Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Panache. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Panache. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2011

W WIELKIM ZDERZACZU HADRONÓW

Czuję się jak proton porządnie trzepnięty przyspieszeniem w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Ale wcale nie mam ochoty krzyczeć, żeby się ta karuzela zatrzymała. Wręcz przeciwnie, niech się kręci jak najszybciej, to wtedy jest szansa, że ta cała kołomyja i kociokwik skończy się w mgnieniu oka.

Lista najważniejszych nowości w telegraficznym skrócie:
- Tapeciarze się poprawili, stosując wczoraj klejenie na ciepło. Dzisiaj rano nadal się wszystko trzymało. W przyszłości, jak coś odpadnie, kazali dmuchać suszarką i głaskać namiętnie gąbką. Antyreklamy nie będzie, ale było blisko.
- Obudowano metalowe kolumny na antresoli i zamieniły się w kolumny świecące. Ślubny nie wykazał zachwytu kolorem światła i zażyczył sobie dodatkowe cuda-wianki w postaci ozdób z folii witrażowej, które mają światło ocieplić... nie komentuję, niech przygotują, wykleimy sami.
- Meblarze zwieźli kuchnię - w tej chwili mam wrażenie, że te wszystkie klocki za żadne skarby nie zmieszczą się we wskazanych kątach i na ścianach. Ale już raz to przerabiałam i wiem, że jestem w "mylnym błędzie".
- Półka pod umywalką w łazience skalała sumienie i zawodową dumę Głównego Meblarza, bo jest cała lakierowana i lakier raczył "pęc" w jednym miejscu, na łączeniu. Ślubny usiłował przekonywać, że niech sobie ta półka popracuje jeszcze, poukłada sobie stosunki ze stojącą na niej umywalką, a dopiero później się to zdemontuje, machnie ponownie lakier i wypoleruje. Zawodowe sumienie Głównego Meblarza żachnęło się na taką propozycję i półka zostanie wykonana od nowa, wzmocniona niczym beton zbrojony i przemontowana po Nowym Roku. To się nazywa właściwy stosunek do prac zleconych.
- Szafy powstają, lustro dojechało, karnisze się montują, wariactwo na całego.
- Wyszło na jaw, że w bloku pracował Elektryk-Szaleniec. U nas po zamontowaniu lamp okazało się, że nie wszystkie włączniki i wyłączniki działają jak należy, a niewłaściwa kolejność odpalenia świateł na antresoli skutkuje wywaleniem korków z iskrzeniem i bonusowymi fajerwerkami. Oczywiście wszystko na gwarancji, więc Elektryk-Szaleniec pojawia się i poprawia te urocze niedoróbki. Ale u sąsiada piętro niżej wykonał manewr Strusia Pędziwiatra i tak wymerdał kabelki, że próba opuszczenia elektrycznej rolety w salonie odbywa się synchronicznie z gaśnięciem światła w łazience... to się nazywa elektryczna fantazja fachowca.
- Pakowanie i stopniowa ewakuacja przebiega sprawnie i w zasadzie to więcej rzeczy mam na Rogu Renifera niż w starym mieszkaniu... i o to chodzi.
- Pierwszy nocleg nadal planowany z piątku na sobotę i to się na razie nie zmienia.

Robótkowo też zgodnie z planem - powstała  już czerwona Panache Na Letnie Chłodne Wieczory Na Tarasie (PaNa LeCh Wie NaTa). I wiem, że się powtarzam, ale nadal pozostaję w zachwycie i to jest naprawdę prosty w robocie, szybki w przybywaniu i bardzo efektowny model.
Blokowałam go wczoraj w okolicach 22:00 i Ślubny uwiecznił cały proces, w tym moje klęczące poświęcenie w czasie wpinania dziesiątek szpilek.
W kolejności całkowicie niechronologicznej:
- efekt końcowy wzmocniony żelazem (hartowanie ogniem łaskawie pominęłam :)

