***
Zamieniłam się w robota wieloczynnościowego. Jedna kończyna miesza ogromne ilości żółtek, masła i czekolady w celu wyprodukowania świątecznych słodkości. Druga kończyna sprawnie posługuje się szmatą, wiadrem i odkurzaczem. Trzecia kończyna robi listę zakupów. Czwarta zmienia pościel i wstawia szóste pranie. Piąta wciska Ślubnemu termometr i podtyka pod nos środki inhalacyjne, bo się był przeziębił mąż. Prawym uchem słucham Dickensa, a lewym - świątecznych piosenek.
Zakatarzony, ale nie obłożnie chory Ślubny został obarczony gigantycznym zadaniem przystrojenia choinki. Dwa lata temu była wersja biała, rok temu patriotyczna, czyli w bieli i czerwieni, a w tym roku? W tym roku musiało pasować do przepięknych bombek od Gardenii, więc jest biało, czerwono i złoto.
To jeszcze raz te cudowne sprezentowane nam bombki.

I jeszcze jedna.

I choinka w pełnej krasie.

***
Kocio jest domowym zamętem wprost wniebowzięte. Odmawia spania. Jest go wszędzie pełno. Uczestniczy w każdej czynności i nic, ale to nic kompletnie nie może się bez niego dziać. Kocia ogarnął przedświąteczny kociokwik :)))
***
I w tym kociokwiku udało mi się wczoraj skończyć pokrowiec na pianino. Pokrowiec ochrzczony Kurzołapem.
Zagwozdką konstrukcyjną było wymyślenie sposobu na takie użytkowanie pokrowca, żeby za każdym razem nie wyciągać i nie wciskać podstawki pod nuty. Plastikowa ci ona, włazi w szczelinę w samym pianinie niechętnie, a wyłazi z jeszcze mniejszym entuzjazmem. Wniosek - w pokrowcu musi być stosowny otwór, ale tak wykończony, żeby przylegał idealnie i nie deformował krojonej "na miarę" całości.
Podeszłam do tego otworu jak do wpuszczanych kieszeni wykańczanych pliskami, jak w żakietach. W Carskim Mundurku były takie fajerwerki:
Dzięki temu mam szczelinę, a nie rozłażącą się dziurę. Brzegi są sztywne, nierozciągliwe i trzymające formę.
Żeby nie walczyć z przyszywaniem "boczków", rogi zrobiłam zaokrąglone (zgodnie z konstrukcją instrumentu :))) i leciałam te prawie cztery metry jednym ciągiem, bez troski o to, żeby mi się pod kątem prostym układało jak należy.
A skoro zostałam w okolicach Mikołajek obdarzona stopkami do maszyny w ilościach trudnych do policzenia, to uparłam się, że będę się stosować do zasady "mam, to używam".
I tak Kurzołap powstawał z wykorzystaniem... spoglądamy na zdjęcie poniżej:
Od lewej:
- stopka uniwersalna (ale z nowego kompletu :)));
- stopka do stebnowania - na prawej "płozie" ma dodatkowe znaczniki; niby nic, ale zwiększa precyzję szycia, co mnie przynajmniej raduje wielce;
- stopka do przyszywania sznureczków - przy Kurzołapie, gdzie cała pięciolinia i nutki to przyszyty kordonek, ta stopka to było zbawienie; przyszywa się przy jej użyciu precyzyjnie, ekspresowo i bezproblemowo;
- stopka do ściegu satynowego, czyli bardziej po ludzku - do zygzakowania - i znowu niby nic, ale jej konstrukcja jest jakoś tak doskonale przemyślana, że trzyma materiał tam, gdzie ma być, żeby prawa strona zygzaka wychodziła idealnie na brzegu tkaniny.
***
Na drutach pojawił się Projekt Intensywnie Kreatywny :)))
Będę wykorzystywać motyw centralnej części z Tybetańskich Chmur, ale bynajmniej nie do szala. Na razie pomysł jest w fazie "kombinacyjnej", więc szczegóły nieco później.
***
I jak widać nagłówek został zmieniony już na zimowy - jak zwykle dziękuję Ślubnemu, że te nagłówki stworzył i mogę sobie szaleć zgodnie z porami roku!
Życzenia będą jutro, a dzisiaj ja wracam do przedświątecznego kociokwiku, a Was zostawiam z Małym:

***
I w tym kociokwiku udało mi się wczoraj skończyć pokrowiec na pianino. Pokrowiec ochrzczony Kurzołapem.

Zagwozdką konstrukcyjną było wymyślenie sposobu na takie użytkowanie pokrowca, żeby za każdym razem nie wyciągać i nie wciskać podstawki pod nuty. Plastikowa ci ona, włazi w szczelinę w samym pianinie niechętnie, a wyłazi z jeszcze mniejszym entuzjazmem. Wniosek - w pokrowcu musi być stosowny otwór, ale tak wykończony, żeby przylegał idealnie i nie deformował krojonej "na miarę" całości.
Podeszłam do tego otworu jak do wpuszczanych kieszeni wykańczanych pliskami, jak w żakietach. W Carskim Mundurku były takie fajerwerki:

Dzięki temu mam szczelinę, a nie rozłażącą się dziurę. Brzegi są sztywne, nierozciągliwe i trzymające formę.

Żeby nie walczyć z przyszywaniem "boczków", rogi zrobiłam zaokrąglone (zgodnie z konstrukcją instrumentu :))) i leciałam te prawie cztery metry jednym ciągiem, bez troski o to, żeby mi się pod kątem prostym układało jak należy.

A skoro zostałam w okolicach Mikołajek obdarzona stopkami do maszyny w ilościach trudnych do policzenia, to uparłam się, że będę się stosować do zasady "mam, to używam".
I tak Kurzołap powstawał z wykorzystaniem... spoglądamy na zdjęcie poniżej:

Od lewej:
- stopka uniwersalna (ale z nowego kompletu :)));
- stopka do stebnowania - na prawej "płozie" ma dodatkowe znaczniki; niby nic, ale zwiększa precyzję szycia, co mnie przynajmniej raduje wielce;
- stopka do przyszywania sznureczków - przy Kurzołapie, gdzie cała pięciolinia i nutki to przyszyty kordonek, ta stopka to było zbawienie; przyszywa się przy jej użyciu precyzyjnie, ekspresowo i bezproblemowo;
- stopka do ściegu satynowego, czyli bardziej po ludzku - do zygzakowania - i znowu niby nic, ale jej konstrukcja jest jakoś tak doskonale przemyślana, że trzyma materiał tam, gdzie ma być, żeby prawa strona zygzaka wychodziła idealnie na brzegu tkaniny.
***
Na drutach pojawił się Projekt Intensywnie Kreatywny :)))

Będę wykorzystywać motyw centralnej części z Tybetańskich Chmur, ale bynajmniej nie do szala. Na razie pomysł jest w fazie "kombinacyjnej", więc szczegóły nieco później.
***
I jak widać nagłówek został zmieniony już na zimowy - jak zwykle dziękuję Ślubnemu, że te nagłówki stworzył i mogę sobie szaleć zgodnie z porami roku!
Życzenia będą jutro, a dzisiaj ja wracam do przedświątecznego kociokwiku, a Was zostawiam z Małym:
