Przenosiny

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blokowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blokowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2013

RAZEM ROBIMY OD GÓRY - Epilog

W poprzednich odcinkach:
Prolog - czyli spis narzędzi i materiałów.
Część pierwsza - gdzie oswajamy Tabelkę Samoliczącą, nabieramy oczka i kształtujemy reglan.
Część druga - gdzie dzielimy oczka na przód tył i rękawy, kształtujemy podkroje pach i łączymy tył z przodem.
Część trzecia - robimy wykończenie dołu swetra, zamykamy oczka na dole i robimy rękawy.
Część czwarta - doprowadzamy do porządku linię dekoltu, kształtując go rzędami skróconymi. 
Część piąta - plisa zapięcia w swetrach rozpinanych. 

***
Tradycyjnie Epilog będzie poświęcony praniu, formowaniu i suszeniu swetra. Osoby, które już Razem-Robiły Tubę dobrze wiedzą, co w Epilogu można znaleźć, ale na wszelki wypadek jeszcze raz.


Po wykończeniu robótki, czyli pochowaniu i zabezpieczeniu wszelkich luźnych nitek sweterek trzeba wyprać. Jeżeli ktoś ufa swojej pralce, to może wrzucić dzianinę do pralki i wybrać program prania ręcznego lub prania wełny (zależnie, którym z nich pralka dysponuje). 
Jeżeli decydujemy się na ręczne, własnoręczne pranie ręczne :))), to ważnych jest kilka kwestii:
- przygotowujemy chłodną (!!!) wodę do prania, nie ciepłą, nie gorącą, nie studziennie zimną;
- używamy płynu do prania wełny lub łagodnego płynu do prania ubrań (nigdy nie proszku do prania!!!, bo wypłukanie go ze swetra pranego w chłodnej wodzie jest praktycznie niemożliwe);
- pranie dzianiny polega głównie na dwóch czynnościach - miętoszeniu i moczeniu (nie trzemy, nie skręcamy, nie wyciągamy - raczej ściskamy i ugniatamy);
- po wymiętoszeniu sweterka zostawiamy go w wodzie na dłuższą chwilę (nawet pół godziny), żeby włóczka mogła sobie spokojnie wchłonąć wodę, to później powoduje, że oczka stają się równiejsze;
- do płukania używamy wody o dokładnie tej samej temperaturze, co woda do prania (używanie płynu do płukania jest możliwe, ale raczej dla mniej szlachetnych włóczek, np. akrylu, przy delikatnych włóczkach, szczególnie z włoskiem płyn do płukania da nam ładny zapach i nieciekawy "kołtuński" wygląd robótki); lepiej wybrać po prostu taki płyn do prania, który ma miły zapach i zrezygnować z płynu do płukania;
- dzianiny nie wykręcamy!!!, miętosimy ją, ugniatamy, pozbywając się nadmiaru wody i pozostawiamy do obcieknięcia, nawet, gdyby to miało trwać kilka godzin; do obciekania sweterek układamy tak, żeby nam się nic nie wyciągało (żadnych zwisających rękawów :)))), ja składam w kosteczkę i układam na płasko na suszarce, podstawiając pod spód wielgachną miskę; (przy mniejszych robótkach, na przykład szalach czy chustach, można szybko wycisnąć nadmiar wody, zawijając robótkę w ręcznik i miętosząc całe zawiniątko, a nawet łażąc po nim bosą stopą - nic się robótce nie stanie :)));
- kiedy sweter jest wilgotny, ale nie mokry, układamy go na płaskiej powierzchni do ostatecznego wyschnięcia (na ręcznikach, na karimacie, piance); nie układamy na oko!!!, używamy centymetra, mierząc układaną robotkę w newralgicznych miejscach (obwód bioder, talii, długość swetra, długość rękawów itp.); zwracamy uwagę na ułożenie na płasko wykończeń (końcówki rękawów, dół swetra, dekolt); jeśli trzeba to te miejsca, gdzie kształt jest ważny - na przykład "falki" w pawich oczkach - przypinamy szpilkami;
- nie tykamy schnącego sweterka aż do momentu, kiedy rzeczywiście będzie suchy.
Dodatkowa uwaga do prania bawełny - namoczona bawełna dostaje małpiego rozumu, staje się ciężka, lejąca się, wydaje się, że sweter nam się robi dwa razy za duży i z rękawami dla osoby z dłońmi w okolicach kolan. Spokojnie! Schnięcie oznacza dla bawełny także kurczenie się. Ale bardzo ważne jest, żeby jej nie dawać okazji do nadmiernego wyciągania się (na przykład przy obciekaniu) i żeby ułożyć ją do schnięcia na płasko, bardzo pilnując pożądanych wielkości i obwodów, czyli mieć pod ręką centymetr i nie rozciągać, tylko układać, delikatnie dostosowując ten mokry twór do potrzebnych rozmiarów.


***
I robiąc zdjęcia gotowego Granatu uświadomiłam sobie, że to chyba pierwszy raz, kiedy kończę Razem Robienie, piszę Epilog, a moja robótka jest gotowa. Zazwyczaj było tak, że Epilog się pojawiał, a ja dziergałam sobie spokojnie końcówkę nieco później. Czasami kończąc znacznie później niż pierwsze z Was.

Czekam niecierpliwie na Wasze Robione Od Góry - niech się Galeria rozrasta.

***
I dawno Małego nie było, więc w nagrodę dla tych, którzy dotrwali - kocio w bliskim kontakcie z obiektywem :)

czwartek, 24 maja 2012

RÓŻOWA LANDRYNKA PODRÓŻNA

Słodko landrynkowe różowości zostały skończone, uprane i wysuszone w stanie leżącym. Niewątpliwie kolorek i przyjemność robienia poprawiła mi humor. Efekt końcowy też bardzo pozytywny i "uśmiech wywołujący".

Na wszelki wypadek, dla osób zainteresowanych technikami blokowania różnych dzianin zrobiłam zdjęcia poglądowe w stanie "drucianym, naciągniętym".

Jak widać w środku są dwa druty, żeby równo rozciągnąć boki otulacza. Na górze i na dole druty służą do naciągnięcia "zębiszcz".