- mozolne upinanie giganta

- stan początkowy, czyli smętna meduza przed blokowaniem
A teraz uwaga, uwaga! Ogłoszenie parafialne! Nie powstanie z marszu następna Panache... Ale zanim wyjawię, za co mam zamiar się zabrać, cytat z wczorajszego późno wieczornego dialogu małżeńskiego:

ONA (z wypiekami na twarzy przeglądająca możliwe do zrobienia chusty) - TO zrobię!!! Kiedyś mi diabelstwo wyjść nie chciało, to spróbujemy jeszcze raz.
ON (prawa brew uniesiona, wyraz pełnego niedowierzania) - To Tobie kiedyś coś nie wyszło?

Ano, nie wyszło, nie wyszło. Coś mi się nie wzór źle odszyfrowało, poziom cierpliwości miałam akurat na poziomie depresji żuławiano-wiślanej i trzepnęłam całość do kosza, wyciągając w locie druty i nie dbając nawet o prucie. Zatem będzie ponownie Percy. Jak ktoś Percy'ego robił, to niech się ujawni, żebym miała poczucie, że jakby co, to mam kogo mordować, co ja źle kombinuję. 

I jeszcze drobiazg o charakterze świątecznym. Odkąd się wprowadziliśmy do naszego starego mieszkania (osiem lat, co to zleciały jak jeden dzień... no dobra nie przesadzajmy :), co roku przed Bożym Narodzeniem szalałam zdobniczo na korytarzu: okno, drzwi wejściowe do mieszkania naszego i sąsiadów. W tym roku, na pożegnanie machnęłam tylko szybkie ozdóbki na oknie.
 Ptaszki gotowe, serduszka wycięte z papieru do pakowania i dorzucone pokręcone wstążeczki też z ozdobnego papieru. Jak się sąsiadce zapomni zdjąć w odpowiednim czasie, to na Walentynki też będzie miała bardzo adekwatny wystrój klatki schodowej :))).

Mam zamiar odezwać się na szybko w piątek..., ale to tylko plan, a plany są bardzo podatne na rewizje i wpływ siły wyższej. Gdybym się piątkowo nie objawiła, to znaczy, żem na nowym, ganiam ze ścierką, wiaderkiem, odkurzaczem i obłędem w oczach, a ponadto... nie będę miała swobodnego dostępu do Internetu do około 22 grudnia. Pozaglądam sobie do Was z ipada Ślubnego, ale pisanie na tym własnego bloga, to ja dziękuję, ja poczekam na normalnie pojętą cywilizację.

niedziela, 11 grudnia 2011

BLOKOWANIE NA RÓŻNE SPOSOBY

Generalnie, zgodnie z obietnicą, będzie szybki kurs blokowania chust o tak nietypowym kształcie jak Panache, ale... blokowanie niejedno ma imię.

Okazuje się, że panowie tapeciarze nie dali jednak z siebie wszystkiego, a raczej dali ciała (żeby nie określić dokładniej, której części tego kolektywnego ciała) i tapeta w kuchni i w przyszłej sypialni mamy będzie musiała zostać naklejona ponownie. A tym samym tapeciarze zblokowali nam roboty w kuchni, bo dopóki nie będzie porządnie zrobionej tapety, to stolarz nie może wejść z listwą oświetleniową i meblami kuchennymi, a dopóki stolarz nie skończy kwestii kuchennych, to ekipa wykończeniowa nie może założyć listew podłogowych. Kółko się zamyka. Zblokowali wszystkich na amen. 
Ślubny zgrzyta zębami, tym bardziej, że w tym obszarze nie spodziewał się tragedii i źle zrobionej roboty, bo tapetami zajmowali się dobrze mu znani ludzie, którzy są na co dzień podwykonawcami dla firmy Ślubnego (a chyba raczej byli, bo po tym gościnnym występie na naszych ścianach i zawaleniu terminu, to mogą się pożegnać ze zleceniami). 
W każdym razie uprzedzam, że jeśli nie uda im się poprawić złej opinii i fatalnego wrażenia, jakie mam po nich w chwili obecnej, to podam nazwę firmy na blogu! A sądząc, po tym, co się działo w firmie Rintal oraz w sklepie z lampami po tym, jak wrzuciłam linki, to nie pozostanie to bez echa (wygenerowaliście, o drodzy czytelnicy, tyle wejść pod podane linki, że administratorzy zlinkowanych stron zainteresowali się, co też Intensywnie Kreatywna o nich napisała, że nagle internauci walą do nich wirtualnymi drzwiami i oknami :).

