Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szalik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szalik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2013

DŁUGI? DŁUGI!!!

Nie, spokojnie! Nie wpędziłam nas w żadne tarapaty finansowe. Na słowo "długi" patrzymy jako na przymiotnik doskonale opisujący to, co mi się ostatnio spod drutów i szydełka wyłania.

***
Długi wyszedł mi Pastelowy Szal, który zgodnie z zapowiedziami trafił jako kolejny element nagrody głównej do Tajemniczego Czarnego Pudła (na stronie konkursowej jest teraz nie tylko link do Regulaminu Konkursu, ale także linki do tych wpisów, w których można sobie pooglądać, co też stanowi dodatki do tajemniczej Nagrody Głównej).

Wczoraj wieczorem mnie w końcu olśniło, z czym mi się cały czas kojarzyły te kolory! Zachód słońca przy lekkim zachmurzeniu niegroźnymi deszczowo barankami na niebie. Dokładnie ta sama paleta barw, którą wczoraj zachwycałam się na wieczornym niebie.
Szal robiony w części głównej prawymi oczkami, a na brzegach wzorek, z chusty Summer Flies.

Wzorek genialny w wyglądzie, ale okazało się, że powoduje lekkie "przekoszenie udziergu". Przy szalu to nie problem, ale powinnam to sobie zapamiętać w razie, gdybym chciała go wykorzystać w jakimś sweterku.

***
Długi będzie też kolejny element, który już powstaje, również jako element nagrody głównej w Konkursie Szatańsko Kreatywnym.
Od lat chciałam zrobić na szydełku całe metry delikatnej koronki. Takiej do przyszycia na dole spódnicy, wykończenia dekoltu bluzki, mankietów. I zawsze kończyło się na chęciach, bo jakoś brakowało mi motywacji. Teraz w końcu mam okazję zrealizować wieloletnie marzenie.
Powstaje koronka, w zamyśle dwukolorowa, jakieś trzy metry mam w planach...
Na razie szydełkuję białą bazę:

Cały czas się zastanawiam nad drugim kolorem - kawa z mlekiem, fiolet, a może czerń, żeby wyszło elegancko? 
Ku memu wielkiemu zdumieniu przybywa tej szydełkowej koronki znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Nawet biorąc pod uwagę kolorowe dodatki, mam nadzieję, że nie zajmie mi to więcej niż dwa tygodnie, uwzględniając inne rozgrzebane robótki i planowane spódnice do szycia.

***
I w końcu coś egoistycznego, dzierganego na potrzeby własne i też długiego, bo mówimy o szaliku.
Dwa tygodnie temu pojechaliśmy kupić ręczniki. Przy czym uparłam się, że mają być czerwone, czarne i grafitowe lub szare. Ślubny od razu wiedział, gdzie mnie trzeba zawieźć, żebym mogła zaspokoić te dzikie potrzeby kolorystyczne. Ale maszerując w kierunku półek z ręcznikami, wpadliśmy na wieszaki z zimowymi kurtkami. O konieczności kupienia nowych okryć zimowych o charakterze sportowym rozmawialiśmy od dawna, przy czym ja miałam święte przekonanie, że nie ma w sklepach nic, ale to kompletnie nic, co może mi się spodobać i będę biegać zimą w eleganckich płaszczykach. A tymczasem na pierwszym wieszaku, przed samym moim nosem wisiała kurtka, wobec której zapałałam natychmiastową, ogromną chęcią posiadania.
Kurtka kolorystycznie... ujmijmy to tak, mogę spokojnie szarym, zimowym popołudniem maszerować poboczem wiejskiej drogi i na bank zobaczy mnie każdy. Nie tylko zobaczy, również przyhamuje i przyjrzy się - mrużąc oczy - co może mieć TAKI kolor. Żeby Was dłużej nie trzymać w kolorystycznej niepewności - kurtka jest generalnie czarna, ale ma różowe elementy... bardzo różowe.
Oczywiście okazało się, że muszę sobie do tej kurtki wydziergać szalik i rękawiczki, bo wszystko, co mam w szafie, pogryzie się z tym różem i nie ma siły - pasować nie będzie.
Dziergam zatem czarny szalik z różowymi akcentami na końcach. Jeden koniec już jest:

I na zdjęciach ten róż nie jest tak różowy, jak w naturze. Kiedy przyjdzie pora na fotografowanie całości, to poproszę Ślubnego, żeby mi ten kolor "dociągnął" komputerowo do realnego poziomu potrzeby mrużenia oczu.
Ponieważ kurtka należy do tych z marszczeniami materiału, to szalik też pomarszczyć się powinien:

W rękawiczkach też jakiś element marszczenia powinien wystąpić, żeby było spójnie, ale gdzie, to jeszcze nie wykombinowałam.

***
A teraz będzie mało robótkowo. Ja oszalałam, Ślubny zaszalał, a to jest efekt...

Od dawna marudziłam, że mi źle, bo się niczego w sposób intensywny nie uczę. Przez chwilę myślałam o przygotowaniu się do jakiegoś wyższego poziomu egzaminu państwowego z języka już znanego, ale mało było we mnie entuzjazmu. Ślubny zasugerował, że może coś nowego. Po krótkim zastanowieniu wyszło, że będzie francuski. 
I tym sposobem na rocznicę ślubu dostałam od męża kurs francuskiego :))) Mam też pozwolenie na zrobienie długiej listy podręczników dodatkowych (jakoś mi głównie ćwiczeń z gramatyki brakuje) i obietnicę, że to się zamówi (niekoniecznie w polskiej księgarni, bo wtedy tytułowe "długi" mogą stać się bardzo finansowe, za granicą takie używane książki są tańsze).
Ale ten francuski daje mi jeszcze jeden powód do zadowolenia... usprawiedliwione są wizyty w papierniczym - zeszyty, długopisy, markery i... korektor w taśmie (dużo korektora w taśmie, bo ja te koszmarne akcenty graficzne we francuskim stawiam - i pewnie jeszcze długo będę - nie w tą stronę, co trzeba :)))

***
I skoro już zrobiło się mało robótkowo, to jeszcze kot. Kot ze swoją ulubioną zabawką - klejące się listki z rolki do czyszczenia ubrań to od lat wielkie uzależnienie.

sobota, 11 maja 2013

DOSTAŁO NAM SIĘ

Najpierw był mail. Z pytaniem, czy nie wydziergałabym sweterka lub dwóch. I może czapeczkę z szaliczkiem do kompletu bym ewentualnie dołożyła.
A wydziergałabym i dołożyła, tylko tak na oko, zupełnie bez wymiarów, to trochę ciężko, więc potrzebne jakieś wytyczne, a najlepiej, gdybym dostała w swoje łapy egzemplarz modelowy.

Tym sposobem na Róg Renifera trafił...
Królik jest dziełem autorki bloga Moje Małe Rękodzieło.

...Królik.
Autorka bloga Moje Małe Rękodzieło wymarzyła sobie ubranie swoich Królików w sweterki wyprodukowane na Rogu Renifera. A ja uwielbiam szalone i nietypowe pomysły i powiedzenie mi, że mam ubrać Królika podziałało jak potężny motywator. Tego jeszcze nie robiłam!!!

Ale przecież nie ograniczę się do sweterków. Skoro już mam takie nietypowe zamówienie, to poszaleję sobie bez ograniczeń. Na początek powstał zestaw męski, elegancki, zimowy:

Gotowe stylizacje będziecie mieli zapewne okazję pooglądać za kilka tygodni na blogu Moje Małe Rękodzieło, ale jako  zapowiedź - Królik w czapce :)))
Królik jest dziełem autorki bloga Moje Małe Rękodzieło.

I powiem tyle - już dawno nic mi nie sprawiło takiej gigantycznej radochy, jak dzierganie dla zabawki! To jak powrót do dzieciństwa i ubierania lalek. Dziergam, uśmiecham się, kombinuję, relaksuję i w duchu dziękuję autorce pomysłu za taką niecodzienną propozycję!

