykroju bardzo uważnie mierzyłam obwody, bo pruć szydełkowe mogę, ale pruć zszyte to raczej nie :)

***
 Kto nie jeszcze nie zauważył, to spogląda tuż pod nagłówek i obok zakładki "Nauczanie" zauważa zakładkę "Galeria Rzeczy Razem Robionych" - się zagląda i się podziwia, regularnie, tak jak regularnie, mam nadzieję, Galeria będzie uaktualniania. Oczywiście nowe "obiekty zachwytu" mile widziane, proszę słać mailowo, będę uzupełniać, ku chwale kobiet robiących.

***
A że jesień blisko, to Ślubny postanowił pogonić letnie biedronki i zafundować nam jesienne liście. Ślubnemu dziękujemy, tym bardziej, że jesienny nagłówek oznacza, że mam komplet "nagłówkowy" na cały rok :)
***
I jeszcze zdjęcie kompromitujące, ale nie nas, tylko Małego. Bo Mały miewa takie poranki, kiedy bardzo nie chce się obudzić razem z nami. I my sobie możemy wstać i pójść w siną kuchenno-łazienkową dal, ale on zostaje w łóżku...

wtorek, 4 października 2011

SĄ PASECZKI

Pozwólcie zaprezentować - oto paseczki w pełnej krasie, już nie jako bezrękawnik.
I tył, żeby nie czuł się gorszy. Zdjęcia są na denatce, bo Ślubny wprawdzie po powrocie z pracy usiłował zrobić fotki na mnie, ale światło było już fatalne i żadne z nich nie nadawało się do upublicznienia.
Rękawy okazały się elementem bezproblemowym. Po pierwszym przyfastrygowaniu okazało się, że nie potrzeba żadnych poprawek, bo układały się jak należy. Mankiety według Burdy miały być zapinane na "spinki" zrobione z dwóch zszytych razem guzików... Jakoś to do mnie nie przemówiło, bo miałam wizję gubienia tych guzików do niczego przecież nie przyszytych na stałe. A poza tym to jak spinki to spinki, a skoro ich nie posiadam i nie mam zamiaru nabywać, to guziki potraktowałam ozdobnie, a mankiety są zapinane na zatrzaski.
I jeszcze dwie fotki "detaliczne".


Podsumowując, bluzka koszulowa szyta według modelu z Burdy 8/2009 (numer opisu 130), bez zasadniczych zmian (nie licząc dodanych lamówek i ręcznych stebnówek oraz zmiany sposobu zapinania mankietów). Zostałam wielką fanką szczypanek, które zastąpiły zaszewki - nieźle to wygląda i pozwala na łatwe dopasowanie wykroju do własnej sylwetki (można sobie "uszczypnąć" o parę milimetrów więcej lub mniej). Decyzja o dodaniu czarnych lamówek i wypustek była jak najbardziej trafna, chociaż dołożyłam sobie tym trochę roboty, ale było warto.
A teraz mogę się szeptem przyznać, że... to była moja pierwsza koszulowa bluzka.

Uwaga, zmiana tematu - czas na aktualizację wiadomości na temat Stańczyka. Edi-bk domaga się pokazania samego kadłubka, ale w sumie to nie ma kompletnie czego pokazywać. Bez tych obłąkanych rękawów to po prostu dopasowany bezrękawnik. A reaktywowany rękaw wygląda w tej chwili tak.
Jak widać roboty jeszcze przede mną sporo, ale fakt, że to same prawe oczka wydatnie przyspiesza powstawanie. Przy okazji monotonnego dziergania oglądamy wieczorami pierwszy sezon "The Suits" - serial o prawnikach, niezły. W Polsce chyba go jeszcze nikt nie pokazuje. A jak Ślubnego nie ma to "Dawid Copperfield" w wersji audio powoduje, że też można robić, i robić, i robić...
Gdyby się ktoś zastanawiał, czemu ta papierowa forma taka pogięta, to prezentuję winowajcę.
Papier szeleści, papier się ślizga, papier doskonale nadaje się do polowań, włażenia pod niego, kładzenia się na nim. I w ogóle to nie jest żaden wykrój rękawa, tylko najlepsza zabawka i sytuacja jest do tego stopnia komiczna, że mam problemy, żeby przymierzyć robótkę, bo kiedy bym nie chciała tego dokonać, to kocio to skutecznie uniemożliwia i awanturuje się, że to jego. Chyba sobie zrobię drugą formę.