I na tym zakończę prezentowanie wkurzenia i ofukania, bo ostatecznie to żaden koniec świata. Czas przejść do spraw ważniejszych. 

Oto Panache, zblokowana i pachnąca:

Oficjalnie stwierdzam, że jest to chusta, którą robi się bardzo prosto, ale za to efekt jest niewspółmiernie oszałamiający do nakładu pracy. Doskonały projekt dla osób zaczynających swoją przygodę z ozdobnymi szalami, narzutkami i chustami.

A teraz obiecany fotoreportaż z blokowania Panache - chusty, która oparta jest o 3/4 koła (czyli nie ma nic wspólnego z najczęściej spotykanymi chustami w kształcie trójkąta).

JAK ZBLOKOWAĆ CHUSTĘ O KSZTAŁCIE 3/4 KOŁA
1. Zaczynamy od przygotowania narzędzi zbrodni oraz miejsca tortur.
Potrzebujemy:
- upraną, pozbawioną nadmiaru wody chustę (lub wysuszona na płasko w kształcie "prawie właściwym" - kto nie wie, o co chodzi, niech zajrzy do ogólnej notki o blokowaniu),
- wielki ręcznik, ewentualnie dodatkowo ceratę lub folię,
- zestaw drutów do blokowania,
- szpilki w ilościach nieumiarkowanych (jedno opakowanie to może być za mało),
- centymetr koniecznie!
- całe morze cierpliwości - opcjonalnie :)

2. Przygotowujemy sobie miejsce blokowania: cerata lub folia pod spód, żeby się nie zastanawiać, że nam podłoga wilgotnieje i na to równiutko rozłożony wielki ręcznik lub dwa. Do chusty Panache, szczególnie blokowanej przy użyciu drutów potrzebujemy sporo metrów kwadratowych, żeby tym żelastwem niczego nie uszkodzić przy manewrowaniu. Sugeruję środek pokoju, rodzina i zwierzyniec niech lata dokoła (moja Panache blokowała się na środku salonu, a dokoła szalała przeprowadzka, zwijanie kabli od głośników i mycie okien :).

3. Chustę układamy na ręczniku na płasko i wkładamy dwa pierwsze druty: wzdłuż boków chusty. Od razu napiszę, że jeśli ktoś nie ma zestawu drutów do blokowania, to tam, gdzie ja wkładam jeden drut, musi wpiąć sporo szpilek na tej samej linii. Przy czym drut, dopóki go nie zablokujemy szpilkami do ręcznika, daje się przesunąć, naciągnąć itp. Przy szpilkach jakiekolwiek poprawki kształtu, zwiększenie naciągnięcia wymaga wyjęcia miliona szpileczek, dokonania poprawki i wpięcia z powrotem.

4. Chusta Panache nie ma poza tymi dwoma bokami żadnych wyraźnych linii prostych. Jedyne, co ma nam do zaoferowania jako pomoc, to prawe oczko na środku każdego panelu dodawanych oczek we wzorze. I właśnie to prawe oczko traktujemy jako miejsce wetknięcia kolejnych drutów. Przy czym prawe oczko nie ciągnie się aż do samego brzegu chusty. Trudno, drut wkładamy dopóki jesteśmy w stanie to oczko śledzić we wzorze.
Jak widać powyżej nie wkładałam drutów w każdy panel dodawanych oczek, ale w co drugi. To wystarczy, żeby chustę właściwie naciągnąć. Druty są w robótce mniej więcej do 2/3 jej promienia, a później leżą sobie na robótce.
Druty rozkładamy i naciągamy na ręczniku symetrycznie i nadajemy chuście rzeczywisty kształt 3/4 koła. Do tego momentu, jeśli używamy drutów do blokowania, to nie mieliśmy w łapie jeszcze ani jednej szpilki i możemy sobie te druty rozciągać i naciągać dowolnie.