Dziękuję też za dodatek do Królika:

I na pewno pojawi się pytanie, jak Mały zareagował na pojawienie się konkurencji... 
Królik jest dziełem autorki bloga Moje Małe Rękodzieło.

Zdjęcie pozostawię bez komentarza. :)))))))

***
Ale dostało nam się nie tylko Królikiem. Dostaliśmy też słoiczki z zawartością i małe białe chrupiące:

Sunshine zapowiadała rewanż za wysłane jej Fioletowe Otulacze. I zapowiadała nawet, że będzie to "coś ręcznie robionego". I wszystkiego mogłam się spodziewać, ale na pewno nie tego, co wyjęłam z paczki!!! Malinowe słodkości w słoiczkach specjalnie dla mnie oraz kawa w białej czekoladzie dla Ślubnego.
Dziękujemy bardzo, bardzo. Kawa zniknęła w dwa dni, a maliny... powinnam chyba wrzucić zdjęcia wylizanych do czysta słoiczków, ale głupio trochę : ))))) Pyszne było! Ślubny Cię wielbi, ja jestem pod wielkim wrażeniem pomysłowości i umiejętności!!! I nawet Mały miał radochę, bo dostał kartonik do zabawy :)))

To ja idę dziergać czapę rasta dla Królika :))))

niedziela, 28 października 2012

JESIENNA GŁUPAWKA

Mało dziś będzie o robótkach, ale za to będzie dużo innych zdjęć. Atak jesiennej głupawki najpierw wypchnął nas na spacer, a już na świeżym powietrzu zaatakował ze zdwojoną siłą i kazał zrobić sesję fotograficzną, zupełnie niepoważną.

***
Ale na początek jednak robótkowo. Carski Mundurek nie może być bez dodatków w postaci rękawiczek i czegoś pod szyję. Dlatego została zamówiona i dojechała już nawet włóczka - cieplutka, milutka i w odpowiednim kolorze:

Pomysłu na wzory na rękawiczki i szal jeszcze nie mam, ale zanim złapię za druty, na pewno coś się skrystalizuje.

Szycie Carskiego mam cichą nadzieję zakończyć dzisiaj, chociaż cały misterny plan szyciowy stanął wczoraj pod wielkim znakiem zapytania, bo... pokaleczyłam sobie prawą ręką, a konkretnie kciuk i palec wskazujący. Oczywiście, potwierdzając teorię, że najwięcej poważnych uszkodzeń ciała przytrafia się we własnym domu, to ja też się okaleczyłam we własnej kuchni. Zachciało mi się filtry w końcówce kranu wyczyścić, bo ciśnienie wody wydawało mi się za niskie. Kran widać poczuł się urażony insynuacjami, jakoby nie działał jak należy i gwintem mnie tknął po palcach. (PS. To jest ten sam kran, który już mnie kiedyś uszkodził w trakcie polowania na muchę. Jak po raz trzeci dokona zamachu na mą integralność cielesną, to chyba każę go wymienić.) Trochę teraz niewygodnie się igłę trzyma w palcach całych poklejonych plastrami, ale co tam, dam radę :))))

***
Dla miłośniczek słodkiego, milusiego, kochanego i do każdego-serca-przytul Małego mam dziś to:
Nie będę milusi, będę złym kotem, tak dla odmiany.

***
I jeszcze jeden temat, o którym dawno na Rogu Renifera nic nie było - taras. A na tarasie mamy...

... inwazję bałwanów :)))) Część roślin zostawiamy na zimę na zewnątrz i otuliliśmy je białą agrowłókniną, widok jest nieziemski.

***
No to w końcu mogę pokazać zdjęcia spacerowe, jesienno-głupawkowe. A na zdjęciach... Carski Płaszczyk :))) Nie Mundurek, a Płaszczyk, kupiony dwa sezony temu. Uwielbiany przeze mnie i świadczący o tym, że ja do carskich, czy ozdobnie militarnych klimatów mam wielkie ciągoty.

