Nie, spokojnie! Nie wpędziłam nas w żadne tarapaty finansowe. Na słowo "długi" patrzymy jako na przymiotnik doskonale opisujący to, co mi się ostatnio spod drutów i szydełka wyłania.
***
Długi wyszedł mi Pastelowy Szal, który zgodnie z zapowiedziami trafił jako kolejny element nagrody głównej do Tajemniczego Czarnego Pudła (na stronie konkursowej jest teraz nie tylko link do Regulaminu Konkursu, ale także linki do tych wpisów, w których można sobie pooglądać, co też stanowi dodatki do tajemniczej Nagrody Głównej).

Wczoraj wieczorem mnie w końcu olśniło, z czym mi się cały czas kojarzyły te kolory! Zachód słońca przy lekkim zachmurzeniu niegroźnymi deszczowo barankami na niebie. Dokładnie ta sama paleta barw, którą wczoraj zachwycałam się na wieczornym niebie.
Szal robiony w części głównej prawymi oczkami, a na brzegach wzorek, z chusty Summer Flies.

Wzorek genialny w wyglądzie, ale okazało się, że powoduje lekkie "przekoszenie udziergu". Przy szalu to nie problem, ale powinnam to sobie zapamiętać w razie, gdybym chciała go wykorzystać w jakimś sweterku.
***
Długi będzie też kolejny element, który już powstaje, również jako element nagrody głównej w Konkursie Szatańsko Kreatywnym.
Od lat chciałam zrobić na szydełku całe metry delikatnej koronki. Takiej do przyszycia na dole spódnicy, wykończenia dekoltu bluzki, mankietów. I zawsze kończyło się na chęciach, bo jakoś brakowało mi motywacji. Teraz w końcu mam okazję zrealizować wieloletnie marzenie.
Powstaje koronka, w zamyśle dwukolorowa, jakieś trzy metry mam w planach...
Na razie szydełkuję białą bazę:

Cały czas się zastanawiam nad drugim kolorem - kawa z mlekiem, fiolet, a może czerń, żeby wyszło elegancko?
Ku memu wielkiemu zdumieniu przybywa tej szydełkowej koronki znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Nawet biorąc pod uwagę kolorowe dodatki, mam nadzieję, że nie zajmie mi to więcej niż dwa tygodnie, uwzględniając inne rozgrzebane robótki i planowane spódnice do szycia.
***
I w końcu coś egoistycznego, dzierganego na potrzeby własne i też długiego, bo mówimy o szaliku.
Dwa tygodnie temu pojechaliśmy kupić ręczniki. Przy czym uparłam się, że mają być czerwone, czarne i grafitowe lub szare. Ślubny od razu wiedział, gdzie mnie trzeba zawieźć, żebym mogła zaspokoić te dzikie potrzeby kolorystyczne. Ale maszerując w kierunku półek z ręcznikami, wpadliśmy na wieszaki z zimowymi kurtkami. O konieczności kupienia nowych okryć zimowych o charakterze sportowym rozmawialiśmy od dawna, przy czym ja miałam święte przekonanie, że nie ma w sklepach nic, ale to kompletnie nic, co może mi się spodobać i będę biegać zimą w eleganckich płaszczykach. A tymczasem na pierwszym wieszaku, przed samym moim nosem wisiała kurtka, wobec której zapałałam natychmiastową, ogromną chęcią posiadania.
Kurtka kolorystycznie... ujmijmy to tak, mogę spokojnie szarym, zimowym popołudniem maszerować poboczem wiejskiej drogi i na bank zobaczy mnie każdy. Nie tylko zobaczy, również przyhamuje i przyjrzy się - mrużąc oczy - co może mieć TAKI kolor. Żeby Was dłużej nie trzymać w kolorystycznej niepewności - kurtka jest generalnie czarna, ale ma różowe elementy... bardzo różowe.
Oczywiście okazało się, że muszę sobie do tej kurtki wydziergać szalik i rękawiczki, bo wszystko, co mam w szafie, pogryzie się z tym różem i nie ma siły - pasować nie będzie.
Dziergam zatem czarny szalik z różowymi akcentami na końcach. Jeden koniec już jest:

I na zdjęciach ten róż nie jest tak różowy, jak w naturze. Kiedy przyjdzie pora na fotografowanie całości, to poproszę Ślubnego, żeby mi ten kolor "dociągnął" komputerowo do realnego poziomu potrzeby mrużenia oczu.
Ponieważ kurtka należy do tych z marszczeniami materiału, to szalik też pomarszczyć się powinien:

W rękawiczkach też jakiś element marszczenia powinien wystąpić, żeby było spójnie, ale gdzie, to jeszcze nie wykombinowałam.
***
A teraz będzie mało robótkowo. Ja oszalałam, Ślubny zaszalał, a to jest efekt...

Od dawna marudziłam, że mi źle, bo się niczego w sposób intensywny nie uczę. Przez chwilę myślałam o przygotowaniu się do jakiegoś wyższego poziomu egzaminu państwowego z języka już znanego, ale mało było we mnie entuzjazmu. Ślubny zasugerował, że może coś nowego. Po krótkim zastanowieniu wyszło, że będzie francuski.
I tym sposobem na rocznicę ślubu dostałam od męża kurs francuskiego :))) Mam też pozwolenie na zrobienie długiej listy podręczników dodatkowych (jakoś mi głównie ćwiczeń z gramatyki brakuje) i obietnicę, że to się zamówi (niekoniecznie w polskiej księgarni, bo wtedy tytułowe "długi" mogą stać się bardzo finansowe, za granicą takie używane książki są tańsze).
Ale ten francuski daje mi jeszcze jeden powód do zadowolenia... usprawiedliwione są wizyty w papierniczym - zeszyty, długopisy, markery i... korektor w taśmie (dużo korektora w taśmie, bo ja te koszmarne akcenty graficzne we francuskim stawiam - i pewnie jeszcze długo będę - nie w tą stronę, co trzeba :)))
***
I skoro już zrobiło się mało robótkowo, to jeszcze kot. Kot ze swoją ulubioną zabawką - klejące się listki z rolki do czyszczenia ubrań to od lat wielkie uzależnienie.