5. Teraz zabezpieczamy środek robótki, czyli miejsce, gdzie wszystkie druty się spotykają. Szpilkami przypinamy to miejsce do ręcznika.

6. Łapiemy szpilki i centymetr i zaczynamy się zajmować symetrycznymi drutami. Na pierwszy ogień idą te w bokach chusty. Naciągamy chustę, mierzymy tak, żeby po obu stronach boki miały taka samą długość i przypinamy chustę do ręcznika wzdłuż drutu w trzech, czterech miejscach, koniecznie na końcu.

7. Później zajmujemy się drugim drutem od lewej i drugim od prawej. Znowu naciągamy i mierzymy, żeby mieć taką samą długość na obu drutach. Tym razem to nie brzegi, więc możemy chustę przymocować szpilkami do ręcznika tylko na końcu.
Tak samo postępujemy z kolejnymi drutami: trzecim z prawej i trzecim z lewej i ze środkowym. Ja chciałam, żeby chusta na plecach była coraz dłuższa w porównaniu z bokami, więc na środkowym drucie i dwóch drutach mu najbliższych naciągnęłam znacznie bardziej niż w pobliżu boków.

8. Korpus mamy poukładany i zblokowany, czas na zabawę w mistrza szpilek i przypięcie ozdobnego wykończenia. Równomiernie naciągamy półkola i przypinamy szpilkami szydełkowe wykończenie. W zasadzie trzeba przypiąć do ręcznika każde malutkie szydełkowe półkole na brzegu, ale... brak szpilek lub cierpliwości może przeszkodzić w wykonaniu tego zadania. Ja przypinałam co drugie, a te nieprzypięte układałam równiutko na ręczniku, żeby też schły naciągnięte. 
Przy przypinaniu ozdobnego brzegu trzeba pilnować, żeby półkola chusty wychodziły nam zbliżone do siebie kształtem i wielkością. Ale bez stresu. Jeśli nawet nie osiągniemy mistrzostwa przy pierwszym blokowaniu, to kiedy się chustą owiniemy i omotamy, to nie będzie widać niedociągnięć, a chustę i tak trzeba kiedyś wyprać i zblokować ponownie.
Po wpięciu niezliczonej ilości szpilek otrzymujemy taką metalicznie uzbrojoną chustę. Zostawiamy do wyrośnięcia... tfu! nie ta działalność!... do wyschnięcia!
9. Chusty blokuje się lekko wilgotne, a że to zazwyczaj straszne cienizny, to schną piorunem. Kiedy chusta jest sucha jak pieprz, to wyjmujemy wszystkie szpilki, wyciągamy druty, usuwamy z zasięgu aparatu ręczniki i ceratki i mamy takie cudo gotowe do pozowania.


Ostrzegałam, że na dwa tygodnie około przeprowadzkowe zaplanowałam powtórki z Panache (żebym mogła zaspokoić potrzebę machania drutami, ale w miarę bezmyślnie). Oto pierwsza z powtórek - Panache Na Letnie Chłodne Wieczory Na Tarasie (PaNa LeCh Wie NaTa). Cienki akryl, resztka z tego, co zostało z Projektu Poprzednio Znanego Jako Stańczyk. Tym razem z "dwoma razem na prawo" tak, jak Bogini Dziewiarek przykazała.

Znając moje możliwości przerobowe oraz poziom stresu, jaki będę musiała "wyrobić", zostawiłam sobie włóczkę nie tylko na PaNaLeChWieNaTa, ale także na trzy kolejne chusty (może nie wszystkie to będą Panache) - w tym dwie cieniutkie wełenki. 