W roli niezbędnego dodatku spacerowego wystąpiły moje czerwone sznurowane Razemwiczki.
Przód Carskiego Płaszczyka w całej krasie widać poniżej. Bardzo mi się podobają takie zapięcia, dwurzędowe z guzikami, które nie idą równiutko, a rozszerzają się od talii ku szyi.
 

I jeszcze zbliżenie na moje lukrowane guziczki :))) Metalowe oczywiście i bardzo mi odpowiadające.
W tle Ślubny w wersji na chłody - czapkę ma i szalik!!!
Ale wspólnych zdjęć zrobiliśmy sobie więcej. 
Na tym poniższym widać, jak fajnie wykombinował projektant kołnierz przy Płaszczyku - można go rozpiąć i położyć, ale podniesiony stanowi doskonałą ochronę przed zimnem i da się biegać bez szalika.

No to kolejne zdjęcie małżeńskie:
Wiecie, że ja lubię swoje zmarszczki od śmiechu :)))
I jeszcze jedno...
Powaga nie jest naszą mocną stroną na spacerach :)
A przy okazji - szalik, który ma na sobie Ślubny został wieki temu zrobiony przez Mamę Moją Rodzoną Jedyną, kiedy jeszcze do liceum chodziłam. Jest sprany, akryl dawno przestał być puszysty i bardziej przypomina sznurek niż cokolwiek innego, ale szalik nadal jest używany. Ale mam do niego wielki sentyment. Biało-czarne paski pasują do wielu rzeczy, a poza tym... ten szalik ma pewnie ze trzy metry :))))

Ale największej głupawki spacerowej dostał Ślubny. Najpierw wszedł w bliski kontakt z przyrodą:
Ślubny w roli jemioły :)))

Następnie postanowił uzupełnić swoje portfolio o zdjęcia aplikacyjne, gdyby mu przyszło do głowy starać się o miejsce w Greenpeace:

I pozował na tle:

Aż w końcu nadmiar tlenu i zbytnia bliskość natury spowodowała atak...

PS. Czapeczka Ślubnego nie wyszła spod moich rąk. "Kupna" jest, ale nawet słowa nie mówię, robiona, kupiona, nie to jest ważne, ważne, że cokolwiek na głowie nosi.

A wracając do Ślubnego - w końcu się wyszalał i nawet nastąpiło coś w rodzaju oświecenia:
Pod latarnią o oświecenie nie jest trudno :))

I jeszcze dowód rzeczowy, że w okolicach Poznania zima jeszcze się nie pojawiła i nadal mamy piękną, złotą, choć nieco zimną jesień:

***
To ja Was zostawiam z jesienną głupawką i idę kończyć Carski Mundurek. Plenerowa sesja zdjęciowa pewnie w przyszłym tygodniu - takie są plany, o ile pogoda będzie łaskawa. A w następnym wpisie - ołówki i linijki w dłoń i będziemy robić wykrój Spódnicy Razem Szytej.

niedziela, 25 grudnia 2011

CZAS NA ZMIANY I NA KONKURS

*
Po pierwsze choinka. Ubierana z pełną determinacją i wbrew wszystkiemu, bo choinka w pierwsze święta na Rogu Renifera musi być!
 

Lubimy choinki monochromatyczne - w zeszłym roku naszło nas na biel, wycinałam pracowicie dziesiątki gwiazdek i w tym roku były jak znalazł.

I jeszcze szersza perspektywa - choinka w hangarze - w zeszłym roku ledwo upchnęliśmy ją w salonie w starym mieszkaniu, a teraz relatywnie zmalało się biedactwu.
 

**
Po drugie - życie wraca do normalności, wyciągnęłam druty!!! Wprawdzie Percy nie przyrósł ani o jedno oczko, ale są po temu dwa powody. Po pierwsze wzorek wymaga skupienia, a ja mam wrażenie, że lata mi w głowie stado nadaktywnych pszczół w stanie wzburzenia. Po drugie po ciągłym moczeniu rąk w chemikaliach czyszczących (wiem, że istnieją rękawiczki, ale przypominam sobie o nich raz na trzy wkładania łap w detergenty) mam tak szorstka skórę, że robienie z tak cieniutkiej włóczki, z jakiej powstaje Percy, byłoby męczarnią. 
Zamiast tego wyciągnęłam kolejny grubiutki fiolet :) Pałętał mi się jeden motek i powstanie z niego Zimowa Wstęga Ocieplająca. 

***
W końcu był też czas na zapowiadane zmiany graficzne na blogu. 
Od dziś oficjalnie Intensywnie Kreatywna działa na Rogu Renifera :))) A na dodatek w zimowych okolicznościach przyrody. 


Przy okazji dziękuję Ślubnemu, który stworzył nowy nagłówek.

 ****

KONKURS *** KONKURS *** KONKURS

Uprzedzałam lojalnie, że będzie konkurs z okazji przeprowadzki, z tapetą kuchenną w roli głównej.

Kliknij, by powiększyć, będzie łatwiej węszyć :)))

Napisy do tapety wybrałam sama, żeby były dobrze nastrajające i pozytywne w przekazie. Graficznie poukładał je Ślubny. Ale... pozwoliliśmy sobie na mały żarcik, a w zasadzie dwa żarciki przy projektowaniu napisów.

Zasady konkursu są proste:
- po pierwsze trzeba znaleźć oba ukryte w tapecie "żartobliwe kwiatki";
- po drugie podać, co było naszą inspiracją do umieszczenia tych dwóch dodatkowych napisów.
Prawidłowe i pełne odpowiedzi należy przesyłać wyłącznie na adres mailowy (nie podawajcie odpowiedzi w komentarzach pod wpisem!!!):
agnieszka@panda.media.pl

Konkurs potrwa do końca starego roku 2011 (czyli do 23:59 31 grudnia 2011). Losowanie zwycięzcy 1. stycznia 2012. A zwycięzca dostanie wybrany przez siebie otulacz w pakiecie z drobną niespodzianką (można od razu podawać numer wybranego otulacza w mailu z odpowiedzią :)

Można wybierać pomiędzy:
1. otulaczem rudo-jesiennym:

2. otulaczem ecru-wiosennym:

3. otulaczem kanadyjsko-zimowym:
 

Powodzenia!

środa, 23 listopada 2011

PO MĘSKU WYDZIERGANE

Ślubny miewał zachcianki - rzadko owszem, ale jak już to z fantazją, przytupem i fajerwerkami. Żona grzecznie dziergała. A później zgrzytała uzębieniem z frustracji, bo wyroby leżakowały w szafie. I nie pomagały zapewnienia Ślubnego, że to fajne, że czasem nosi, że lubi. 
Aby zapobiec dantejskim scenom małżeńskim zawarliśmy Pakt o Niedzierganiu - Ślubnemu ciuchów nie tworzę, kupuje sobie sam (z ukontentowaniem, bo lubi grzebanie wśród wieszaków, czasem nawet przywlecze coś dla żony :) Za to ja gotowizny nie nabywam prawie wcale, w zamian wydaję na włóczki, materiały i inne przygwizdy. Tym sposobem obie strony szczęśliwe, niesfrustrowane i bez ofukanych pretensji.

Pakt o Niedzierganiu powoduje, że stosik tworów własnych przynależnych Ślubnemu jest niziutki.

Szaliczki są dwa. W obu przypadkach włóczka wybrana i zakupiona przez Ślubnego. Leżą sobie grzecznie, bo Ślubny zakłada je tylko przy mrozie poniżej -25, o co w Poznaniu trudno. Możliwe, że powinnam dokonać przeniesienia prawa własności :)
Pierwszy to melanż ze sporą zawartością wełny, więc troszkę podgryza, ale za to jest bardzo ciepły.
Drugi to trzy kolory akrylu i zapotrzebowanie Ślubnego, żeby paseczki były podłużne.

Moda na kamizelki w romby łupnęła Ślubnego trzy sezony temu. (Od razu wyjaśniam, że sweterki wywlokłam prosto z garderoby i widać zagięcia po złożeniu, ale zapomniałam wyjąć je wczoraj, żeby się odwisiały.)
Tył oczywiście cały czarny. I uprzedzam, że od tych trzech lat chodzi za mną stworzenie damskiej wersji tych rombów, w radosnej kolorystyce, z dekoltem do pępka i z wcięciami gdzie trzeba.