***
Wczoraj na tapecie był haft prezentowo - niespodziankowy i tu odnotowałam częściowy sukces, bo jestem w połowie, a nawet ciut ciut po połowie. A przecież każdy wie, że drugi etap idzie szybciej, bo koniec widać :) Przy okazji haftowania dosłuchałam do końca "Sto lat samotności" Marqueza i niniejszym, oficjalnie składam podziękowania dziewczynom, które tak skutecznie mnie "zanęciły". 

***
Za to dzisiaj posupłałam drugi rządek frywolitkowej serwety Renulka. Tu proszę sobie wyobrazić mnie w postaci rozanielonej i wsiąkniętej na amen. Strasznie, okropnie, potwornie mi się frywolenie podoba. Mam wrażenie, że to jest najpiękniejsza forma robótek ręcznych, jaka istnieje. I wiem, że jeszcze wiele godzin przede mną, zanim to, co wychodzi spod moich łapek, będzie doskonałe, ale nawet w tej chwili tworzenie form nie do końca doskonałych sprawia mi gigantyczną frajdę.

Obawiam się, że im dalej w las, tym częściej będę Was zamęczała tworami supłanymi.

***
A teraz z innej beczki, a raczej z innego pomieszczenia. Lecimy galopem do sypialni, łapiemy zakręcik, żeby mieć odpowiednią perspektywę i co widzimy? Widzimy nową narzutę łóżkową, wielkości małego żagla (grot może być albo bezan chociaż :). Oczywiście nie ma takiej możliwości, żeby nasz sztandarowy model nie załapał się na zdjęcie, więc macie dwa w jednym: nową narzutę i kocia.

A w temacie kocia jest jeszcze jedna wiadomość - nasze kocio jeszcze raz pokazało, że delikatuśne jest i marudne. Taras już mu nie straszny, ale jego wyjście zawsze wyglądało tak samo. Wylazło kocio, posnuło się bez celu, siadło na tyłku, pogapiło się w niebo, pomiaułaczało do jaskółek i oddalało się do domu. Wyszło mi, że Małemu na tarasie brakuje podstawowej rzeczy. Wyniosłam, położyłam i od razu Mały poczuł się lepiej:

Ręczniczek musi być, bo tylko na ręczniczku można się płożyć, pokładać, wyciągać i przysypiać na jedno oko.

***
A w weekend lub tuż po weekendzie... pojawi się na blogu zupełnie nowy temat... Brahdelt się ucieszy i Squirk się ucieszy... booooooo... spadł na nas niespodziewany deszcz mamony i Ślubny postanowił jednak spożytkować te srebrniki na stworzenie w tym roku zaczątków infrastruktury tarasowej. A to oznacza, że będą fotki zieleniny rosnącej i omdlałej (jak zapomnę podlać), będą bulwy, pnącza, liany i zioła. Trochę mi słabo, ale trudno, zieleń podobno uspokaja, to może mnie nie trafi od nowych obowiązków.

wtorek, 1 maja 2012

SZALEŃSTWA POZYTYWNE I NIE DO KOŃCA

Tydzień mediolański został zakończony (jakby ktoś przegapił, to zapraszam tutaj i tutaj, i tutaj też) i pora wrócić na ziemię i napisać w końcu coś o udziergach, wyszytkach i destrrrrrrukcji, czyli wszystkich szaleństwach, jakie udało mi się popełnić w ciągu ostatniego tygodnia.

***
Szaleństwo pierwsze "pozytywne"
Prezentowy Obrus Cioci Maryli. Zapowiadałam ekscesy przy blokowaniu, użycie artykułów wod.-kan. lub w drugiej wersji - napad na pasmanterię, kupienie tysiąca szpilek i kopciuszkowate upinanie w kółeczko - dosłownie i w przenośni. Ale jak się zabierałam za blokowanie obrusa, to było jakieś trzydzieści stopni w cieniu i lenistwo przytulało mi się do pleców, szepcząc "szybko i bezwysiłkowo, szybko i bezwysiłkowo". No to było szybko i prawie bez wysiłku. Obrus w smętnej formie został wyprany i wystawiony na dziesięć minut na palące słońce, co wysuszyło go na pieprz. A później ze sporą determinacją i powtarzając sobie, że w razie czego, to go jeszcze raz namoczę, przeprasowałam dzieło generatorem pary, dbając o to, żeby choć mniej więcej uzyskiwać formy okrągłe. Wyszło mi "prawie" - miałam różnice jakiegoś centymetra na średnicach. I taki wstępnie przeprasowany obrus został ułożony na dwóch karimatach i naciągnięty tam, gdzie trzeba było, żeby kółeczko było bez zarzutu. Całość operacji - dziesięć  minut, z czego dwie rozgrzewał się generator pary. Efekt końcowy taki:

Zdjęć pięknych i cudnych po blokowaniu brak, bo Ślubny stał nade mną i dyszał, że szybko, szybko, bo on już leci to wysyłać. Zatem nie zdjęcia były mi w głowie, tylko pakowanie ozdobne, pisanie życzeń i takie tam. Najważniejsze, że temat ciocinego, prezentowego obrusa mamy oficjalnie zakończony.

***
Szaleństwo drugie "pozytywne"
Ślubny stworzył filmik mediolański oraz zgrał filmiki z "trójwymiarowymi rysunkami przestrzennymi" i nawet dorzucił filmik niespodziankowy o faunie i florze... jakby :))). Proszę sobie usiąść wygodnie i lecimy.

Targi mediolańskie w wielkim skrócie:

Trójwymiarowe cuda:

I jeszcze raz:

I bonusik, czyli co Intensywnie Kreatywni widzą i słyszą o poranku z tarasu (proszę zwrócić uwagę na oszalałe żaby oraz opętane kukułki :)))

***
Szaleństwo trzecie "pozytywne"
Projekt Priorytetowy, czyli haft niespodziankowy dotarł dwa dni temu do właścicieli i w końcu mogę ujawnić, co się wyszywało i dla kogo.
O tym, że Iza z "Kropek nad i" spodziewa się dziecka, to wiedzą wszyscy do niej zaglądający. I pomyślałam, że miło by było zrobić jakiś prezent z okazji. Ale że Iza sama mistrzowsko operuje drutami i szydełkiem, i uszyć też potrafi cudeńka, to jakoś ciuszki dla synka wydawały się niewłaściwe. No to może miara dla dziecka??? Myślisz, siadasz, haftujesz i masz:

Iza już się zdążyła pochwalić prezentem na blogu, więc zainteresowanych zbliżeniami na faunę zapraszam do niej.
A ja dziękuję Ślubnemu, który nie tylko prezent wziął pod pachę i zawiózł Izie do domu, ale znacznie bardziej dziękuję za wyszarpanie stolarzowi z zębów deski w sobotę!!! I za sprawne posługiwanie się pistoletem tapicerskim, bo to właśnie nie kto inny, tylko mój własny mąż podjął się trudnego zadania połączenia deski, gąbki i haftowanego materiału w jedną, estetyczną całość.