I jeszcze zdjęcie dokumentujące fakt, że wraz z pustoszeniem półek w poszczególnych pomieszczeniach, coraz trudniej znaleźć śpiącego kota, bo Mały zaczyna zasiedlać bardzo egzotyczne puste przestrzenie.

piątek, 9 grudnia 2011

ZAŻÓŁCIĆ GĘŚLĄ JAŹŃ

Najpierw się wytłumaczę z tytułu notki, żeby ktoś nie pomyślał, żem nadużyła trunków i zaczęłam pisywać wiersze. "Zażółcić gęślą jaźń" zamrugało na mnie wesolutko z monitora Ślubnego, który wybierał czcionkę do firmowej kartki świątecznej. Zostałam łaskawie oświecona, że tym zdaniem sprawdza się, czy dana czcionka ma wszystkie polskie znaki i czy one się poprawnie wyświetlają. Kto by pomyślał, że brać komputerowa taka poetyczna... ale mnie urzekło i przyczepiło się do mnie na cały dzień.

Aaaaaaaaaa... i uprzedzę od razu lojalnie, że zdjęć Małego dziś nie będzie. Osoby rozczarowane uprasza się o wyrozumiałość i nie dawanie upustu negatywnym emocjom w komentarzach.

***
Dziś zaczniemy od Rogu Renifera. 

Po pierwsze notariusz zalegalizował nabycie metrów kwadratowych, co potwierdził swoim podpisem i uprawomocnił, zubożając nas o znaczną kwotę złotych polskich. Poszliśmy za ciosem i dziś dokonaliśmy najścia na kolejny urząd, meldując się na Rogu i występując o wydanie nowych dowodów osobistych (i czemu ja już wiem, że na zdjęciu w dowodzie znowu będę wyglądała, jakbym zeszła kilka dni temu, a fotograf machnął mi zdjęcia post mortem, nie prosząc wcześniej o współpracę specjalistów od makijażu i fryzury?). 

Po drugie panowie tapeciarze dokonali ataku na ścianę drugiej sypialni (docelowo planowanej dla Teściowej Mojego Ślubnego :)))) I, nawiązując do tytułu notki, zażółciło się (uwaga na zdjęciu są dodatkowe efekty ozdobne w postaci zwisających białych kabli elektrycznych, a kolor nie do końca odpowiada rzeczywistości, ale pogoda i słońce lub jego brak jakoś nie chciały współpracować):

Zachęceni sukcesem specjaliści od tapet przenieśli się do kuchni i przykleili moją ulubioną grafikę. Docelowo ma ona obejmować dwie ściany, ale... jakoś im łapanie kąta w rogu kuchni nie do końca wyszło tak, jak powinno i stracili pion moralny i poziom na ścianie. Dlatego jest tylko główna część, a boczek zostanie doklejony w przyszłym tygodniu, jak go ponownie wydrukują. Ale i tak widać:

A teraz wracamy do tematu lamp salonowo-kuchennych. Zostały ochrzczone mianem czołowych przedstawicieli nowego trendu wnętrzarskiego - kiczowatego mrocznego gotyku. Dzisiaj uzyskały zwis pionowy i zabłysły blaskiem żarówek energooszczędnych. Przepraszam za jakość zdjęcia, ale Ślubny trzasnął je komórką, żebym miała pojęcie, co mi zapewnia iluminację pomieszczenia reprezentacyjnego. Niech mnie renifer kopnie, jeśli to nie będzie hit tego mieszkania :)))))))
Podobno znacznie ciekawsze byłoby uwiecznienie konstrukcji quasi-drabiniastej, z której nasza ulubiona ekipa wykończeniowa dokonywała sztuk ekwilibrystycznych, wieszając te lampy...  wszyscy żywi, gips nie jest konieczny.