Pierwszy, ale to absolutnie pierwszy sweter robiony dla Ślubnego miał być sportowy i z kapturem, i wiązany. I tu przyznaję uczciwie był taki okres, że Ślubny z tego wyrobu nie wyłaził, nosił non stop z przerwami na pranie (dobrze, że szybko schło).
Zrobiony z niezniszczalnego akrylu. Prany w pralce i wirowany i nijak nie chce się poddać unicestwieniu.
Iiiii, to był mój pierwszy robiony kaptur... bez wykroju... na oko. 

Sweterek folkowy - coś pośredniego między stylem safari (kolorystyka), a pierwszym odzieniem piastowskim (wygląd całościowy).
Robiony z wełny z domieszką akrylu i wykończony szydełkowymi taśmami z merceryzowanej bawełny (Kupiłam jej wtedy z zapasem, który to zapas mam do tej pory i pojawiał się w wielu moich bluzeczkach z okresu beżowego.)
Góra jest bez żadnego zapięcia czy wiązania.
Wszystkie bawełniane taśmy doszywane na wierzch dzianiny robionej na drutach.
I ten sweter chyba sobie "pożyczę na wieczne nieoddanie". Będę miała piastowsko-grungowe swetrzysko do jeansów.

I czas na finał. Jak się kończy nieopatrzne pokazanie Ślubnemu sweterka z ówcześnie obowiązującej kolekcji Calvina Kleina? Marudzeniem: zrób mi taki.
Miał być ciemny melanż i faktura żeberek na całości.
I jeszcze zbliżenie wzoru w żeberka.
Sweter jest wrednie motywujący do trzymania idealnej sylwetki, bo jakikolwiek brzuszek zostaje od razu uwydatniony :) I w końcu się wyjaśniło, z resztek z jakiego projektu robiłam znacznie później swój sweterek bez polotu.

I nie, nie zarzekam się, że już nigdy przenigdy nie będę robiła nic dla Ślubnego. Z chęcią na przykład bym coś męskiego uszyła, ale znalezienie wykroju na coś fajnego dla faceta graniczy z cudem. Ślubny skomentował ostatni numer Burdy z zamierzoną złośliwością - wykrój na ubranko dla psa jest, a mody męskiej żadnej. I poprał pomysł jakiegoś mężczyzny, którego korespondencję z Burdą opublikowano, a który to uskarżał się na to samo - dziewczynę ma szyjącą i w imieniu obojga grzecznie prosi o niepomijanie propozycji dla facetów.

poniedziałek, 21 listopada 2011

952 KORALIKI

Weekend upłynął nam pod hasłem: "Szaleństwo na Rogu Renifera". Krótkie podsumowanie jest bardziej niż pozytywne:
- wywieźliśmy wszystkie książki!!! (i tu mała dygresja - wczoraj wieczorem uświadomiłam sobie, że nie mam nic, ale to kompletnie nic papierowego do czytania w łóżku, z rozpaczą w oczach przekopałam całe mieszkanie i przy łóżku, na półce po stronie Ślubnego znalazłam coś o motoryzacji; papier jest, literki są, od biedy się nada, choć miałam już wizję czytania książeczek z instrukcjami obsługi);
- kupiliśmy nowy komplet garnków (bo zmieniamy kuchenkę na indukcyjną) i nową zastawę stołową (dopasowaną kolorystycznie do kuchni) i takie fajne zestawy do wieszania zasłon na metalowych żyłkach (zamiast tradycyjnych karniszy, za którymi nie przepadam) - wszystko nabyte w Ikei, więcej zakupów tam nie planujemy, więc w grudniu nie będę zmuszona do przedzierania się przez dzikie, świątecznie obłąkane tłumy;
- w ciągu weekendu (taaaak, pracowali w piątek, sobotę i niedzielę) ekipa wykończeniowa położyła wszystkie płytki w łazience, położyła całe podłogi z płytek (łazienka, kuchnia, przedpokój) i... płyty z gresu na ścianie w przedpokoju i ta przedpokojowa ściana wprawiła mnie w zachwyt i stałam tam sobie wśród drabin, kartonów i innego bałaganu i miziałam ten gres z lubością; i przy okazji po raz kolejny doszłam do wniosku, że ja kocham tych naszych fachowców - naprawdę! jak na razie są genialni, myślący, pracowici jak mróweczki, samodzielni, a do tego mają poczucie humoru;
- uporaliśmy się z wyborem ostatnich brakujących lamp do kuchni i salonu (mają być cztery takie same) - to, co wybraliśmy jest... jakby to określić, niepokojąco awangardowe, ale co tam, zaryzykujemy.
- Ślubny pobił wczoraj rekord w szybkości sprzedawania samochodu; poprzednio sprzedał samochód w trzy dni od momentu wystawienia oferty, a wczoraj zajęło mu to 5 MINUT!!!!!; tym samym pożegnałam się dziś rano z Batmobilem, ale po przeprowadzce posiadanie dwóch samochodów straci jakikolwiek sens, a zostawianie go dla mojej fanaberii jest jednak zbyt kosztowną zabawą (choć sądziłam, że sobie jeszcze jakieś dwa tygodnie pojeżdżę, zanim się sprzeda... no cóż);
- i zrobiliśmy jeszcze jakieś milion drobnych rzeczy dokoła-rogowo-reniferowych i oficjalnie mogę uznać miniony weekend za wyjątkowo udany.

I jeszcze uroczy załącznik, związany poniekąd z przeprowadzką. Dziś rano chciałam zapakować Ślubnemu czasopisma do wywiezienia do firmy. Postawiłam sobie kartonik, sięgnęłam po naręcze makulatury i... już nie miałam jej gdzie włożyć, bo Mały dokonał błyskawicznego zasiedlenia.
I nie było siły, bo kocio jest uzależniony od kartoników wszelakich, a na dodatek Ślubny skarcił mnie za chęć dokonania nieuzasadnionej eksmisji i musiałam zapakować czasopisma do plastikowego koszyka. 

Jedyne małe "ale" dotyczące minionego weekendu, to fakt, że nie udało mi się zbyt wiele wyrękodzielić. Wydłużyła się jedynie tkana góra do Wrzosowiska. Robiona jest od dołu pleców w kierunku dołu przodu. Kształt dekoltu powstawał na oko, ale po przymiarce na denatce wydaje się, że jest ok. Druga część będzie znacznie szybsza do wydziergania, bo muszę po prostu odtworzyć każdy rządek zgodnie ze stworzonym zapisem, ale nie będzie już ciągłego przymierzania, liczenia oczek i kombinowania nad kształtem.

A teraz do rzeczy, czyli do szalika z 952 koralikami. 
Został zrobiony chyba trzy sezony temu i od tamtej pory doskonale sprawdza się jesienią i wiosną.
Robiony na szydełku z białej bawełny, a kolorowe paseczki powstały ze zwykłych bawełnianych nici maszynowych w kolorze wrzosowym. Najważniejszym dodatkiem są jednak półprzezroczyste koraliki w odcieniu fioletu, które to koraliki zostały własnoręcznie odprute przez Mamusię Moją Rodzoną od nabytych przez nią kapci domowych produkcji chińskiej i przesłane córce w celu sensownego spożytkowania. 
Szalik powstawał między innymi w pociągu na trasie Poznań - Warszawa i z powrotem. Pani konduktor zaniechała wykonywania obowiązków służbowych na dość długo, bo siedziała sobie obok i z entuzjazmem patrzyła, jak się wrabia koraliki w szydełkowe wyroby. 

I uświadomiłam sobie, że do tej pory nie pokazałam Wam nic, co zrobiłam dla Ślubnego. To karygodne zaniedbanie nadrobię przy okazji następnego wpisu, a tymczasem lecę pakować gry komputerowe Ślubnego, które wyjeżdżają jako następne.