***
Szaleństwo czwarte "nie do końca pozytywne"
Zasługuję na tytuł "Lady of Destruction", czyli "Pani destrukcji"...
Wysłałam przedwczoraj w robótkowy niebyt Rudości...
Szlag mnie trafiał na nie...
Nie mogłam się z nimi zaprzyjaźnić ani polubić, ani nawet zacząć tolerować...
Dużo ich było...
Lepiej mi...
Jakby mi ktoś menhira zdjął z barków...

***
Szaleństwo piąte "pozytywne"???
Co się robi, kiedy w cieniu prawie trzydzieści stopni???
Robi się wełnianą chustę :)))
Ja chyba już parę razy udowodniłam, że rzeczy letnie robię zimą, a zimowe latem, no to jakby ktoś nie był przekonany, to proszę bardzo, ma kolejny dowód.
Iza z Agatą z okazji najazdu na Róg Renifera sprezentowały mi mnóstwo dóbr wszelakich, a wśród nich piękność kolorystyczną - akryl z wełną. A że po destrukcji Rudości potrzebowałam czegoś, co ucieszy mnie "naocznie" i "podpalcowo" i jeszcze będzie powstawało w tempie pociągu TGV, to powstaje to:

Ja na szczęście jestem z tych, co to im latem nie przeszkadza robienie z wełen i akryli, więc nie cierpię. Poza tym okazuje się, że po bardzo słonecznym dniu wieczór na tarasie bywa "gęsioskórkowo" chłodny, to milunia w dotyku chusta będzie jak znalazł.
Informacja dla Izy :)))))))))) - druty 5.00 i robię tak luźno, jak się tylko da. W dotyku wychodzi bajeczna miękkość. Jeszcze raz dzięki, dziewczyny, za prezent!!!

***
Szaleństwo szóste "pozytywne", ale nie moje, tylko kocie
Kocio okazuje się oporne i niechętne w kwestii wykorzystywania do wychodzenia na taras drzwi właściwych, czyli głównego wyjścia. Ale za to wyskoczenie na taras przez okno w kuchni jest akceptowalne, pożądane i chętnie uskuteczniane:

***
Szaleństwo siódme "pozytywne"... może... nie wiem... ale szaleje Ślubny
Ślubny zakupił część mebli tarasowych (widać je na filmiku powyżej) i wśród nich także wieeeeeeeeeeelki parasol. Ale okazało się, że to, co jest na poziomie ziemi lekką bryzą marszczącą morze gładkie jak stół, to na poziomie nie osłoniętego trzeciego piętra zamienia się w szalejący huragan o jakimś wdzięcznym żeńskim imieniu. Parasol wyjechał z powrotem do sklepu. Ale Ślubny zaczął kombinować, co by tu wyczynić, żeby jednak część tarasu zacienić.
Będzie zacienienie ekologiczne wykonane z pnączy, lian, roślin kwitnących i wijących i ogólnie zapowiada się, że powstanie na tarasie pełnowymiarowy ogród botaniczny. W ramach ostatnich pomysłów zostałam zawiadomiona, że będziemy uprawiać także truskawki i poziomki. A tak w ogóle to Ślubny chce miniaturowy czerwony klon... 
Negocjuję kwestie odpowiedzialności za pielenie, podlewanie, targanie ziemi na trzecie piętro i inne takie tam techniczne drobiazgi...
O skutkach szaleństw będę zawiadamiać na bieżąco.

***
Szaleństwo ósme "pozytywne" astronomiczne i ostatnie
Z tarasu widać bardzo jasną gwiazdę. Moja wiedza astronomiczna jest zerowa - księżyc rozpoznaję i uznaję to za wystarczający sukces w tej dziedzinie. Gwiazda jednak coś mi szybko znikała i generalnie przemieszczała się po nieboskłonie w tempie bynajmniej nie ślimaczym, więc szybko doszłam do wniosku, że to jednak satelita, najprawdopodobniej rosyjski, szpiegowski i super tajny. 
Ale wczoraj uparłam się, że chcę zobaczyć koniunkcję Księżyca, Marsa i Regulusa, na własne oczy chcę. Ślubny postanowił się przygotować teoretycznie i ściągnął jakąś aplikację pokazującą, co jest na niebie patrząc z własnego punktu siedzenia. Koniunkcję oczywiście pooglądałam i Mars rzeczywiście wyglądał na lekko zaczerwienionego. Ale!!! Aplikacja pozwoliła w końcu wyjaśnić tajemnicę tej bardzo jasnej gwiazdy/sputnika/nie-wiadomo-czego. Wenus!!! To jest Wenus. Ja to mam widoki z tarasu :)))

poniedziałek, 5 marca 2012

SERDUSZKOWO I NIE TYLKO

Dzisiaj najpierw będzie o robótkach, a później o samych przyjemnościach.

***
Biały Serduszkowy Pozytyw się skończył, się uprał, się zblokował i oto jest.

Robiony z pojedynczej bawełnianej nitki na drutach coś koło 4 (ale czy to było 3,75 czy 4, to nie wiem, bo sobie nie zapisałam).


Projekt z tych tak zwanych "szybko przybywających". W stosunku do Czarnego Serduszkowego Negatywu zmniejszyłam znacząco liczbę serduszek i nieco skróciłam cały szal. Ten czarny jest długości Nilu i jak go chcę zamotać dokoła szyi w całości, to muszę się zawinąć co najmniej cztery razy, najlepiej przy pomocy osób trzecich.

I jeszcze zdjęcie dla tych, którzy dopiero eksperymentują z własnymi sposobami blokowania szali. W przypadku takich dzieł, jak Serduszkowy, czyli długich prostokątów z ozdobnym brzegiem, ja zawsze używam drutu nie tylko na końcu szala, ale także w miejscu połączenia części głównej z ozdobnym wykończeniem. Dzięki temu te ażury na końcówce można lepiej naciągnąć i łatwiej jest mierzyć długość tego ozdobnego końca i pilnować, żeby po dwóch stronach szala był tak samo naciągnięty, czyli miał tyle samo centymetrów.

***
A teraz proszę jeszcze raz rzucić okiem na zdjęcia gotowego szala powyżej, a dokładniej na tło, na którym Serduszkowy został uwieczniony. Tak! Dojechały sofy. Nie żeby bez problemów, ale dojechały.
Sofa na antresolę przy trzecim podejściu producenta została zmontowana poprawnie i dobrze zabezpieczona w czasie transportu, czyli zastrzeżeń nie ma, sofa jest, poziom zadowolenia w wyższych stanach euforii.


Uchwycenie rzeczywistego koloru tej sofy przekracza możliwości, nawet Ślubnego. Trzeba sobie zwizualizować taką czerwień bijącą po oczach i wpadającą leciutko w burgundowe klimaty (nie krwistą wyjątkowo).

Natomiast sofa do Mamy, która stała grzecznie w magazynie od trzech miesięcy, okazała się niezaradną sierotką, bo przez te trzy miesiące nie zaczepiła żadnego magazyniera i nie powiedziała mu cichutko, że jej czterech z dziesięciu nóżek brakuje. Te braki odkrył dopiero Ślubny w amoku skręcania sof na akord. Co mu się z ust wyrwało w tym momencie, to jego. Zadzwonił do sklepu, został poinformowany o procedurze składania reklamacji. Złożył takową i czekamy, aż producent nóżki dośle Pocztą Polską Powolną. A tymczasem mamina sofa została wsparta słusznej grubości tomem powieści z klasyki literatury angielskiej w oryginale i z takim "supportem" poczeka na nóżki. 


Od razu uprzedzam pytania - poduchy w kwiaty stanowią komplet z sofą, nie są mojej produkcji, ale robią bardzo folklorystyczno-pozytywne wrażenie.

***
A to... to jest prezent, za który jeszcze raz, oficjalnie, na piśmie dziękuję.

A prezent pojawił się przy okazji babskiego sabatu na Rogu Renifera, podczas którego Wyszło Szydło Z Worka, postawiło Kropki Nad I i było bardzo Intensywnie Kreatywnie. Agata z Izą dokonały niewielkiego, ale bardzo zorganizowanego najazdu, a w ramach przekupywania gospodyni, czyli mnie, dziewczyny przytargały w prawicy pakunek pełen prezentowanych powyżej cudowności, a w lewicy... (i tu cichutko, bo Iza nie może i wścieka się na mnie za samo wspominanie)... wino... to znaczy butelkę z cieczą pochodzenia roślinnego.
A wracając do zdjęcia - zostało sprecyzowane przez "darczyniące", że z tego motka w tle po lewej (czarno-szaro-białego) mają powstać skarpetki dla Ślubnego, co sam Ślubny - o lekkie moje dziwo! - zaakceptował i przyklasnął pomysłowi zrobienia mu skarpetek domowych na zimne wieczory.
Co do reszty prezentowych motków, to ta część mojego mózgu, która odpowiada za intensywną kreatywność, pracuje pełną parą i pomysłów jest co najmniej kilka.
Oprócz tego Iza przywiozła Świętego Graala w kilku częściach, czyli te archiwalne numery Burdy, w których była moda męska. Kto szyje, ten wie, czemu ja o wykrojach dla facetów piszę jako o Świętym Graalu. Ślubny już łaskawie wskazał palcem, które modele mu leżą, czyli jakie wykroje mam zrobić. Teraz tylko muszę się zmobilizować, paść na kolana, poszeleścić papierem, wyciąć i odłożyć na półkę z napisem "świętość - nie bezcześcić - używać tylko w uzasadnionych przypadkach".

Zdjęć z sabatu brak, ale za to podzielę się opinią wyrzuconą z siebie w sobotni póóóźny wieczór przez Ślubnego, który to Ślubny dyskretnie opuścił domowe pielesze, żeby sobie niewiasty mogły swobodnie poplotkować, ale powrócił w trakcie rozkwitu imprezy i podobno widok trzech kobiet siedzących razem i bez skrępowania machających drutami (Agata i ja) oraz szydełkiem (Iza) lekko go zatkał, a jednocześnie rozczulił maksymalnie. No cóż, ciekawe, co by powiedział na zbiorowe darcie pierza lub - co bardziej prawdopodobne - przędzenie synchroniczne???

I małe PS: Wioletta wezwała mnie do tablicy i napisania  7 rzeczy o sobie, a że można napisać o siedmiu grzechach, wadach itp., to ja sobie spokojnie pomyślę i w następnym wpisie (o ile skleroza mnie nie zaatakuje i nie zapomnę), to się wyspowiadam z mojej ciemnej strony.

niedziela, 8 stycznia 2012

PERCY PO LIFTINGU

Stanęłam wczoraj przed trudną kwestią - gdzie ja się mam rozkładać z blokowanymi chustami? Biorąc pod uwagę, że dla Małego antresola nadal nie istnieje i kocio nie wykazuje żadnych zapędów do eksplorowania drugiego poziomu mieszkalnego, rozpełzłam się z Percym na pięterku.

Jak każdy porządny chirurg plastyk-fantastyk zobowiązana jestem zaprezentować stan przed i po liftingu. Stan zmarszczkowy można sobie w stanie wielkiego zniesmaczenia estetycznego obejrzeć tutaj. Natomiast cudo po naciągnięciu prezentuje się tak (proszę zwrócić uwagę na fotogeniczność balustrady i jej wielkie możliwości prezentacyjne):
 

Zrobiony z włóczki ze sporą zawartością wełny, Percy zblokował się doskonale. Sprawdził się sposób zamykania oczek zaproponowany przez Patrycję (pisałam o tym w szczegółach w poprzedniej notce) -  jak widać Percy stał się chustą zębatą i zęby mu wyrosły bez walki o zachowanie linii prostej na górze chusty.

Jeszcze zbliżenie na piekielne szyszunie.
 

Powstaje już sweterek inspirowany zdjęciem na blogu Tanit-Isis, o którym pisałam również w poprzedniej notce. Powstaje powoli, bo wzorek sobie wybrałam może nie piekielny, ale czyśćcowy na pewno - częste krzyżowanie oczek na szybkość dziergania najlepiej nie wpływa. Ale za to osiągam dokładnie taki efekt, o jaki mi biegało, więc nie marudzę i krzyżuję.
 

I jeszcze akcent humorystyczny, do którego niechcący zupełnie sprowokowała mnie Brahdelt, skarżąc się, że dopadła ją złośliwość Wodnego Smoka.  To może moje nadwrażliwe przeciekające okno też zostało łupnięte ogonem Wodnego Smoka? Poradziłam Brahdelt, żeby zawiązała czerwoną kokardkę na rurze stanowiącej główny dopływ wody do mieszkania. Ale żeby nie było, że radami sieję na prawo i lewo, a sama z nich nie korzystam, oto dowód zdjęciowy, że Jej Okienna Nadwrażliwość na antresoli została zaopatrzona w czerwoną włóczkową kokardkę (plucie przez lewe ramię w czasie wiązania sobie darowałam).


Małe PS kompletnie nie na temat - piłyście kiedykolwiek kawę z piankami Marshmallow (wrzuconymi do środka)? Ja już piłam :)))

środa, 14 grudnia 2011

W WIELKIM ZDERZACZU HADRONÓW

Czuję się jak proton porządnie trzepnięty przyspieszeniem w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Ale wcale nie mam ochoty krzyczeć, żeby się ta karuzela zatrzymała. Wręcz przeciwnie, niech się kręci jak najszybciej, to wtedy jest szansa, że ta cała kołomyja i kociokwik skończy się w mgnieniu oka.

Lista najważniejszych nowości w telegraficznym skrócie:
- Tapeciarze się poprawili, stosując wczoraj klejenie na ciepło. Dzisiaj rano nadal się wszystko trzymało. W przyszłości, jak coś odpadnie, kazali dmuchać suszarką i głaskać namiętnie gąbką. Antyreklamy nie będzie, ale było blisko.
- Obudowano metalowe kolumny na antresoli i zamieniły się w kolumny świecące. Ślubny nie wykazał zachwytu kolorem światła i zażyczył sobie dodatkowe cuda-wianki w postaci ozdób z folii witrażowej, które mają światło ocieplić... nie komentuję, niech przygotują, wykleimy sami.
- Meblarze zwieźli kuchnię - w tej chwili mam wrażenie, że te wszystkie klocki za żadne skarby nie zmieszczą się we wskazanych kątach i na ścianach. Ale już raz to przerabiałam i wiem, że jestem w "mylnym błędzie".
- Półka pod umywalką w łazience skalała sumienie i zawodową dumę Głównego Meblarza, bo jest cała lakierowana i lakier raczył "pęc" w jednym miejscu, na łączeniu. Ślubny usiłował przekonywać, że niech sobie ta półka popracuje jeszcze, poukłada sobie stosunki ze stojącą na niej umywalką, a dopiero później się to zdemontuje, machnie ponownie lakier i wypoleruje. Zawodowe sumienie Głównego Meblarza żachnęło się na taką propozycję i półka zostanie wykonana od nowa, wzmocniona niczym beton zbrojony i przemontowana po Nowym Roku. To się nazywa właściwy stosunek do prac zleconych.
- Szafy powstają, lustro dojechało, karnisze się montują, wariactwo na całego.
- Wyszło na jaw, że w bloku pracował Elektryk-Szaleniec. U nas po zamontowaniu lamp okazało się, że nie wszystkie włączniki i wyłączniki działają jak należy, a niewłaściwa kolejność odpalenia świateł na antresoli skutkuje wywaleniem korków z iskrzeniem i bonusowymi fajerwerkami. Oczywiście wszystko na gwarancji, więc Elektryk-Szaleniec pojawia się i poprawia te urocze niedoróbki. Ale u sąsiada piętro niżej wykonał manewr Strusia Pędziwiatra i tak wymerdał kabelki, że próba opuszczenia elektrycznej rolety w salonie odbywa się synchronicznie z gaśnięciem światła w łazience... to się nazywa elektryczna fantazja fachowca.
- Pakowanie i stopniowa ewakuacja przebiega sprawnie i w zasadzie to więcej rzeczy mam na Rogu Renifera niż w starym mieszkaniu... i o to chodzi.
- Pierwszy nocleg nadal planowany z piątku na sobotę i to się na razie nie zmienia.

Robótkowo też zgodnie z planem - powstała  już czerwona Panache Na Letnie Chłodne Wieczory Na Tarasie (PaNa LeCh Wie NaTa). I wiem, że się powtarzam, ale nadal pozostaję w zachwycie i to jest naprawdę prosty w robocie, szybki w przybywaniu i bardzo efektowny model.
Blokowałam go wczoraj w okolicach 22:00 i Ślubny uwiecznił cały proces, w tym moje klęczące poświęcenie w czasie wpinania dziesiątek szpilek.
W kolejności całkowicie niechronologicznej:
- efekt końcowy wzmocniony żelazem (hartowanie ogniem łaskawie pominęłam :)

- mozolne upinanie giganta

- stan początkowy, czyli smętna meduza przed blokowaniem
A teraz uwaga, uwaga! Ogłoszenie parafialne! Nie powstanie z marszu następna Panache... Ale zanim wyjawię, za co mam zamiar się zabrać, cytat z wczorajszego późno wieczornego dialogu małżeńskiego:

ONA (z wypiekami na twarzy przeglądająca możliwe do zrobienia chusty) - TO zrobię!!! Kiedyś mi diabelstwo wyjść nie chciało, to spróbujemy jeszcze raz.
ON (prawa brew uniesiona, wyraz pełnego niedowierzania) - To Tobie kiedyś coś nie wyszło?

Ano, nie wyszło, nie wyszło. Coś mi się nie wzór źle odszyfrowało, poziom cierpliwości miałam akurat na poziomie depresji żuławiano-wiślanej i trzepnęłam całość do kosza, wyciągając w locie druty i nie dbając nawet o prucie. Zatem będzie ponownie Percy. Jak ktoś Percy'ego robił, to niech się ujawni, żebym miała poczucie, że jakby co, to mam kogo mordować, co ja źle kombinuję. 

I jeszcze drobiazg o charakterze świątecznym. Odkąd się wprowadziliśmy do naszego starego mieszkania (osiem lat, co to zleciały jak jeden dzień... no dobra nie przesadzajmy :), co roku przed Bożym Narodzeniem szalałam zdobniczo na korytarzu: okno, drzwi wejściowe do mieszkania naszego i sąsiadów. W tym roku, na pożegnanie machnęłam tylko szybkie ozdóbki na oknie.
 Ptaszki gotowe, serduszka wycięte z papieru do pakowania i dorzucone pokręcone wstążeczki też z ozdobnego papieru. Jak się sąsiadce zapomni zdjąć w odpowiednim czasie, to na Walentynki też będzie miała bardzo adekwatny wystrój klatki schodowej :))).

Mam zamiar odezwać się na szybko w piątek..., ale to tylko plan, a plany są bardzo podatne na rewizje i wpływ siły wyższej. Gdybym się piątkowo nie objawiła, to znaczy, żem na nowym, ganiam ze ścierką, wiaderkiem, odkurzaczem i obłędem w oczach, a ponadto... nie będę miała swobodnego dostępu do Internetu do około 22 grudnia. Pozaglądam sobie do Was z ipada Ślubnego, ale pisanie na tym własnego bloga, to ja dziękuję, ja poczekam na normalnie pojętą cywilizację.

niedziela, 11 grudnia 2011

BLOKOWANIE NA RÓŻNE SPOSOBY

Generalnie, zgodnie z obietnicą, będzie szybki kurs blokowania chust o tak nietypowym kształcie jak Panache, ale... blokowanie niejedno ma imię.

Okazuje się, że panowie tapeciarze nie dali jednak z siebie wszystkiego, a raczej dali ciała (żeby nie określić dokładniej, której części tego kolektywnego ciała) i tapeta w kuchni i w przyszłej sypialni mamy będzie musiała zostać naklejona ponownie. A tym samym tapeciarze zblokowali nam roboty w kuchni, bo dopóki nie będzie porządnie zrobionej tapety, to stolarz nie może wejść z listwą oświetleniową i meblami kuchennymi, a dopóki stolarz nie skończy kwestii kuchennych, to ekipa wykończeniowa nie może założyć listew podłogowych. Kółko się zamyka. Zblokowali wszystkich na amen. 
Ślubny zgrzyta zębami, tym bardziej, że w tym obszarze nie spodziewał się tragedii i źle zrobionej roboty, bo tapetami zajmowali się dobrze mu znani ludzie, którzy są na co dzień podwykonawcami dla firmy Ślubnego (a chyba raczej byli, bo po tym gościnnym występie na naszych ścianach i zawaleniu terminu, to mogą się pożegnać ze zleceniami). 
W każdym razie uprzedzam, że jeśli nie uda im się poprawić złej opinii i fatalnego wrażenia, jakie mam po nich w chwili obecnej, to podam nazwę firmy na blogu! A sądząc, po tym, co się działo w firmie Rintal oraz w sklepie z lampami po tym, jak wrzuciłam linki, to nie pozostanie to bez echa (wygenerowaliście, o drodzy czytelnicy, tyle wejść pod podane linki, że administratorzy zlinkowanych stron zainteresowali się, co też Intensywnie Kreatywna o nich napisała, że nagle internauci walą do nich wirtualnymi drzwiami i oknami :).

I na tym zakończę prezentowanie wkurzenia i ofukania, bo ostatecznie to żaden koniec świata. Czas przejść do spraw ważniejszych. 

Oto Panache, zblokowana i pachnąca:

Oficjalnie stwierdzam, że jest to chusta, którą robi się bardzo prosto, ale za to efekt jest niewspółmiernie oszałamiający do nakładu pracy. Doskonały projekt dla osób zaczynających swoją przygodę z ozdobnymi szalami, narzutkami i chustami.

A teraz obiecany fotoreportaż z blokowania Panache - chusty, która oparta jest o 3/4 koła (czyli nie ma nic wspólnego z najczęściej spotykanymi chustami w kształcie trójkąta).

JAK ZBLOKOWAĆ CHUSTĘ O KSZTAŁCIE 3/4 KOŁA
1. Zaczynamy od przygotowania narzędzi zbrodni oraz miejsca tortur.
Potrzebujemy:
- upraną, pozbawioną nadmiaru wody chustę (lub wysuszona na płasko w kształcie "prawie właściwym" - kto nie wie, o co chodzi, niech zajrzy do ogólnej notki o blokowaniu),
- wielki ręcznik, ewentualnie dodatkowo ceratę lub folię,
- zestaw drutów do blokowania,
- szpilki w ilościach nieumiarkowanych (jedno opakowanie to może być za mało),
- centymetr koniecznie!
- całe morze cierpliwości - opcjonalnie :)

2. Przygotowujemy sobie miejsce blokowania: cerata lub folia pod spód, żeby się nie zastanawiać, że nam podłoga wilgotnieje i na to równiutko rozłożony wielki ręcznik lub dwa. Do chusty Panache, szczególnie blokowanej przy użyciu drutów potrzebujemy sporo metrów kwadratowych, żeby tym żelastwem niczego nie uszkodzić przy manewrowaniu. Sugeruję środek pokoju, rodzina i zwierzyniec niech lata dokoła (moja Panache blokowała się na środku salonu, a dokoła szalała przeprowadzka, zwijanie kabli od głośników i mycie okien :).

3. Chustę układamy na ręczniku na płasko i wkładamy dwa pierwsze druty: wzdłuż boków chusty. Od razu napiszę, że jeśli ktoś nie ma zestawu drutów do blokowania, to tam, gdzie ja wkładam jeden drut, musi wpiąć sporo szpilek na tej samej linii. Przy czym drut, dopóki go nie zablokujemy szpilkami do ręcznika, daje się przesunąć, naciągnąć itp. Przy szpilkach jakiekolwiek poprawki kształtu, zwiększenie naciągnięcia wymaga wyjęcia miliona szpileczek, dokonania poprawki i wpięcia z powrotem.

4. Chusta Panache nie ma poza tymi dwoma bokami żadnych wyraźnych linii prostych. Jedyne, co ma nam do zaoferowania jako pomoc, to prawe oczko na środku każdego panelu dodawanych oczek we wzorze. I właśnie to prawe oczko traktujemy jako miejsce wetknięcia kolejnych drutów. Przy czym prawe oczko nie ciągnie się aż do samego brzegu chusty. Trudno, drut wkładamy dopóki jesteśmy w stanie to oczko śledzić we wzorze.
Jak widać powyżej nie wkładałam drutów w każdy panel dodawanych oczek, ale w co drugi. To wystarczy, żeby chustę właściwie naciągnąć. Druty są w robótce mniej więcej do 2/3 jej promienia, a później leżą sobie na robótce.
Druty rozkładamy i naciągamy na ręczniku symetrycznie i nadajemy chuście rzeczywisty kształt 3/4 koła. Do tego momentu, jeśli używamy drutów do blokowania, to nie mieliśmy w łapie jeszcze ani jednej szpilki i możemy sobie te druty rozciągać i naciągać dowolnie.

5. Teraz zabezpieczamy środek robótki, czyli miejsce, gdzie wszystkie druty się spotykają. Szpilkami przypinamy to miejsce do ręcznika.

6. Łapiemy szpilki i centymetr i zaczynamy się zajmować symetrycznymi drutami. Na pierwszy ogień idą te w bokach chusty. Naciągamy chustę, mierzymy tak, żeby po obu stronach boki miały taka samą długość i przypinamy chustę do ręcznika wzdłuż drutu w trzech, czterech miejscach, koniecznie na końcu.

7. Później zajmujemy się drugim drutem od lewej i drugim od prawej. Znowu naciągamy i mierzymy, żeby mieć taką samą długość na obu drutach. Tym razem to nie brzegi, więc możemy chustę przymocować szpilkami do ręcznika tylko na końcu.
Tak samo postępujemy z kolejnymi drutami: trzecim z prawej i trzecim z lewej i ze środkowym. Ja chciałam, żeby chusta na plecach była coraz dłuższa w porównaniu z bokami, więc na środkowym drucie i dwóch drutach mu najbliższych naciągnęłam znacznie bardziej niż w pobliżu boków.

8. Korpus mamy poukładany i zblokowany, czas na zabawę w mistrza szpilek i przypięcie ozdobnego wykończenia. Równomiernie naciągamy półkola i przypinamy szpilkami szydełkowe wykończenie. W zasadzie trzeba przypiąć do ręcznika każde malutkie szydełkowe półkole na brzegu, ale... brak szpilek lub cierpliwości może przeszkodzić w wykonaniu tego zadania. Ja przypinałam co drugie, a te nieprzypięte układałam równiutko na ręczniku, żeby też schły naciągnięte. 
Przy przypinaniu ozdobnego brzegu trzeba pilnować, żeby półkola chusty wychodziły nam zbliżone do siebie kształtem i wielkością. Ale bez stresu. Jeśli nawet nie osiągniemy mistrzostwa przy pierwszym blokowaniu, to kiedy się chustą owiniemy i omotamy, to nie będzie widać niedociągnięć, a chustę i tak trzeba kiedyś wyprać i zblokować ponownie.
Po wpięciu niezliczonej ilości szpilek otrzymujemy taką metalicznie uzbrojoną chustę. Zostawiamy do wyrośnięcia... tfu! nie ta działalność!... do wyschnięcia!
9. Chusty blokuje się lekko wilgotne, a że to zazwyczaj straszne cienizny, to schną piorunem. Kiedy chusta jest sucha jak pieprz, to wyjmujemy wszystkie szpilki, wyciągamy druty, usuwamy z zasięgu aparatu ręczniki i ceratki i mamy takie cudo gotowe do pozowania.


Ostrzegałam, że na dwa tygodnie około przeprowadzkowe zaplanowałam powtórki z Panache (żebym mogła zaspokoić potrzebę machania drutami, ale w miarę bezmyślnie). Oto pierwsza z powtórek - Panache Na Letnie Chłodne Wieczory Na Tarasie (PaNa LeCh Wie NaTa). Cienki akryl, resztka z tego, co zostało z Projektu Poprzednio Znanego Jako Stańczyk. Tym razem z "dwoma razem na prawo" tak, jak Bogini Dziewiarek przykazała.

Znając moje możliwości przerobowe oraz poziom stresu, jaki będę musiała "wyrobić", zostawiłam sobie włóczkę nie tylko na PaNaLeChWieNaTa, ale także na trzy kolejne chusty (może nie wszystkie to będą Panache) - w tym dwie cieniutkie wełenki. 

I jeszcze zdjęcie dokumentujące fakt, że wraz z pustoszeniem półek w poszczególnych pomieszczeniach, coraz trudniej znaleźć śpiącego kota, bo Mały zaczyna zasiedlać bardzo egzotyczne puste przestrzenie.

niedziela, 4 grudnia 2011

TYPOWY WEEKENDOWY MISZ-MASZ

Część 1. FIOLETOWY FINISZ
Wrzosowisko zostało uprane, obcieknięte, poukładane na plaskacza. Przy okazji prania wyszło, że to jednak nie jest sam akryl. Węchowo na mokro pachniało niezłym dodatkiem wełny. Etykieta jest po chińsku, więc nie zweryfikuję składu, ale co tam.
I oto sukienka w całej rozciągłości :)
Zdjęć z żywą wkładką chwilowo nie będzie, bo wkładka czuje się wyjątkowo przeprowadzkowo zmięta i nie ma nawet siły wyprostować się do zdjęcia. A jeszcze jak na widok zdjęcia żywa wkładka dojdzie do wniosku, że źle wygląda, jest za gruba, za wysoka, za niska lub inne "za", to może odmówić dalszej aktywnej egzystencji i działań wszelakich.

Ale wracając do Wrzosowiska, to oto zbliżenie na dół z koronką. Jak pamiętacie koronka była do prania przyszywana do wierzchniej warstwy dzianiny, żeby jej nie przyszło do głowy zaszaleć i się zwichrzyć. Metoda się sprawdza w stu procentach, oto koronka po praniu i bez żadnych dodatkowych zabiegów.

CZĘŚĆ 2. FIOLETOWY OTULACZ PORANNO-KAWOWY, czyli OPK
Robi się w niezłym tempie. Oto stan OPK na dzisiejszy poranek. Jak widać brakuje około 10 centymetrów drugiego rękawa. Przy czym rękawy robię nieco przydługie, żebym sobie mogła podwinąć mankiety.
Wychodzi na to, że na dół pozostanie ponad trzy motki, czyli będę miała swetrzysko hen hen za tyłek. 
Pomysł na drugi otulacz tarasowy też już jest. Przecież nie można mieć tylko jednego :)

CZĘŚĆ 3. BLOKOWANIE ROBÓTEK
Ana Yo w komentarzach do poprzedniej notki zapytała, o co biega z blokowaniem robótek. 
Blokowanie robótki to takie jej suszenie, żeby po wyschnięciu miała ona pożądany kształt. Tym się różni od zwykłego suszenia dzianin na płasko, że nie tylko je rozkładamy i pozwalamy wyschnąć, ale je naciągamy i kształtujemy wedle własnej woli, przypinamy do podłoża samymi szpilkami lub wzmacniamy brzegi specjalnymi drutami do blokowania i dopiero przypinamy.
Zacznijmy od chust, szali i szaliczków. Do nich właśnie najbardziej przydają się długie metalowe druty. Przewleka się je przez boki wilgotnej po upraniu robótki i naciąga, nadając odpowiedni kształt, po czym przypina się te druty do podłoża (gruby ręcznik, styropian, specjalne maty) długimi szpilkami, żeby nawet nie drgnęły i nie zepsuły efektu. Niby to samo można zrobić bez zestawu metalowych drutów, po prostu przypinając gęsto szal czy chustę szpilkami do podłoża, ale... ja nie mam cierpliwości, w okolicach dwudziestej szpilki przestaje mi się chcieć. Poza tym przy użyciu szpilek trudno utrzymać symetrię i naciągnąć mocno, ale równiutko.
Ja sama chusty i szale traktuję troszkę inaczej niż mówi ogólna szkoła. Piorę je, delikatnie pozbywam się nadmiaru wody (zawijam porządnie w ręcznik i miętoszę przez parę minut, można po takim zawiniątku nawet pochodzić bosą stopą), a później rozkładam mniej więcej w pożądanym kształcie i pozwalam wyschnąć. Dopiero taką czystą i suchą chustę uzbrajam w druty (łatwiej się to jednak robi na sucho), naciągam i przypinam na sztywno. Dopiero tak zblokowaną chustę zraszam spryskiwaczem i pozwalam jej samej znowu wyschnąć.
W przypadku swetrów i innych bardziej skomplikowanych robótek można blokować całość po zszyciu i skończeniu. A można także prać poszczególne części przed zszyciem. I ten drugi sposób polecam. Pierze się i rozkłada mokre części. Trzeba pilnować, żeby tak je rozciągnąć i poukładać, żeby miały odpowiednie wymiary (konieczny jest centymetr!), żeby rękawy miały tą samą długość itp. Przypina się gęsto szpileczkami do ręcznika czy maty. Dopiero po  wyschnięciu poszczególne części zszywa się ze sobą. I tu czeka miła niespodzianka - zszywanie ładnie zblokowanych części jest samą przyjemnością. Nic się nie zwija, oczka są już równiutkie. 
W przypadku sweterków i innych "kształtnych" robótek blokowanie pozwala na uzyskanie ładnych krzywizn na przykład w talii i na biodrach, jeżeli mokrą robótkę odpowiednio naciągniemy, przypniemy szpilkami na sztywno i pozwolimy wyschnąć. 
Obiecuję, że przy najbliższej okazji blokowania czegoś w kawałkach zrobię fotoreportaż :), a tymczasem możecie zajrzeć tutaj, gdzie pokazują blokowanie całych sweterków i kawałków sweterków, na sucho i na mokro i przy użyciu... pary :)

CZĘŚĆ 4. LAMPY, OBRAZKI I INNE KATASTROFY
Najpierw mała zmiana planów - lampy do kuchni i salonu zostały obejrzane na żywca, negatywnie zweryfikowane i porzucone w sklepowych odmętach. Zamiast nich pojawią się takie oto odjechane lampy w stylu kiczowatego mrocznego baroku, które to na żywca zostały zweryfikowane bardziej niż pozytywnie i Ślubny widzi w  nich potencjał nadania salonowi i kuchni klimatu.

Przyjechały wydrukowane obrazki wszelakie... miodzio, proszę państwa, miodzio!!!
W przedpokoju, zgodnie z założeniami zawiśnie trzech radosnych grubasków. 

Natomiast sypialnia okazała się potencjalnym zarzewiem dramatu rodzinnego. Pierwotny pomysł na grafikę nad łóżkiem okazał się bardzo drogi i skomplikowany w produkcji (tak to jest, jak się nawymyśla machające się na drucikach motylki i inne takie fajerwerki i wodotryski). Ale coś tam wisieć musi. Trzy godziny przeglądania Fotolii i kłótni o to, czy gałązka kwitnącej wiśni ma za długi zielony badylek czy w sam raz? Czy karnawałowa maska wenecka jest zbyt creepy, czyli straszna i czy nie będzie będzie straszyć wracających po ciemku z łazienki? Czy fioletowo-różowe akwarelowe rysunki są mdłe czy nie? I czy zbliżenie japońskiego kimona w ogóle wchodzi w grę? W końcu moja desperacja była tak wielka, że przyparta do graficznego muru warknęłam tylko: "Afremov". I oto stał się cud!!! Ślubny wpadł w zachwyt i stan estetycznego uniesienia.
W sypialni zawiśnie o to:
Gdyby ktoś chciał sobie pooglądać inne prace tego wyjątkowo płodnego artysty, to można się nim zachłystywać w tej internetowej galerii.

I jeszcze jedno zdjęcie z Rogu Renifera...
To są, o szanowni czytelnicy i oglądacze, nasze drzwi prysznicowe... a raczej drobny szklany mak, jaki po nich pozostał. Ze stoickim spokojem doszliśmy do wniosku, że szkło tłucze się na szczęście, a takie wielkie powierzchnie to całe góry szczęścia, więc zamówiliśmy nowe drzwi i po krzyku. Ot, taka piękna katastrofa.

CZĘŚĆ 5. OBOWIĄZKOWA - KOCIO
Obrazki będą bez komentarza, ale za to będzie pouczająca powiastka.
Ślubny zdjął dziś rano i wywiózł na Róg Renifera wiszący dotąd na ścianie w bibliotece obraz. Pusta ściana zestresowała Małego, który usiadł pod nią i zaczął wydawać zaniepokojone dźwięki. Stanowił żywą ilustrację do przekręconego: wyje kot do obrazu, a obraz... wyjechał :)
 

Wieczorna aktualizacja - Mały nadal siada na półce pod pustą ścianą i gapi się na niepokojące pustki poobrazowe.