***
Czas na robótki - Panache został zakończony - 134 rzędy za mną. Tak jak pisałam wcześniej, rozpiska wzoru usiłuje wmówić, że w większości przypadków "dwa oczka razem", to dwa razem, kropka. Tymczasem konieczne jest zróżnicowanie, które oczko z dwóch razem ma być na wierzchu. Błędów w opisie nie stwierdziłam. Za to sama machnęłam się haniebnie dwa razy, ale dało się to skorygować bez żadnego problemu w rzędzie parzystym (w obu przypadkach pomijałam jeden narzut w rzędzie - jedno oczko na  400 da się wybaczyć).

Panache na dziś prezentuje się tak, czekając na pranie i blokowanie:

Jak widać to nietypowa chusta z 3/4 kręgu. Przy okazji weekendowego prania i suszenia pokażę, jak sobie radzić z blokowaniem takiego nietypowego tworu chuścianego.
I od razu uprzedzam, że nabieram właśnie oczka na kolejne Panache (w wersji "de luxe" z poprawionym "dwa razem") i niewykluczone, że z marszu machnę też trzecie... Trochę wynika to z tego, że jutro muszę spakować i pożegnać się na około tydzień z włóczkami. Trzeba więc zaplanować ze dwie robótki do przodu, żeby wieczorami jednak nie oszalała z bezczynności. Nastawcie się więc na powtórkę z rozrywki i może nawet powtórkę z powtórki.

*** 
Przy okazji Panache, a dokładniej ostatnich dwóch rzędów chusty robionych szydełkiem, zrobiłam zdjęcia, żeby pokazać, jak nietypowo można zakończyć robótkę (każdą, nie tylko chustę, ale także podkrój dekoltu czy dół rękawów robionych od góry).

ZAMYKANIE OCZEK ROBÓTKI OZDOBNYM WZOREM SZYDEŁKOWYM
1. Kiedy mamy już na drutach oczka z ostatniego zaplanowanego rzędu robionego drutami, to obracamy sobie robótkę, jakbyśmy chciały zacząć kolejny rządek:

2. Łapiemy w dłoń szydełko, wbijamy je w pierwsze oczko, zdejmujemy je z drutu i traktujemy jak pierwsze oczko szydełkowego łańcuszka. Przy czym pilnujemy, żeby oczko to nam się za bardzo nie wyciągnęło, czyli kontrolujemy napięcie włóczki. Robimy łańcuszek szydełkiem. W moim przypadku było to 9 oczek łańcuszka - ile oczek łańcuszka zrobimy zależy od tego, jak duże półkola chcemy otrzymać.

3. Mając na szydełku ostanie oczko łańcuszka łapiemy trzy oczka z drutu tak, żeby na szydełku były razem cztery oczka:

4. Przeciągamy włóczkę przez wszystkie cztery oczka i znowu mamy sytuację jak w punkcie 1. 

5. Znowu robimy 9 oczek łańcuszka, dodajemy sobie trzy oczka z drutu i przeciągamy przez wszystko włóczkę i tak do końca rzędu, aż nam się skończą wszystkie oczka na drucie (Jeżeli robótka nie miała liczby oczek podzielnej przez trzy, to jako ostanie możemy zdjąć z drutu dwa lub cztery oczka, nie ma się co martwić, nie będzie się to rzucać w oczy na tle całości).

W ten sposób zamkniemy wszystkie oczka pojedynczym rzędem szydełkowych półkoli. W przypadku chusty Panache robótkę odwraca się i robi się drugi rząd półkoli, łącząc je z pierwszym rzędem w górnych częściach  szydełkowego łańcuszka (można to sobie zobaczyć tutaj, bo u mnie, przed blokowaniem, to jeszcze niewiele widać).

***
Na weekend zaplanowana jest Wielka Akcja Wysiedleńcza, czyli zapakujemy wszystko, co do życia zbędne i wywieziemy na Róg. Wyjazd osób i czworonoga planujemy na środę wieczorem. Ale już uświadomiłam Ślubnego, że laptopa i innych sprzętów niezbędnych do utrzymania dostępu do Internetu będę bronić własną piersią i nie dam ruszyć, aż do środy, a zatem... 

Ja tu jeszcze zajrzę :)))

środa, 7 grudnia 2011

SCHODY, SCHODY, SCHODY... i nie tylko

No, nie mogłam się powstrzymać... mamy schody!!!

Wybór schodów do nowego mieszkania był sporym wyzwaniem, ponieważ nowoczesny projekt wnętrza z marszu wykluczył cokolwiek "drzewiennego". Zostały nam w zasadzie dwa wyjścia: schody szklane lub metalowe. 
Ja się zakochałam w wersji szklanej i kiedy przyszła wstępna wycena od producenta wpadłam w szampański nastrój i już widziałam oczami wyobraźni to cudo przy własnej ścianie, dopóki... Ślubny nie uświadomił mi, że podana kwota to cena jednego stopnia :))) Po szybkiej analizie, czy da się  napaść na jakiś bank, przyspieszyć otrzymanie pokaźnego spadku lub wyłudzić schody bezpieniężnie, okazało się, że szkło jest poza naszym zasięgiem. 
Został metal. Stylistycznie pasujący idealnie, ale mieliśmy mnóstwo wątpliwości, czy nam nie będą potępieńczo skrzypiały i podzwaniały łańcuchami przy każdym kroku i czy takie metalowe schody nie będą wyglądały jak wyklepane przez nieudolnego kowala i łączone rdzewiejącymi śrubami.

Ostatecznie, z duszą na ramieniu, zdecydowaliśmy się na schody - uwaga! reklama! uwaga! reklama! (ale należy im się) - LOFT firmy Rintal ze strażacko czerwonymi wykończeniami. Nie skrzypią, są piękne, estetycznie wykonane, ekipa montująca sprawna, przygotowana do zajęć i pracowita. 

Konstrukcja jest metalowa, ale same stopnie z drewna w kolorze venge (prawie czarne). Jak widać do schodów jest od razu pasująca balustrada z obu stron antresoli.

Trochę nietypowo zrezygnowaliśmy z poręczy po zewnętrznej stronie na rzecz przyściennej. Dzieci nie mamy, żeby brak takiego zabezpieczenia był potencjalnie niebezpieczny. Jak sami zniedołężniejemy, to jest się czego trzymać przy ścianie. A dzięki temu te nie najszersze schody będą jednak wygodniejsze, jak będzie się cokolwiek niosło na górę.

Tego jeszcze nie widać, ale w czterech miejscach nad samymi stopniami są zaplanowane małe światełka (widać kabelki wystające ze ściany :), żeby bieganie po schodach przy zgaszonym górnym świetle było nadal możliwe i nie powodowało wizyt u protetyka (planował oczywiście Ślubny, mnie by nawet do głowy nie przyszło).

I tu będę publicznie chwaliła Ślubnego, ponieważ termin montażu schodów był ustalony od kilku miesięcy (nawet zanim dostaliśmy klucze do mieszkania). Żeby panowie schodziarze mogli zacząć rozrabiać, to trzy inne ekipy musiały zrobić swoje na terenie okołoschodowym (ściany, podłogi na dwóch poziomach, tapeta, oświetlenie schodów i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, o których nawet nie mam pojęcia). I Ślubny to wszystko ogarnął, dograł, skoordynował i dopilnował. Ja bym wymiękła.

UAKTUALNIENIE 20 grudnia 2012 (dzień przed planowanym końcem świata :))):
Ponieważ wiele osób zagląda do tego wpisu w poszukiwaniu opinii o schodach firmy Rintal, a powyższy tekst odnosił się głównie do zachwytu nad ich projektem, wyglądem i montażem, postanowiłam dodać małe uaktualnienie.
Użytkujemy schody w zasadzie dokładnie od roku. Od razu wyjaśnię, że w domu nie ma małych dzieci, ani młodzieży biegającej galopem na piętro, nie ma zwierząt ostro-pazurzastych (ale jest kot :), a ja nie chadzam na co dzień po hacjendzie w butach na niebotycznych szpilkach. Więc schody nie są użytkowane ekstremalnie, tylko normalnie, bez specjalnego troszczenia się o nie, ale też bez prób destrukcji. Po roku wyglądają dokładnie tak, jak w dniu, kiedy zostały zamontowane - żaden drewniany stopień nie wykazuje śladów zużycia, lśni jak należy i wióry z niego nie lecą. Metalowe elementy konstrukcji i balustrada też bez zarzutu - nówka dosłownie nierdzewka :) To, czego ja się bałam, że trzeba będzie coś dokręcać, bo się elementy łączące poluzują w trakcie chadzania po stopniach, nie nastąpiło i mam nadzieję, że nie nastąpi. Na dzień dzisiejszy nic nie skrzypi, nie stuka, nie chwieje się i nie usiłuje odpaść lub stracić pion moralny.
I to co dla mnie ważne - czyszczenie tych schodów to też nie problem, sucha lub w skrajnych przypadkach (bo się herbatę niosło bardzo wdzięcznie na antresolę :))) lekko wilgotna szmatka i wystarcza, żadnych specjalnych środków do pielęgnacji drewna ani konserwacji metalu nie potrzeba.

Nasz poziom zadowolenia po roku nadal 10 na 10 i oby tak zostało!

I Ślubny mnie pacnął wirtualną szmatą, że co to za niedopatrzenie, że jak ja mogłam i że w ogóle :))) A zdjęcia gdzie???!!! Już się poprawiam i oto schody w normalnej domowej aranżacji:


 

***
Aaaaale, nie może być przecież bezrobótkowo. Co jak co, ale włóczki jeszcze nie zostały spakowane i wywiezione na Róg Renifera (Burdy, maszyna i materiały są już na chwilowym zesłaniu w schowku obok nowego mieszkania). Dlatego wczoraj wieczorem siadłam sobie pooglądać mój katalog z inspiracjami. No i rzuciło się na  mnie, wczepiło pazurami i nie chciało puścić. Nie stawiałam specjalnego oporu.
A rzuciła się na mnie chusta Panache (tutaj można sobie to cudo zobaczyć w różnych odsłonach). Na razie wyciągnęłam włóczkę próbną - żeby zobaczyć, z czym Panache się je. I dobrze, bo rozpiska gada do mnie "dwa razem na prawo, dwa razem na prawo...", a tymczasem okazuje się, że dobrze by było rozróżnić, które oczko ma się w tym "dwa razem na prawo" znaleźć na górze. Wzór będzie wtedy wyglądał czyściej. Dlatego zrobię prototyp, nie dbając o te dwa razem, a później już wiem, z czego powstanie kolejna wersja - "de luxe".

Przy okazji wyspowiadam się, dlaczego ja tak uwielbiam robić chusty i szale. Bo na etapie robienia wygląda toto jak smutna, pomarszczona szmatka. Takie brzydkie kaczątko.
Wzór ledwo widać. Ale jak się później to upierze i zblokuje, to dopiero wyłazi prawdziwe piękno i elegancja. I ten moment uwielbiam.
Na razie wzór widać tyle o ile:

Kolor prototypowej wełenki jest mdły: taki pastelowo-szary, bardzo jasny wrzos, z malusieńkimi kropelkami turkusu i fioletu, niewidocznymi z daleka. Mdłość trzeba będzie jakość przepędzić - prawdopodobnie dodaniem wykończenia z bardziej wyrazistej wrzosowej nitki. Przecież prototyp prototypem, ale musi się nadawać do noszenia.
Obecnie na drutach mam około 320 oczek (73. rząd z około 130) i tempo dziergania pojedynczego rządka spadło mi znaczenie. Ale robi się Panache mega przyjemnie i bezproblemowo.

***
I wymagany dodatek - tym razem Mały śpiący w zbyt bliskim kontakcie z drukarką laserową.